Rena Kownacka: Jak zaczynał się w USA rok 2014

r12014-01-15.

Korespondencja własna z USA

Pierwszy tydzień był dziwnie spokojny. Prezydent i rząd – na świątecznych wakacjach; trzeba przyznać, zasłużonych po ciężkich bataliach politycznych jak nigdy.

Ponad milion “długoterminowych” bezrobotnych z rodzinami stracił zasiłek federalny i cały kraj czekał, że rząd wróci z wakacji i znajdzie jakieś fundusze kryzysowe , ale najpierw Senat musi zagłosować, że zgadza się negocjować ten problem. Nawet media zamilkły, patrząc pesymistycznie na taką ewentualność. Potrzebne było 60 głosów, a demokraci mieli tylko 56; wprawdzie także 3 senatorzy republikańscy powiedzieli, że będą głosować  „za”. Ale nikt nie wierzył że znajdzie się jeszcze jeden odważny.

Jedyne wydarzenie, które wypełniło wszystkie strony gazet, magazynów i programów telewizyjnych, wyglądało w tym kontekście dość  surrealistycznie  – od 1 stycznia 2014 roku w stanie Kolorado wolno legalnie produkować i sprzedawać marihuanę, nie dla celów leczniczych, ale… rekreacyjnych (sic!). Telewizja oszalała, pokazując reportaże z nowych, ładnie urządzonych sklepów z ziołami w stolicy stanu – Denver: czyściutkie szklane szafki i półeczki, błyszczące słoiczki i pakieciki, do których dobrze wyglądający sprzedawcy i sprzedawczynie wkładają pęsetkami zielone loczki roślinek, jak w porządnej aptece. Klienci spokojnie stoją w długiej kolejce, jak za wędliną w Warszawie w latach osiemdziesiątych, nikt się nie denerwuje, nie kłóci, twarze łagodne, zadowolone…

Kupują dużo, bo jeszcze nie wierzą, że ten oficjalny eksperyment nie skończy się za dzień, dwa. Nie jest tanio, średnia cena za uncję zioła $60, ale to i tak pięciokrotnie mniej, niż na czarnym rynku. Nie wierzyłam własnym oczom: potupujące i tańczące towarzystwo, w większości w kurtkach z kapturami na głowie, dość zmarznięte, bo zimno, nie sami mężczyźni, kobiety też, godnie i z aprobatą odpowiada na pytania nielicznych reporterów.  Twierdzą, że to dobra decyzja władz stanu.

Prawie jak w Amsterdamie. Jakoś nie słychać, żeby w kolejce narzekali, że skończyły się zasiłki dla bezrobotnych… Pomyślałam  – może  bezrobotni nie palą trawki.

Właściciele interesu też chętnie odpowiadają na pytania dziennikarzy o warunkach hodowli i produkcji marihuany, telewizje pokazują cieplarnie i cieszą się, że oczekiwane zyski sięgną milionów dolarów:  $63 mln oczekuje się już w pierwszym roku. Miliony dolarów podatków popłyną wymarzonym strumieniem do skarbnicy stanu. Ten biznes zaczyna wyglądać na prawdziwą dojną krowę…

Znalazł się jeden nieodpowiedzialny dziennikarz, nieświadom historyczności momentu, i zapytał: panowie, nie boicie się jakichś nieszczęśliwych wypadków, przecież to substancja narkotyczna, a co jak nierozsądny młody człowiek popali trawkę, pojedzie rowerem i spadnie, albo jeszcze gorzej, na haju poprowadzi samochód i „pod wpływem” potrąci kogoś, albo i zabije?

