Roman Czubiński: Polska lewica spłaca cudze długi

21.03.2012. Moją ambicją było, by polska historia mogła znów oddychać obydwoma płucami. W latach zaborów i w trudnym wieku XX więcej powietrza wciągała tym lewym. Zostało to w dużej mierze zapomniane lub zignorowane – mówi mgr Marcin Giełzak z Instytutu Historii Uniwersytetu Łódzkiego, laureat Konkursu im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2011.

Tekst stanowi zmienioną i autoryzowaną wersję rozmowy przeprowadzonej dla Studenckiego Radia ŻAK Politechniki Łódzkiej.

 * * *

– Historyk bada fakty. Co bada historyk historiografii?

– Fakty są dla niego punktem orientacyjnym. Istotne są jednak również wyobrażenia i interpretacje. Badacz myślenia o przeszłości stawia pytania: dlaczego ludzie myśleli w taki sposób, a nie w inny? Co kształtowało ich wyobrażenia? – a także, oczywiście, czy były to wyobrażenia prawdziwe.

Historia jest dobrym probierzem: to, jak ją pisano, daje nam wiedzę nie tylko o tym, co dla autora było przeszłością, ale także o rzeczywistości jemu współczesnej. Dobrym mottem dla każdego historyka historiografii są słowa Benedetto Croce: Każda historia jest historią współczesną.

 

– Temat Twojej pracy to: Lidia i Adam Ciołkoszowie jako historycy socjalizmu polskiego. Skąd wybór akurat tych bohaterów?

– Praca magisterska z historii historiografii najczęściej nie jest autorską myślą piszącego ją, lecz wykładem i komentarzem myśli innego badacza. Adam Ciołkosz, którego z pomocą promotora wybrałem spośród kilku kandydatów, był postacią ze wszech miar niezwykłą. Z wielką estymą wypowiadali się o nim ludzie tak wybitni i tak różni, jak Leszek Kołakowski i Zbigniew Herbert. Gustaw Herling-Grudziński uznawał go wręcz za duchowego ojca. Konserwatywny monarchista Stanisław „Cat” Mackiewicz nazwał go księciem Józefem Poniatowskim polskiego socjalizmu. Sam Ciołkosz w swoim londyńskim domu gościł postaci tak odmienne, jak Jan Józef Lipski i Stefan Kisielewski, a także Adam Michnik i Antoni Macierewicz. Człowiek, któremu udało się posadzić ich przy jednym stole, zasługuje na naszą uwagę.

Szukałem historyka, którego opowieść można by podjąć, pisząc o lewicy niepodległościowej i jej tradycji. Moim zamiarem było wykazanie, jak to się stało, że została ona na poły zapomniana, na poły – zawłaszczona przez ideologów komunizmu. Widząc związaną z tym wielką niesprawiedliwość, postanowiłem swoją pracą dowartościować ową tradycję, ocalić ją od zapomnienia.

– Czy nie masz wrażenia, że bronisz przegranej sprawy?

– Historyk ma dwa wielkie powołania i zarazem przyjemności: odkrywanie faktów, znanych wcześniej niewielu lub nikomu oraz obalanie kłamstw, w które wierzyło wielu lub wszyscy.

Gdy zapytano Leszka Kołakowskiego, czy jest jeszcze sens ubiegania się o tradycję polskiej lewicy – odpowiedział: Nie. To przegrana walka. Nie da się odwrócić 50 lat propagandy komunistycznej. Jeśli walczymy o realne cele dotyczące poprawy bytu najuboższych, zwiększenia dozy sprawiedliwości społecznej – czyńmy to pod innym sztandarem, niż socjalistyczny. Bardzo elokwentnie odpowiedział na to Gustaw Herling-Grudziński: Stuletniego sztandaru Piłsudskiego, Żeromskiego, Arciszewskiego, Ciołkoszów – nie wyrzuca się na strych. (Nawiasem mówiąc: gdy po 1989 r. próbowano odbudować w Polsce PPS, Piotr Ikonowicz zgubił tenże sztandar w sensie dosłownym, w taksówce.)

– Jak głęboko sięga tradycja, o której mówimy?

