Stefan Bratkowski: Sensacja – odkryto ‘cywilizację Przekroju’

27.03.2012. To odkrycie nie zapisało się w medialnej kronice wypadków i walk politycznych, ale jest czymś z Wielkiej Archeologii (też w mediach nieobecnej). Sam dostałem książkę młodej pani doktor z UW, Justyny Jaworskiej, w parę lat od jej wydania. To sensacja niekłamana, a niespodziewana – dr Jaworska odkryła „cywilizację Przekroju”. Na ogół o minionym słusznie ustroju piszą autorytatywnie ludzie bez żadnego w nim rozeznania, lub z takąż nie-do-wiedzą – historycy ideologiczni, a tu autorka, urodzona dobre kilka lat po unicestwieniu „Przekroju” Mariana Eilego, rozumie czas dziś niezrozumiały. Co, podkreślę, może się przydać i dziś.

„Przekrój” Eilego był niepowtarzalnym dziełem sztuki. Eile sam był niepowtarzalnym zjawiskiem, czarodziejem dziennikarstwa, który tworzył to dzieło sztuki – całe, ze wszelkich możliwych materiałów, jakże ekwilibrystycznie komponowanych w najtrudniejszych warunkach. Jako mały chłopiec czytałem Osmańczyka, wykładającego twardo w pierwszych latach po wojnie, w „Sprawach Polaków”, los, który Polsce przypadł, i to, jak sobie z nim radzić (korespondent z procesu norymberskiego, opisywał, jak Niemcy, pod okupacją, wzięli się zaraz do roboty), pamiętam obok tej wielkiej publicystyki – „Demokratyczny savoir vivre” Jana Kamyczka, czyli Janki Ipohorskiej, popularyzujący zasady dobrego wychowania (gdzież coś takiego dzisiaj?). Plus „Teatrzyk Zielona Gęś” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Wprawdzie Kira Gałczyńska zaprzecza autorstwa ojca jednemu z najkrótszych tekstów, który się nigdy nie ukazał, ale ja go pamiętam powtarzany po całym Krakowie. Świetnie to ilustrowało styl pana Konstantego z czasu jego „Wjazdu na wielorybie” jako „arcyapostoła cywilizacji Przekroju”: 

Na scenie znajdują się Naród i Ustrój.
Naród (wydaje pomruki)
Ustrój (mu nie odpowiada)
Kurtyna

Eile – bez złudzeń, powtarzający „więcej Osmańczyka, mniej Grottgera” – potrafił wyszukać od samego początku szparę w betonowej konstrukcji, którą budował stopniowo miniony ustrój. Tę szparę potrafił Eile ochronić, a potem i z przemyślną elastycznością rozszerzać, w najgorszych nawet czasach. Wstrzykiwał dość ponurej Polsce i współczesną kulturę światową, z odrzucanym Picassem włącznie, i dowcip łączony z życzliwością (nie wiem, czy dzisiejszy czytelnik wie, co to życzliwość). Przetrwał ten „Przekrój” najgorsze, potem rozkwitał; dla czytania go wielki poeta rosyjski, Josif Brodski, uczył się języka polskiego!

Orientowałem się akurat, że w jakiejś mierze chroniła „Przekrój”, i to właśnie w najgorszych czasach, nieodmienna sympatia Józefa Cyrankiewicza. Ten długoletni premier rządu PRL (zwanej tak od 1952), przedstawiciel inteligencji polskiej na szczytach wrogiej władzy (autor dwóch kompromitujących go deklaracji w dramatycznych momentach tych 45 lat), miał poczucie humoru, łączone z esprit – na uwagę zachodniego dziennikarza, że „u nas premierzy się zmieniają”, odparł – „ja też się zmieniam”. Uważał „Przekrój” za redutę inteligencji. Kiedy kampania antysemicka roku 1968 wykończyła „Przekrój” i Eilego, stracił też swoją pozycję i wpływy  Cyrankiewicz.

Ten niezwykły magazyn ilustrowany, „jedyne takie pismo na 800 milionów Słowian” (czyli także Chińczyków), nie był pismem buntu. Wychowywał swojego czytelnika, nadając mu inną identyfikację. Wedle mego dawno nieżyjącego młodszego przyjaciela, Jerzego Wójcika, odegrał niesłychaną, a niezbadaną rolę w późniejszych polskich przemianach. Świeży, ludowego pochodzenia aparat władzy, z rodzinami liczący kilkaset tysięcy, może i milion ludzi, z poczuciem nieusprawiedliwionego awansu, znalazł po 1945 roku w „Przekroju” swój nowy, a inteligencki punkt odniesienia – mało, nabrał wręcz kompleksu inteligenckiego, starając się zarazem uzyskać akceptację z strony wciąż na nowo, na różne sposoby gniecionej inteligencji. Której nieraz jednak prywatnie dawał do zrozumienia, że nie różni się od niej poglądami na rzeczywistość.

