Piotr Kropotkin: Czy walka wszystkich przeciwko wszystkim

2.04.2012. Niezwykły anarchista

Nowa sensacja edytorska: w kapitalnej „Bibliotece filozofów” wydawnictwa Hachette, dostępnej w kioskach, ukazały się po polsku (bez podania tłumaczy) szkice niezwykłego anarchisty, wśród nich – najbardziej, rzekłbym, rewolucyjny, ba, wręcz przełomowy szkic z roku 1902 pt. „Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju”. Autor był anarchistą naprawdę, a nawet ideologiem anarchizmu, nie miał jednak nic wspólnego z zachodnio-europejskimi zamachowcami, którzy dokładnie w tym samym czasie swymi bombami i sztyletami mordowali zarówno prezydentów, jak en passant zwykłych Francuzów nad ich kawkami w paryskich kafejkach.

Kniaź PIOTR KROPOTKIN, z dobrego, zamożnego domu, pierwotnie – utalentowany uczony, przyrodoznawca, w wieku lat 30 zetknął się podobno ze szwajcarską społecznością lokalną w kantonie Jury, z jej wyznawcami anarchizmu, trochę mistykami, trochę indywidualistami. Nie sądzę, by rzeczywiście stamtąd wyniósł swoje poglądy – podstawowe założenie jego szkicu całkowicie kłóciło z koncepcją Marksa, że rozwój rodzi się z walki, w tym z „walki klasowej” (jego poprzednik, uważany za jednego z twórców anarchizmu, Michaił Bakunin, rewolucjonista Wiosny Ludów, widział w marksowskiej koncepcji państwa rewolucji zaprzeczenie demokracji). W anarchizmie Kropotkina nie było ani burzenia, ani zabijania.

On sam, sympatyk ideałów socjalistycznych oraz utopijnego, idealnego komunizmu, nie akceptował perspektywy instalowania ideałów przez państwo. Jego anarchizm czynił go wyznawcą samorządów, opartych zwłaszcza na doświadczeniu miast włoskich średniowiecza. Trzecią Republikę Francuską, na której my akurat oparliśmy swoje wzory ustrojowe w roku 1921 i w 1997, uważał za „republikę monarchiczną”, w której królewska władza przeszła do niebywale rozrośniętej biurokracji… Warto więc czytać tego brodatego (wedle ówczesnej mody) anarchistę.

Publikujemy początek jego przełomowego szkicu – rozprawy znakomitego przyrodnika, który badał życie społeczne zwierząt, nie tylko ludzi (wytłuszczenia pochodzą od redakcji).


 

Piotr Kropotkin: Czy walka wszystkich przeciwko wszystkim

Podczas podróży, które w młodości odbyłem po wschodniej Syberii i północnej Mandżurii, szczególnie uderzyły mnie dwie strony życia zwierzęcego. Jedna z nich to nadzwyczajna ostrość walki o byt, do której większość gatunków zwierzęcych jest bezlitośnie zmuszana przez przyrodę. To olbrzymie zniszczenie życia, periodycznie wywoływane przez czynniki naturalne, to wreszcie wynikające z tego nadzwyczajne ubóstwo życia na badanych przeze mnie obszarach. Druga zaś strona – to brak tej ostrej walki o byt pomiędzy zwierzętami należącymi do tego samego gatunku, walki uważanej przez większość darwinistów (ale nie przez samego Darwina) za główną cechę życia zwierzęcego i za podstawowy czynnik rozwoju. Podkreślam – walki pomiędzy osobnikami tego samego gatunku nie znalazłem, jakkolwiek szukałem jej zawzięcie.

W północnej części Eurazji w lutym i w marcu srożą się olbrzymie burze śnieżne, po których często następuje gołoledź. Mrozy i zawieje powtarzają się potem w drugiej połowie maja, gdy drzewa są już w kwiecie i wszędzie roi się od owadów. Wczesną jesienią przychodzą nieraz mrozy, a w lipcu i w sierpniu zdarzają się obfite opady śniegu, które w ciągu jednej godziny niszczą niezliczone ilości owadów, łącznie z drugim wylęgiem ptaków stepowych. W sierpniu i we wrześniu z powodu monsunów w okoli­cach o klimacie bardziej umiarkowanym padają deszcze tak ulewne, że wywołują powodzie w rozmiarach znanych jedynie Ameryce i Azji Wschodniej, zatapiające nieraz przestrzenie wielkości niektórych państw europejskich. Wreszcie w pierwszej połowie października zdarzają się wielkie śnieżyce, uniemożliwiające życie zwierzętom prze­żuwającym i zabijające je całymi tysiącami.