Przedstawiciele administracji Kolorado i stróże porządku byli przygotowani na takie pytania; od razu podali pełną informację o nowych ustawach, wyjaśnili co i komu wolno, a co nie. Wszystko jest dobrze przemyślane, zapewnili; przecież chodzi o miliony. Już powstają firmy turystyczne typu „Zioło–turystyka”, niemal  jak „Bed and breakfast”. Już naprodukowano mnóstwo przeróżnych wyrobów uzupełniających i akcesoriów – takie specjalnie solidnie wykonane fajeczki, szczypce, a także cukierki i herbatniki, no i niewątpliwie niezbędne T–shirty…

A żeby było śmiesznej, ten cały biznes, legalny w stanie Kolorado jest… nielegalny i zabroniony według ustaw federalnych. Federalni mogą cię nawet aresztować za palenie zioła w samym Kolorado. Banki USA nie chcą prowadzić obsługi legalnego biznesu, związanego z produkcją i handlem marihuany i nie przyjmują od niego opłaty elektronicznej…

Ale to nie szkodzi: w sklepach z ziołem nie płacą kartą kredytową, wyłącznie gotówką.

No cóż, to realia amerykańskie, stany w wielu dziedzinach są niezależne od ustaw federalnych. Tak to jest… na razie.

Pamiętam jak dziś: ponad ćwierć wieku temu przyjechałam do Bostonu i podjęłam prace na MIT, gdzie dokładnie od tego tygodnia zakazano palenia papierosów na terenie uniwersytetu; przyjechałam z barbarzyńsko palącego Starego Świata i trafiłam do upartej mniejszości nałogowych palaczy. Zakładałam się, że nigdy nie rozstanę się ze swoim papierosem, bo… no bo jakże inaczej żyć. Ale już nikt dookoła nie palił, ani studenci, ani profesura, ani administracja, żaden kolega, poza dwoma pergaminowymi paniami z księgowości i kierowcami ciężarówek, palącymi na parkingu za tymi ciężarówkami.

Pod koniec lat osiemdziesiątych Nowa Anglia w większości pokonała tytoniowy nałóg. W Bostonie zakazano palenia we wszystkich miejscach publicznych – w kawiarniach i restauracjach, nawet w domach prywatnych. Późnej dowiedziałam się, że mniejszy sukces osiągnięto w środowiskach robotniczych i artystycznych… W ciągu kilku lat poddałam się i ja. I co teraz, Ameryka zacznie masowo dymić trawkę? Już stan Nowy York zapowiedział, że za pół roku też legalizuje rekreacyjną marihuanę. Skandal!

Po tygodniu sprawa przestała być sensacją, prasa ucichła; nawet jestem ciekawa jak im tam idzie. Pożywiom, uwidim.

rys2Rząd wrócił z wakacji i od razu zagłosował… nie za przedłużeniem zasiłków dla długoterminowych bezrobotnych, ale żeby dołączyć negocjacje na ten temat do obrad Senatu. I to uznano za wygraną demokratów, bo dołączyło się do nich czworo republikanów i w ten sposób otrzymano większość – 60 niezbędnych głosów.

Pesymiści nie wierzyli w zwycięstwo, ale udało się.

Głosowanie ostateczne planują pod koniec tygodnia i teraz pesymiści są przekonani, że nawet jeśli Senat zagłosuje „za”, to republikańska Izba Reprezentantów  i tak to zablokuje. Też tak myślę, chociaż z drugiej strony mam słabą nadzieje, że republikanie zechcą trochę poprawić swój image partii notorycznego sprzeciwu i zgodzą się na to przedłużenie; ale jeśli nawet, to na pewno kosztem obcięcia jakiegoś innego programu socjalnego…

W zeszłym tygodniu odnotowano 50 rocznicę wypowiedzenia „wojny przeciw ubóstwu“, ogłoszonej 8 stycznia 1964 roku przez ówczesnego prezydenta USA Lyndona Johnsona, który występował z wielu programami socjalnymi, w tym z ustawą o prawach obywatelskich, programem poprawy warunków życia biednych ludzi, ustawami o  edukacji i dostępie do opieki medycznej, ustawą o prawie do głosowania, równouprawnieniu czarnoskórych i o utworzeniu obecnego systemu opieki społecznej.

