Juliusz Sumorok: Mała retencja – za i przeciw

rzeka2014-01-16.

Stefan Bratkowski wywołał swoim artykułem ponownie temat gospodarki wodnej w naszym pięknym kraju. Autor poruszył dwa aspekty zagadnienia: kwestie możliwości wykorzystania rzek do produkcji energii i transportu. Od razu odezwał się głos sprzeciwu, że to niezgodne z ekologią i zaszkodzi środowisku. Jak jest naprawdę?

Przyjrzyjmy się zatem najpierw jak wyglądała sieć rzeczna dawniej i  co zmieniło się dzisiaj.

Przed okresem intensywnej industrializacji cieki wodne płynęły sobie tak jak chciały, meandrowały, rozdzielały się na liczne koryta, tworzyły starorzecza. W wielu miejscach szczególnie na małych rzekach tworzyły się naturalne spiętrzenia. Duże cieki były drożne, w przypadku wielkich fal powodziowych zalewały nisko położone doliny, czyli naturalne poldery, ale to nie był problem bo nie były one zamieszkane. Do tego doliny rzeczne były zarośnięte roślinnością, co w przypadku powodzi dodatkowo rozbijało falę kulminacyjną. Również w tych rzekach odbywały się migracje różnych organizmów, choćby ryb bez żadnych zakłóceń.  Niewielkie podpiętrzenia nie były tu żadną przeszkodą.  Materia organiczna dostająca się do rzek była w większości rozkładana i mineralizowana i ponownie wbudowywana w łańcuchy pokarmowe zanim doszła do Bałtyku.

Tak było do XX wieku, budowle wodne w swej skali nie przekraczały tego co tworzyła natura, nie zmieniały zasadniczo charakteru rzek. Dopiero industrializacja i intensywne rolnictwo zmieniło diametralnie charakter cieków wodnych. Zaczęły być one odbiornikami ścieków przemysłowych i komunalnych, zaczęły się do nich dostawać  biogeny z intensywnego nawożenia. Potrzeby transportowe i intensywna gospodarka w dolinach rzek spowodowała „skanalizowanie” cieków. Obudowanie ich wałami, wyprostowanie koryt.

Obecnie rzeki prowadzą wody zanieczyszczone ściekami przemysłowymi,  biogenami ze ścieków komunalnych i nawozów. Skanalizowanie zwiększyło zagrożenie powodziowe, bo kanał bez polderów (terenów zalewowych) może przyjąć tylko określoną ilość wody w przypadku jej nadmiaru musi dojść do powodzi. Z punktu widzenia ekologa sytuacja jest katastrofalna, przyspieszony spływ wody zmniejsza jej bilans i przyspiesza stepowienie. Zanieczyszczenie z kolei powodują całkowity zanik lub znaczne zubożenie życia biologicznego.

Tutaj wbrew wielu ekologom muszę stwierdzić, że musimy ingerować w większość cieków; nie ma obecnie czegoś takiego jak środowisko naturalne, możemy mówić o mniej lub bardziej zmienionym środowisku przyrodniczym. Ci ekolodzy, którzy wylewają krokodyle łzy nad każdym podpiętrzeniem małej rzeczki, najczęściej nie zdają sobie sprawy, że jest ona odbiornikiem ścieków komunalnych z wielu wsi i o bioróżnorodności można sobie pomarzyć, chyba że chodzi im o mikrobiologię. Wystarczy tak jak ja to zrobiłem obejrzeć małe niegdyś łososiowe rzeki i strumienie pomorza.

Jednak taka ingerencja musi być rozsądna i oparta na głębokiej i interdyscyplinarnej wiedzy. Problem zanieczyszczenia i powodzi może rozwiązać częściowo zarzucony projekt małej retencji. Małe cieki doprowadzone do stanu z XIX wieku, zderegulowane, meandrujące z licznymi podpiętrzeniami z zalesionymi gdzie się da dolinami mogą przyjąć znaczną część fali powodziowej i zapobiec jej katastrofalnym skutkom w dolnym biegu rzeki. Wolny przepływ w połączeniu z bogatą roślinnością i podpiętrzeniami potrafi zredukować znaczne ilości zanieczyszczeń i biogenów. Co nie oznacza rezygnacji z rozwiązania systemowego gospodarki wodno-ściekowej na terenach wiejskich.