– Polska lewica narodziła się po upadku Powstania Listopadowego w kręgach emigracyjnych. Zapisała wiele kart w walce o odzyskanie niepodległości. Młody Józef Piłsudski napisał kiedyś, że droga do socjalizmu wiedzie przez niepodległość, a do niepodległości – przez socjalizm. Powstania upadały m. in. dlatego, że ich przywódcom nie udawało się pociągnąć za sobą szerokich mas ludowych, które nie wierzyły, że w przyszłej Polsce ich los może się odmienić.

Socjaliści pragnęli zastąpienia szlacheckiego narodu politycznego bardziej nowoczesnym pojęciem narodu jako wspólnoty wszystkich przyznających się do polskości, bez względu na pochodzenie etniczne i społeczne. To wtedy zrodziły się zręby idei federacyjnej, którą Józef Piłsudski przejmie od swych PPS-owskich towarzyszy. Pragnęli oni także nowoczesnego państwa, jakim ich zdaniem byłaby republika demokratyczna, gwarantująca równe prawa wszystkim obywatelom. To pod ich wpływem odrodzona w 1918 r. Polska dała kobietom prawa wyborcze wcześniej, niż np. Francja czy Włochy. Również polskie ustawodawstwo socjalne i prawo pracy uchodziły za jedne z najbardziej postępowych w Europie.

Znamienne będzie przytoczenie dwóch biografii. Bolesława Limanowskiego do socjalizmu przyciągnęły radykalne kręgi polskich rewolucjonistów w dobie Powstania Styczniowego. Był on następnie senatorem Polskiej Partii Socjalistycznej, w której pozostał do swojej śmierci w 1935 r. Pałeczkę po nim przejął Ludwik Cohn, który wstąpił do PPS w 1917 r. W trzy lata później był ochotnikiem w wojnie przeciw bolszewikom. Walczył w kampanii wrześniowej, w Polsce powojennej został skazany przez komunistów w pokazowym procesie działaczy PPS, a u schyłku życia zdążył jeszcze wnieść trochę etosu polskiej lewicy do Komitetu Obrony Robotników i „Solidarności”.

Socjalizm polski jest co do starszeństwa trzecim, zaraz po brytyjskim i francuskim, i właśnie stamtąd – z Zachodu, nie ze Wschodu – się wywodzi. Tymczasem socjalizm rosyjski był jednym z najmłodszych i najsłabiej rozwiniętych. Podobnie, jak polski komunizm, był on zjawiskiem kółkowym, kawiarnianym, opierał się głównie na zrewoltowanej inteligencji.

– Czy taka właśnie była geneza zawłaszczenia dorobku polskiego socjalizmu po II wojnie światowej?

– Po przejęciu przez komunistów władzy – którą otrzymali przecież nie od społeczeństwa, tylko z nadania sowieckiego – zaistniała potrzeba jej legitymizacji. Nowa władza nie miała własnej tradycji, na której mogłaby się oprzeć. Miała jednak do dyspozycji potężny aparat propagandowy. W tych warunkach przechwycenie ponadstuletniej tradycji polskiego socjalizmu okazało się niezwykle łatwe.

Dochodziło do tego, że socjalistów poległych w walce z Niemcami lub w obozach koncentracyjnych przemianowywano pośmiertnie na komunistów. Ci ludzie już nie mogli się bronić. Jednym z takich socjalistów był Norbert Barlicki, który w 1920 r. walczył przeciw bolszewikom z bronią w ręku.

– Dziś słowa „lewica” i „socjalizm” budzą skojarzenia głównie z okresem PRL. Czy komunistyczna propaganda nie odnosi w ten sposób ostatniego, pośmiertnego już zwycięstwa w umysłach niektórych antykomunistów?

– Antykomuniści bardzo często myślą kliszami wyniesionymi z czasów minionego ustroju. To nie tylko kwestia języka. Używanie w odniesieniu do PRL terminu „socjalizm”  było wyraźnym nakazem Stalina. Sowiecki dyktator zabronił polskim komunistom umieszczenia terminu „komunizm” nawet w nazwie ich własnej partii. Ten charakterystyczny szlif polskiego komunizmu wynikał z trzeźwości politycznej Stalina, który wiedział, że łatwiej będzie posłużyć się cudzą tradycją, niż własną, skompromitowaną.