Oto warunki, w których obserwowałem walkę życia zwierzęcego z przyrodą w Azji Północnej. Dzięki tym obserwacjom bardzo wcześnie doszedłem do należytej oceny tego, co Darwin nazywał „naturalną tamą przeciw przeludnieniu”, a co jest znacznie potężniejsze, aniżeli walka pomiędzy jednostkami tego samego gatunku, zda­rzająca się tu i ówdzie, nie wytrzymująca jednak najmniej­szego porównania z walką przeciw przyrodzie. Na tych olbrzymich przestrzeniach, które nazywamy Azją Północną, znamieniem szczególnym jest ubóstwo życia, a nie jego nadmiar. Doprowadziło to mnie do poważnych wątpliwości (potwierdzonych później przez moje badania) co do realno­ści tego straszliwego współzawodnictwa o żywność, które ma się toczyć wewnątrz gatunku, a które było przedmiotem wiary większości darwinistów. Słowem – zwątpiłem, czy współzawodnictwo odgrywa rzeczywiście tę dominującą rolę, jaką przypisywano mu przy powstawaniu nowych gatunków.

Z drugiej znowu strony, obserwowałem bujne ży­cie, np. nad brzegami jezior, gdzie gromadzą się dzie­siątki gatunków i miliony jednostek w celu wyhodowania potomstwa, w koloniach gryzoni, w olbrzymich — iście amerykańskich wędrówkach ptaków nad brzegami Ussuri; szczególnie zaś w wędrówkach danieli, które miałem moż­liwość obserwować nad Amurem, gdzie ogromne stada tych rozumnych zwierząt zbierały się z wielkich obszarów, uciekając przed śniegami i mając zamiar przejść rzekę w najwęższym miejscu – we wszystkich tych i tym podobnych scenach, rozgrywających się przed moimi oczami, widziałem w świecie zwierzęcym pomoc wzajemną w ta­kich rozmiarach, że doprowadziło mnie to do uznania jej za pierwszorzędny czynnik utrzymania życia, zachowania każdego gatunku oraz jego rozwoju.

Wreszcie, za każdym razem, kiedy miałem możliwość obserwować zwierzęta w okresie walki o byt – np. badając półdzikie bydło i konie w kraju zabajkalskim, zupełnie dzikie zwierzęta przeżuwające, wiewiórki itd. – stwier­dzałem, że wszędzie tej ostrej walce towarzyszy obniżenie intensywności życia i że gatunki lub ich część zmuszone do walki wychodzą z tej próby zdziesiątkowane i znacznie słabsze. To doprowadziło mnie do wniosku, że okresy ostrego współzawodnictwa bynajmniej nie są okresami rozwijania się gatunku.

Kiedy później zająłem się stosunkiem darwinizmu do socjologii, nie mogłem pogodzić się z żadną z darwinistycznych rozpraw socjologicznych. Rozprawy te bowiem usiłowały dowieść, że człowiek dzięki swej wiedzy i ro­zumowi może złagodzić ostrość walki o byt wśród ludzi; wszystkie jednak przyznawały także, że walka o byt, walka o środki do życia, jest prawem natury, obowiązującym zarówno człowieka, jak wszystkie zwierzęta. Poglądu tego nie mogłem uznać, ponieważ nie widziałem bezlitosnej walki wewnątrz jednego gatunku i nie była ona dla mnie warunkiem postępu.

W styczniu roku 1880 prof. Kessler, dziekan uniwer­sytetu petersburskiego, ogłosił pracę pt. Prawo pomocy wzajemnej.

Pogląd Kesslera streszcza się w tym, że obok prawa wzajemnej walki działa w przyrodzie prawo pomocy wza­jemnej, które dla rozwoju gatunku jest dużo ważniejsze niż prawo wzajemnej walki. Myśl ta – będąca w rzeczywistości jedynie rozwinięciem poglądów Darwina, wyrażonych w Pochodzeniu człowieka – wydała mi się tak słuszna i ważna, że od chwili zapoznania się z nią, od roku 1883, począłem zbierać materiały dla uzasadnienia poglądu, który Kessler w swym odczycie tylko zaznaczył, lecz nie rozwinął, umarł bowiem w roku 1881.

