Cezary Bryka: Rondo Cane

19.03.2012. „Zbuduj lotnisko i ufnie czekaj. Pewnego dnia przodkowie odkryją oszustwo i skierują samolot na właściwy pas. Wtedy będziesz bogaty i szczęśliwy”. Czekają więc nieruchomo ze wzrokiem skierowanym w niebo. Opuścili swoje wioski, przestali pracować. Spokojnie czekają u wrót nieba.

Zaczęło się tak: pierwsi Aborygeni z Papui-Nowej Gwinei, wówczas jeszcze kolonii australijskiej, zeszli z gór i, wśród innych cudów cywilizowanego świata, znaleźli lotnisko w Port Moresby. To, co tam zobaczyli, przefiltrowali przez swoją wiedzę: świat kończy się na górach, dalej nic nie ma, a więc wielkie, grzmiące ptaki muszą pochodzić z raju. W raju są tylko nasi przodkowie, czyli to oni zbudowali samoloty, a więc samoloty z ładunkiem są przeznaczone dla nas, tubylców. Sprytni biali złodzieje przechwytują je, przyciągając do wielkiej pułapki Port Moresby.

TVP pokazała „Mondo Cane” – włoski film, uważany za prekursora nurtu „mondo” (dokumenty, pokazujące prawdziwą śmierć). Jednak, choć nadał nazwę kierunkowi, nie o epatowanie śmiercią w nim chodzi: w założeniu autorów, był to opis widzenia ówczesnego świata, z jego okrucieństwem – ale i dziwactwami oraz śmiesznostkami. Film powstał w 1962 r., a na polskie ekrany wszedł po czterech latach, widziałem go więc jako nastolatek i wiele o nim z rówieśnikami dyskutowałem. Od tego czasu świat zdążył stać się globalną wioską a ja zmieniłem się w przemądrzałego starszego pana, więc oczywiście musiałem porównać ówczesne wrażenia z obecnymi.

Wydaje mi się że telewizja pokazała okrojoną wersję filmu, więc trudno mi odpowiedzieć sobie na główne pytanie: czy zmiany w obyczajowości (z tabloidyzacją mediów na czele) znieczuliły mnie na widok okrucieństwa i śmierci. Pewnie tak, skoro podczas oglądania jednej z najmocniejszych scen filmu: w szanghajskiej umieralni konają starcy, a ich rodziny na zewnątrz umilają sobie czas oczekiwania orgiastycznymi posiłkami i zabawami, zamiast wciskać się w fotel ze zgrozy – mówiłem umierającym: nie przejmuj się, przecież na pewno i ty brałeś udział w takich czuwaniach, kiedy ktoś inny umierał…

Jednak przede wszystkim dotarło do mnie, że czas globalnej wioski jest i szczęściem i przekleństwem. Szczęściem z ogólnie znanych powodów. Przekleństwem – bo pozbawia cywilizowanego człowieka miłego poczucia wyższości. „Cywilizowani” i „dzicy” – na takie kategorie, według ówczesnej obyczajowości, dzielą ludzkość autorzy „Mondo Cane”. I sami się z tego śmieją.

Absolutnie nowatorskie w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku spostrzeżenie – godne polecenia naszym głoszącym „siłę białego człowieka” współczesnym – to wplecenie miedzy egzotyczne, budzące śmiech lub wstręt obyczaje „dzikich” ośmiominutowej sekwencji o hamburskich piwoszach. Porównanie wysoce terapeutyczne dla wszystkich pokoleń.

Po niemal pięćdziesięciu latach pamiętałem dwie sekwencje filmu: opisanych na początku Aborygenów, trwających w oczekiwaniu przy bambusowej atrapie samolotu, oraz tuczenie żon króla.

Żony króla jednej z wysp Pacyfiku siedziały w klatkach i tyły, bo król lubił żeby jego dwadzieścia kilka żon odznaczało się określonym typem urody. To scena zabawna przez zestawienie obrazu tuczących się na siłę kobiet z wyglądem króla – chudziny, ale i budząca grozę, ponieważ poprzedzona sekwencją przygotowywania żywności dla wykwintnych podniebień cywilizowanego świata:

Tempora mutantur, ale my zmieniamy się tylko pozornie. Czym właściwie różnią się tuczone na siłę dzikuski od odchudzanych na siłę modelek? Wychodzi, że jednak się różnią: dzikuski tyły żeby wzbudzić zachwyt mężczyzny. Modelki chudną, żeby wzbudzić zachwyt kobiet. Dzikuski górą.

A pokazane w filmie brutalne tuczenie gęsi na fois gras  od czasu zdjęć do „Mondo Cane” w wielu krajach zostało zabronione, jednak człowiek cywilizowany potrafi spełniać swoje wyrafinowane zachcianki.

Słynna finałowa opowieść o czcicielach samolotu – to uproszczony opis kultu cargo,  o którym teraz wiadomo o wiele więcej, a dzięki tej wiedzy kult okazuje się o wiele mniej romantyczny niż w filmie.

Właściwie miałoby się ochotę opowiadać i analizować film „Mondo Cane” scena po scenie, bo zrobiony jest znakomicie, choć z dzisiejszego punktu widzenia dość prymitywnymi środkami: technicolor powoduje, że obraz wygląda na sztuczny, a manipulacja montażem przez te kilkadziesiąt lat zyskała na finezji. Autorzy na początku filmu podkreślają autentyczność wszystkich scen – jeśli mówią prawdę, to prawdopodobnie aranżowali odgrywanie niektórych autentycznych rytuałów dla potrzeb kamer, w tamtych czasach film musiał być ślicznie wygładzony. Ale i tak daje do myślenia, choć pewne konkrety przestały bulwersować: jedzenie pieczonych owadów nie wydaje się dziwniejsze od jedzenia ryb na surowo, a ja osobiście wolałbym zostać po śmierci wrzucony do oceanu gdzie obgryzłyby mnie do czyściutka rekiny, niż zagrzebany w ziemi gdzie będą się mną pożywiać robale.

Natrafiłem jednak na sekwencję, z którą nie zdołałem się uporać. Ludność pewnej wyspy na Pacyfiku utrzymywała się z poławiania rekinów. Wielu spośród poławiaczy padało ich ofiarami – jedni pozostawali kalekami, inni ponosili śmierć. Przyjaciele tych, którzy zginęli, mścili się na sprawcach ich śmierci: po złowieniu następnego rekina, zamiast zabić go i odnieść do wioski, przy pomocy drągów pakowali mu do gardła kłęby trujących jeżowców, po czym puszczali wolno, żeby konał w męczarniach.

Pierwszą reakcją jest zgroza – a budzi ją zarówno tępy pysk rekina, jak nienawiść na twarzy poławiacza. Druga – to trudny wybór między podziwem dla determinacji mściciela, a  współczuciem dla rekina. Prawdopodobnie taką właśnie mieszaninę uczuć zamierzali wywołać autorzy filmu. Jednak albo ja się zmieniłem, albo świat się zmienił, albo jedno i drugie: nagle dotarło do mnie, że zamiast ponosić ryzyko dla zemsty na podejrzanym o morderstwo, poławiacze mogliby po prostu zabić rekina i zanieść do wioski gdzie, ku czci zamordowanego poławiacza, stałby się wspólnym dobrem

,,I tak kończy się dzisiejsza opowieść. Sądzę, że po obejrzeniu jej spojrzycie przychylniejszym okiem na swojego sąsiada. Wszak mógł być mordercą, który zabija siekierą. Ale spokojnie. Pewnie wyszedł juz z wprawy” (Alfred Hitchcock)

Cezary Bryka

Nienalezna.pl

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com