Po części zresztą w interesie obydwu stron, które biły w socjalizm z prawa i z lewa, leżało zepchnięcie go do narożnika. Konserwatystom łatwo polemizować z kimś, kogo można wrzucić do jednego worka ze Stalinem i Mao Tse-tungiem. Trudniej – z ideowymi spadkobiercami powstańców styczniowych oraz pisarzy takich, jak Adam Mickiewicz (twórca znakomitej broszury Socjalizm), Stefan Żeromski, Andrzej Strug czy Gustaw Herling-Grudziński, autor jednej z najbardziej poruszających krytyk komunizmu.

Nie jest to wyłącznie polska specyfika. Wybitnym socjalistą był George Orwell, był nim także Albert Camus, autor słów, które stały się mottem mojej pracy. W 1956 r., kiedy armia sowiecka wkroczyła na Węgry, napisał: Nie może być kompromisu – nawet przejściowego, nawet zawartego w atmosferze rezygnacji – z rządami terroru, które mają takie samo prawo nazywać się socjalistycznymi, jak kaci Inkwizycji mieli prawo nazywać się chrześcijanami.

– Określanie porządku panującego w PRL i innych krajach satelickich ZSRR mianem socjalizmu jest błędem. Ale jest nim też przecież używanie pojęcia komunizm.

– Faktycznie, to określenie nie oddaje w pełni tego, czym był ten ustrój. Nieprzypadkowo jedną z pierwszych grup opozycyjnych w PRL byli młodzi komuniści, którzy czytali Marksa, patrzyli na rzeczywistość i nie widzieli tego, co im przepowiedziano. Być może najbliższy prawdzie jest termin bolszewizm, ponieważ oznacza on coś odmiennego od założeń Marksa, wyrosłego z rosyjskich radykalnych kółek rewolucyjnych i przeistoczonego przez rosyjską myśl narodnicką. Nie było to prostym przeniesieniem na warunki rosyjskie zachodniej myśli komunistycznej.

Powtarzam: czynienie tych rozróżnień nie jest wyłącznie kwestią języka. Nawet sto lat po wydarzeniach słowa pozostaną ważne, bo to nimi jest pisana historia. Jednym z powodów, dla którego w Polsce nigdy nie udało się odbudować lewicy z prawdziwego zdarzenia, jest fakt, że spłaca ona cudze długi.

– Czy określenie bolszewizm nie spłyca jednak problemu, sugerując tożsamość ustroju w ZSRR i powojennej Polsce?

– Nie było jednego socjalizmu: był socjalizm chrześcijański w Wielkiej Brytanii, „socjalizm z katedry” w Niemczech, silnie nasycony treściami narodowymi socjalizm polski, wreszcie socjalizm arabski. Były też różne komunizmy. Komunizm jako doktryna był bardzo giętki. W Polsce potrafił być radykalnie antysemicki w 1968 r. i bardzo filosemicki tuż po wojnie. W ZSRR potrafił dopuszczać elementy wolnego rynku w ramach Nowej Polityki Ekonomicznej, a po kilku latach – skazywać na śmierć jej zwolenników. Trzeba o tym pamiętać. Dlatego podczas mówienia o komunizmie tak ważne jest dookreślanie go przymiotnikami.

Bardzo różne komunizmy to model sowiecki, model polski – względnie liberalny, model jugosłowiański, a z drugiej strony – chiński czy ten znany z Korei Północnej. Zupełnie inną od leninizmu formacją ideową był także stalinizm. Czynienie tych rozróżnień nie musi wiązać się z dowartościowywaniem którejś z odmian. Wybitny niemiecki ekonomista Wilhelm Röpke powiedział, że różnica między socjalizmem a komunizmem jest taka, jak między nieumyślnym spowodowaniem śmierci a morderstwem ze szczególnym okrucieństwem. Można – jak widać – trzymać się faktów, nawet będąc radykalnym przeciwnikiem myśli lewicowej.