W jednym tylko punkcie nie mogłem całkowicie podpisać się pod poglądami Kesslera. Odwoływał się on mianowicie do „uczucia rodzicielskiego”, do dbałości o potomstwo, jako do źródła przychylności wzajemnej wśród zwierząt. Trudną rzeczą wprawdzie byłoby określenie, w jakiej mierze uczucia rodzicielskie są rzeczywiście przyczyną rozwoju instynktów społecznych u zwierząt, w jakiej zaś mierze wchodzą tu w grę inne czynniki. Dopiero po usta­leniu faktów pomocy wzajemnej wśród różnych zwierząt i po ustaleniu jej wpływu na ewolucję, będziemy mogli zbadać, co w rozwoju uczuć społecznych należy zawdzię­czać uczuciom rodzicielskim, co zaś samemu instynktowi społecznemu. W każdym razie jest rzeczą niewątpliwą, że uspołecznienie – instynkt społeczny rodzi się już nawet na najniższych stopniach świata zwierzęcego, być może nawet w stadium kolonii zwierzęcych. Zgodnie z tym usiłowałem przede wszystkim określić znaczenie pomocy wzajemnej jako czynnika ewolucji, uważając, że badanie źródeł tej pomocy wzajemnej będzie już zadaniem dalszym.

Znaczenie czynnika pomocy wzajemnej nie uszło uwagi tak genialnego przyrodnika jak Johann Wolfgang Goethe. Kiedy przy­jaciel Goethego, Eckerman, opowiadał mu kiedyś (w roku 1827), że znalazł parę piskląt mysikrólików, które wypadły z gniazda, i że pisklęta te dnia następnego znalazły się w gnieździe czerwienki (Motacilla rubecula), gdzie żywione były razem z pisklętami w gnieździe tym urodzonymi, Goethe wyraził z tego powodu zdziwienie i wzruszenie. Widział w tym potwierdzenie swych poglądów panteistycznych i powiedział: „Jeśli byłaby to prawda, że żywienie obcego jest czymś powszechnym w przyrodzie, że posiada ono charakter prawa ogólnego – w takim razie niejedna zagadka byłaby rozwiązana”. Następnego dnia powrócił do tego przedmiotu i usilnie namawiał Eckermana (który, jak wiadomo, był zoologiem), aby podjął specjalne ba­dania w tym kierunku, zapewniając go, że niewątpliwie odkryje prawdziwe skarby. Niestety, badań tych nigdy nie przedsięwzięto, choć jest możliwe, że Brehma, który w dziełach swych zebrał tak obfity materiał dotyczący pomocy wzajemnej wśród zwierząt, mogła pobudzić do tego uwaga Goethego.

W latach 1872 do 1883 ogłoszono kilka poważnych dzieł traktujących o inteligencji i umysłowym życiu zwierząt. Trzy z nich zajmują się specjalnie naszym przedmiotem, a mianowicie: Espinas, Les societes animales, Paris 1887, J.L. Lanessan, La luttepour l’existence et l’association pour la lutte, Paris 1881, L. Buchner, Liebe und Liebes-Lieben in der Thierwelt, 1879. Dzieła te posiadają wybitną wartość, jednak pozostawiają jeszcze miejsce na pracę, w której pomoc wzajemna byłaby traktowana nie tylko jako argument dowodzący przedludzkiego pochodzenia instynktu moralnego, lecz również jako prawo przyrody i czynnik rozwoju. Espinas zwrócił uwagę na takie spo­łeczeństwa zwierzęce (mrówki, pszczoły), które oparte są na fizjologicznym podziale pracy. Jego dzieło pełne jest bardzo interesujących spostrzeżeń, napisane jednak było w czasie, kiedy rozwój społeczeństwa ludzkiego nie mógł być jeszcze rozpatrywany przy pomocy dzisiejszej wiedzy. Odczyt Lanessana posiada raczej charakter pięknego szkicu, w którym pomoc wzajemna traktowana jest poprzez całą przyrodę, poczynając od skał morskich, podnosząc się do świata zwierząt i roślin i dochodząc do człowieka. Co się tyczy dzieła Buchnera, pomimo całego bogactwa fak­tów w nim zawartych, nie mogę się zgodzić z jego myślą przewodnią. Książka rozpoczyna się hymnem do miłości i niemal wszystkie jej ilustracje mają na celu udowodnić ist­nienie pomiędzy zwierzętami uczuć miłości i współczucia. Sprowadzanie instynktu społecznego w świecie zwierzęcym do miłości i współczucia wiedzie ku ograniczeniu w ogóle jego znaczenia. Zupełnie tak samo jak etyka ludzka oparta wyłącznie na osobistej miłości i współczuciu przyczyniła się jedynie do zacieśnienia poczucia moralnego w ogóle.