Takie gospodarowanie zasobami wodnymi umożliwia budowę małych i bardzo małych elektrowni wodnych. A trzeba pamiętać, że wymyślono u nas bardzo ciekawe urządzenie oparte na zasadzie śruby Archimedesa pozwalające na produkcję energii przy bardzo małym spadku i przepływie. Uspokojenie przepływu w dużych rzekach dzięki małej retencji na dopływach, pozwoliłoby na ich wykorzystanie transportowe bez konieczności całkowitego kanalizowania.  Oczywiście w takim podejściu nie ma miejsca na jakiekolwiek zbiorniki zaporowe  większe od paru czy parunastu hektarów ( tereny nizinne, tereny górskie wymagają odrębnej analizy ale tez gigantomania nie wydaje się wskazana).  Optymalne byłyby np. kaskady małych rzek, czyli szereg małych zbiorników w odległości paru kilometrów od siebie. Np. rzeka Grabia ( NATURA 2000) na początku XX wieku na odcinku 16 km miała 12 młynów i była o 5 km dłuższa ( chodzi o bieg rzeki). Niedługo ku uldze samorządowców będzie można wykreślić ją z listy NATURA 2000, dlaczego ku uldze?, bo tereny w pobliżu rzeki są atrakcyjnymi działkami budowlanymi dla spragnionych przyrody Łodzian. Pomysł zrobienia kaskad na tej rzece został totalnie olany bo nikomu  z decydentów nie było z nim po drodze.

Tu dochodzimy do sedna problemu, dlaczego tamten fantastyczny projekt (małej retencji) poległ. Budowa małych zbiorników kilku- czy maksymalnie kilkunastohektarowych nie leży w niczyim interesie. Pamiętam budowę zbiornika Jeziorsko, wielkie przedsiębiorstwo powołane w tym celu, dyrektorzy, sekretariaty z sekretarkami i palmami, służbowe wołgi. A ile materiałów poszło „na boku” to tylko miejscowi wiedzą. A mały zbiornik cóż, pytanie stare jak świat – kto na tym zarobi? Społeczeństwo? A kogo ono obchodzi? Może gdyby powołać ogólnopolską firmę „Mała Retencja” z jakimś zrzutkiem politycznym w charakterze prezesa, to nagle znalazłoby się lobby skłonne ten projekt przepychać, bo przecież zgodnie z naszą tradycja na wszystkim muszą zarobić krewni i znajomi królika.

Do tego różnej maści „eksperci”, „ekolodzy” widzący tylko czubek swego nosa czyli swoją naukową „działkę”, a wypowiadający się o wszystkim w tonie kategorycznym. Prowadzi to do zwalczania się różnych koncepcji zamiast poszukiwania rozwiązań kompromisowych.

Sprawa jest pilna, bo rząd pod naciskiem UE w nowej perspektywie finansowej przeznaczył ogromne kwoty na „udrożnienie” rzek.  Do czego to doprowadzi? Po prostu spływ biogenów i innych zanieczyszczeń zostanie znacznie przyspieszony, Bałtyk będzie poddany jeszcze większej presji. Do tego jak pokazują doświadczenie niemieckie obetonowywanie rzek kończy się zawsze katastrofalną powodzią, bo woda ma to do siebie, że musi płynąć. Jeśli mamy stuletnie opady, to kanał jaki powstaje z rzeki nie jest w stanie przyjąć całej fali powodziowej i żadne wały tu nie pomogą.

Moim zdaniem należałoby odłożyć na bok  walki „resortowe” i spojrzeć na zagadnienie naszych wód powierzchniowych całościowo; zastanowić się, co chcemy osiągnąć (a nie kto ma zarobić…) być może powrócić do idei małej retencji i zrobić porządny biznesplan z wskazaniem kto i co powinien w tej materii zrobić. Ot taki ze mnie marzyciel.

Juliusz Sumorok

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. Walter Chełstowski 2014-01-16
  2. Jerzy Łukaszewski 2014-01-16
  3. bisnetus 2014-01-16
  4. Magog 2014-01-16
  5. Stanisław Stupkiewicz sr 2014-01-16
  6. andrzej Pokonos 2014-01-16
  7. Juliusz Sumorok 2014-01-17
    • bisnetus 2014-01-17
  8. Kazimierz Kurz 2014-01-17
  9. Incitatus 2014-01-17
  10. Juliusz Sumorok 2014-01-17
    • andrzej Pokonos 2014-01-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com