– Jak przebiegało pisanie pracy?

– Czas jej powstawania to półtora roku. Pierwszym etapem było napisanie biografii intelektualnej małżeństwa Ciołkoszów. Szukałem odpowiedzi na pytania: jak wyglądało ich życie? Co ukształtowało ich jako historyków i jako ludzi? Trzeba pamiętać, że PPS przyciągała nie tylko polityków, ale także wybitnych pisarzy i społeczników, jak sympatyzujący z nią Janusz Korczak czy Stefan Kopciński. Lidia i Adam Ciołkoszowie byli wszystkim tym po kolei, a czasami jednocześnie.

Kolejnym etapem była próba wyłożenia istoty ich myśli. Innymi słowy – streszczenie, skomentowanie, próba przychylnej lub krytycznej oceny ich wywodu dziejów polskiego socjalizmu od powstania pierwszych kółek socjalistycznych w 1835 r. aż do założenia PPS w 1892 r.

Etapem trzecim i ostatnim było opisanie recepcji ich dzieła w Polsce powojennej, na emigracji oraz dziś. Usiłowałem odpowiedzieć na pytanie o znaczenie tego dzieła dla nas dzisiaj, ale także na trudniejsze i bardziej niewygodne: jak dzisiejsza Polska wyglądałaby w oczach bohaterów tej pracy?

– Czy temat, którym się zająłeś, był wcześniej białą plamą?

– Był on podejmowany, i to przez wybitnych historyków, ale raczej ubocznie, w przypisach. Tuż przed obroną nadeszła wiadomość, że prof. Andrzej Friszke napisał biografię mojego bohatera. Szczęśliwie dla mnie, ta znakomita książka zajmuje się Adamem Ciołkoszem jako politykiem, nie pisarzem. Nasze prace uzupełniają się więc, zamiast konkurować.

– W jaki sposób uzasadniono przyznanie wyróżnienia?

– Jury nie komentowało każdego z wyróżnień osobno. Podkreślono wysoki poziom ogólny. Być może pośrednio odniósł się do tego prof. Tomasz Szarota, komentując wybór z ramienia Polskiej Akademii Nauk. Określił on kapitułę jako jedno z nielicznych w dzisiejszej Polsce gremiów, które przyznają nagrody w oderwaniu od sympatii politycznych jego członków.

Wiadomo, jaką reputację ma IPN, kojarzony przede wszystkim z tradycją prawicową i zachowawczą. A jednak wyróżnienia doczekała się praca poświęcona tradycji lewicy niepodległościowej. Odnoszę zatem wrażenie, że na wyróżnieniu zyskałem i ja jako autor, i wspomniana tradycja, która została doceniona, i sam IPN, który dowiódł, że jest inną instytucją, aniżeli się go często przedstawia.

– Jakie są Twoje dalsze plany badawcze?

– Są one związane z szeroko rozumianą historią idei. Mam zamiar napisać biografie równoległe Józefa Piłsudskiego i Romana Dmowskiego. Taka monografia byłaby konfrontacją dwóch tradycji, z których Polska wyrasta. Chciałbym przedstawić je tak, by nie zwalczały się, lecz sumowały.

Polska nie wyrosła ani wyłącznie z tradycji powstań narodowych – radykalizmu najpierw szlacheckiego, potem inteligenckiego – ani tylko z konserwatywnej tradycji walki o bastiony polszczyzny na Wschodzie i Zachodzie poprzez kulturę, z unikaniem walki zbrojnej. Polska jest jednym i drugim.

Rozmawiał: Roman Czubiński

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. kowalski 2012-03-22
    • Roman Czubiński 2012-03-23
  2. kowalski 2012-03-24
  3. kowalski 2012-03-24
    • Roman Czubiński 2012-03-25
  4. kowalski 2012-03-26
    • Roman Czubiński 2012-03-27
  5. kowalski 2012-03-27
    • Roman Czubiński 2012-03-28
  6. kowalski 2012-03-29
    • Roman Czubiński 2012-03-31
  7. Neosceptycyzm 2012-04-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com