To nie miłość do mojego sąsiada – którego często zu­pełnie nie znam – zmusza mnie chwycić wiadro i biec do jego domu, gdy zobaczę, że się pali. Działa tu uczucie dużo szersze, bardziej nieokreślone – uczucie czy instynkt ludzkiej solidarności, poczucie łączności społecznej. To samo zjawisko zachodzi wśród zwierząt. Nie miłość, ani nawet współczucie (w ścisłym znaczeniu tego słowa) do­prowadza stada przeżuwaczy lub koni do tworzenia koła w celu obrony przed wilkami. Nie miłość skłania kocięta lub jagnięta do zabawy i nie miłość skłania dziesiątki gatun­ków młodych ptaków do wspólnego spędzania dni jesienią, również nie miłość i współczucie osobiste doprowadza tysiące danieli, rozrzuconych na przestrzeni tak wielkiej jak Francja, do tworzenia stad, zmierzających do jednego miejsca w celu przeprawienia się przez rzekę. Mamy tu do czynienia z uczuciem nieskończenie szerszym niż miłość i współczucie osobiste. Jest to instynkt, który się rozwi­jał pomiędzy zwierzętami i ludźmi stopniowo w ciągu nadzwyczaj długich okresów rozwoju, instynkt, który nauczył zwierzęta i ludzi oceniać siłę, którą mogą czerpać z pomocy wzajemnej, instynkt, który dał im poznać radości płynące z życia społecznego.

Znaczenie tego rozróżnienia może być bez trudu oce­nione przy badaniach psychologii zwierzęcej, a jeszcze bardziej etyki ludzkiej. Miłość, współczucie i poświęcenie rzeczywiście odgrywają rolę w rozwoju naszych uczuć moralnych. Jednak społeczeństwo ludzkie oparte jest nie na miłości i nawet nie na współczuciu. Oparte jest na solidarności ludzkiej – choćby nawet występowała ona na poziomie instynktu. Mamy tu do czynienia z nieświa­domym uznaniem tej siły, którą każdy człowiek czerpie z pomocy wzajemnej. Mamy tu do czynienia ze ścisłą zależnością szczęścia każdego od szczęścia wszystkich, wreszcie z poczuciem sprawiedliwości, które doprowadza jednostkę do stawiania praw każdego ze swych bliźnich na równi z prawami własnymi. Na tej szerokiej i koniecznej podstawie założone są wyższe uczucia moralne. Tutaj jed­nak wyszlibyśmy już poza granice zakreślone w tej książce, odwołam się więc tylko do odczytu pt. Sprawiedliwość i moralność, który ogłosiłem w odpowiedzi na Etykę Huxleya i w którym sprawy potraktowałem obszerniej.

Sądzę więc, że książka na temat: pomoc wzajemna jako prawo przyrody i czynnik rozwoju – wypełni poważną lukę. Kiedy Huxley wydal w roku 1888 swój „manifest” o walce o byt (Walka o byt i jej znaczenie dla człowieka), który według mnie był bardzo niedokładnym przedstawieniem tego, co rzeczywiście widzimy w zaroślach i lasach, wsze­dłem w porozumienie z wydawcą czasopisma Nineteenth Century, pytając go, czy udzieli miejsca na odpowiedź jednemu z najwybitniejszych darwinistów. Propozycja moja została przyjęta bardzo przychylnie. W sprawie tej rozmawiałem potem z W. Batesem, wybitnym współpra­cownikiem Darwina, który powiedział: „Tak, to właśnie jest prawdziwy darwinizm. Niech pan napisze te artykuły, a gdy ukażą się w druku, przyślę panu list, który będzie można ogłosić”. Niestety, potrzeba mi było około siedmiu lat do napisania tych artykułów i gdy ogłosiłem ostatni, Bates już od dawna nie żył.