W pierwszym dziesięcioleciu po tych zmianach poziom ubóstwa spadł z 30% do 12%, ale późnej zaczął znowu rosnąć. Na początku lat osiemdziesiątych powszechnie uważano, że Stany Zjednoczone przegrały walkę z ubóstwem. W 2012 roku 16% obywateli USA żyło poniżej poziomu egzystencji; to bardzo dużo dla tak bogatego kraju jak USA, ale jednak mniej niż w latach sześćdziesiątych.

Według oceny Paula Krugmana amerykańska prawica nie chce przyjąć do wiadomości, że główną przyczyną trwałego ubóstwa teraz jest zbyt wysoka rozpiętość  dochodów. Coraz donośniej słychać glosy demokratów o potrzebie zwiększenia podatku dla najbogatszych, ale republikanie będą walczyć przeciw tej akcji na śmierć i życie.

Nareszcie mamy jednak dobrą nowinę, nawet dwie.

rys3Senat i Izba Reprezentantów dogadały się w sprawie na tryliondolarowego budżetu, który zapewni finansowanie rządu do września. Obie strony musiały pójść przy tym na kompromisy, niektóre bardzo bolesne.

Druga ważna nowina: wiadomości o planowanej Reformie Imigracyjnej są obiecujące. Na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami republikańskiej Izby Reprezentantów speaker Izby John Boehner i lider większości Izby Eric Cantor oświadczyli, że chcą odnowić i rekonstruować plan reformy imigracyjnej już w 2014 roku.

Nie każde noworoczne postanowienie, zwłaszcza polityków, spełnia się, ale miejmy nadzieję.

Prezydent Barak Obama wystąpił z propozycja reformy imigracyjnej rok temu w styczniu 2013 roku i Senat ją wówczas przyjął, ale Izba Reprezentantów nie głosowała. Na początku 2014 roku prezydent powtórzył, ze ta reforma jest bez zmian na górze listy jego najważniejszych zadań. Kolej zatem znów na Izbę.

rys4No i już zaczęły się spekulacje na temat ewentualnych kandydatów na prezydenta USA w 2016 roku, chociaż mamy jeszcze dwa lata do wyborów. Najpopularniejszym dziś kandydatem – kandydatką jest Hilary Clinton, ale ona jeszcze nie oświadczyła, czy będzie kandydować. Hilary cieszy się ogromną popularnością i szacunkiem wśród demokratów i wielu republikanów. Gdyby wybory na prezydenta odbywały się obecnie – bardzo prawdopodobnie wygrałaby właśnie ona. Ale dwa lata to kupa czasu na zmiany polityczne. Na razie jednak Hilary nie ma poważnych rywali.

Nie lubię tego okresu przedwyborczego. Zamiast naprawiać złe ustawy i polepszać życie w kraju – obie strony będą zajadle walczyć, razem z mediami będą się grzebać w „brudnej bieliźnie” kandydatów przeciwnika, prawdziwej i wymyślonej. W Wielkiej Brytanii to zajmuje kilka miesięcy, a w Stanach niestety dwa lata i kosztuje setki milionów dolarów. Dosłownie setki: każda partia wydała w 2012 roku około miliarda. Krew się we mnie burzy, kiedy myślę o tych zmarnowanych pieniądzach, za pomocą których można nakarmić, wyleczyć, nauczyć miliony bardzo, naprawdę bardzo potrzebujących obywateli. I starczyłoby też  na pomoc innym.

„Człowiek jest z natury stworzony do życia w państwie. Każde państwo jest wspólnotą, a każda wspólnota powstaje dla osiągnięcia jakiegoś dobra…” – Arystoteles “Polityka”

 Rena Kownacka, Boston, USA

Print Friendly, PDF & Email

One Response

  1. beel 17.01.2014