„Przekrój”, zdaniem Wójcika, niedostrzegalnie zmieniał tę polską warstwę panującą, jakby ją łagodził, zmiękczał. Czy dzięki temu już w stalinowskich czasach nie wieszała swoich „odchyleńców” jak w Czechach powieszono Slansky’ego i na Węgrzech Rajka, trudno dociec. Ale nie wykonano wielu zapadłych wyroków śmierci, a w roku 1954, wysłuchawszy z Wolnej Europy rewelacji Światły (to nie był szeregowy zupak, lecz jeden z szefów bezpieki!), ta warstwa panująca dokonała w 1954 r. wewnętrznego zamachu stanu i uwolniła się, sama przynajmniej, od władzy bezpieki nad sobą, podporządkowując ją sobie. Zwalniała skazanych i maltretowanych.

Z „Przekroju” wzięła się, zdaniem Jurka, „miękka” partia, która zgodziła się na Październik roku 1956 i siadła do rozmów w 1980 r. Myślała już o sobie i o świecie inaczej niż czeska i węgierska, to na pewno. Jej młodzież jeździła na studia do USA, inteligentnie fundowane przez Amerykanów. Diagnozę Jurka potwierdziła po latach skwapliwa zgoda tej partii na przejście do gospodarki rynkowej i demokracji. Tudzież – depesza byłego pierwszego sekretarza! – Edwarda Gierka, we wrześniu 1989 r. gratulująca Tadeuszowi Mazowieckiemu powołania pierwszego demokratycznego rządu w Polsce… Marian Eile tego nie dożył, ale zareagowałby, jak sądzę, z satysfakcją – wiele zrobił jego dawny „Przekrój”, by z tą partią nie identyfikował się nawet jeden z jej byłych szefów.

Uzupełniam tu ciekawą, mądrą książkę, zamiast ją streszczać. Autorka nie przeoczyła niczego z bogactwa zjawiska, któremu na imię było „Przekrój”. Przypomniała też ataki pod adresem „Przekroju”, podejmowane – nie wiem, czy w tak spontanicznych – protestach pewnej młodszej części naszego środowiska intelektualnego. Ci polemiści – nieobecni w „Przekroju” – dyskwalifikowali lansowane w nim gusty. Prywatnie mawiali, że to wytwórnia półinteligencji. Sądzę, jak i wtedy, że dostarczali drugie pół inteligencji, językiem prywatnie tak ordynarnym że uszy puchły; nawet panu Śniadkowi daleko do nich… Nigdy zaś nikt nie wydał nigdzie Kafki w setkach tysięcy nakładu jak drukujący go „Przekrój” (co zauważyła Justyna Jaworska). W „Przekroju” debiutował Sławomir Mrożek, pisywał Szaniawski,  Choromański, zaczynał Lem, najpierw astronautyczny, potem ironiczno-kosmiczny.

Gratuluję – z opóźnieniem – Autorce. I opiekunom naukowym pracy pani doktor – Małgorzacie Szpakowskiej i Andrzejowi Mencwelowi. Pogratuluję kolegom z wszelkich mediów, jeśli tę książkę przeczytają – i dowiedzą się, jakie dzieła sztuki można robić z gazet. Nie tylko z gazet. Cieszył by mnie powrót cywilizacji „Przekroju” – może by zmiękczyła dziś tych od wymysłów, obraźliwego języka, awantur i destabilizacji państwa, którzy nie zdają sobie sprawy, że my, zwykli obywatele, lubimy i cenimy życzliwość i pomoc wzajemną. Nawet wybaczając żądzę rządzenia.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. Anna Malinowska 2012-03-27
    • andrzej Pokonos 2012-03-27
      • Anna Malinowska 2012-03-28
        • andrzej Pokonos 2012-03-28
  2. andrzej Pokonos 2012-03-27
  3. Federpusz 2012-03-27
  4. narciarz 2012-03-27
    • hor@cy 2012-03-28
  5. jotbe_x 2012-03-28
  6. TadeuszK. 2012-03-28
  7. andrzej Pokonos 2012-03-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com