Rozpatrzenie znaczenia pomocy wzajemnej wśród róż­nych rodzajów zwierząt doprowadziło mnie do zbadania roli tego samego czynnika w rozwoju człowieka. Było to tym bardziej konieczne, że wielu ewolucjonistów, którzy zapewne zgodzą się na uznanie znaczenia pomocy wza­jemnej w świecie zwierzęcym, jak np. Herbert Spencer, stanowczo odmówią jej tego w świecie ludzkim. Twierdzą oni, że w świecie człowieka pierwotnego walka wszyst­kich przeciw wszystkim jest panującym prawem. W jakiej mierze twierdzenie to nie wytrzymuje krytyki, mimo że od czasu Hobbesa było aż zbyt chętnie powtarzane, postaram się wykazać w rozdziałach poświęconych ludziom dzikim barbarzyńcom.

Liczba i znaczenie instytucji pomocy wzajemnej, po­wołanych do życia i rozwiniętych przez twórczość gromad dzikich lub półdzikich podczas najwcześniejszego okresu życia klanowego, a jeszcze bardziej w okresie komunistycz­nej wsi pierwotnej i olbrzymi wpływ, który te instytucje pierwotne wywarły na cały późniejszy rozwój ludzkości aż do naszych czasów włącznie, skłoniły mnie do rozcią­gnięcia badań również na okresy historyczne. Szczególnie zaś zwróciłem się do badania miast średniowiecznych przedstawiających okres niezwykle zajmujący, których wpływ na współczesną naszą cywilizację jest wciąż jeszcze niedoceniany. Postarałem się wreszcie zwrócić choć po­krótce uwagę na znaczenie instynktów pomocy wzajemnej odziedziczonych przez człowieka w nadzwyczaj długim okresie rozwojowym, instynktów odgrywających w naszym społeczeństwie współczesnym poważną rolę, jakkolwiek zwykle uważamy, że nasze życie opiera się na zasadzie: „Każdy dla siebie, a państwo dla wszystkich”.

Przewiduję zarzut, że w książce tej przedstawiłem za­równo zwierzęta, jak i ludzi w sposób zbyt przychylny. Powiedzą być może, że położyłem nacisk na właściwości społeczne, zaledwie dotykając dążeń antyspołecznych i egoistycznych. Było to jednak nieuniknione. W ostatnich latach tak dużo słyszymy o bezlitosnej walce o byt, którą rzekomo prowadzi każde oddzielne zwierzę przeciwko wszystkim zwierzętom, każdy oddzielny człowiek „dziki” przeciwko wszystkim innym „dzikim” i każdy człowiek cywilizowany przeciwko wszystkim swym współobywa­telom. Twierdzenia te stały się tak dalece przedmiotem wiary, że jest rzeczą konieczną przeciwstawić im przede wszystkim obszerny szereg faktów ukazujących życie zwierzęce i ludzkie w świetle odmiennym. Trzeba było wskazać na olbrzymie znaczenie, jakie dla rozwoju zarówno zwierząt jak ludzi posiadają w przyrodzie nawyki społeczne. Trzeba było udowodnić, że zapewniają one zwierzętom obronę przed nieprzyjaciółmi, często ułatwiają zdobycie pożywienia (zapasy zimowe, wędrówki itd.), za­bezpieczają dłuższe życie, a tym samym ułatwiają rozwój zdolności umysłowych. Trzeba było dowieść, że instynkty te ponadto dają ludziom możliwość dalszego rozwijania tych instytucji, które zapewniły człowiekowi zwycięstwo w walce przeciwko przyrodzie, które dały mu postęp wbrew wszystkim przeszkodom dziejowym. Książka ta jest książką o prawie pomocy wzajemnej jako o jednym z głównych czynników rozwoju, lecz nie o wszystkich czynnikach rozwojowych i o ich względnej wartości. Książkę taką trzeba było napisać, zanim można będzie przystąpić do napisania tej drugiej, ogólniejszej.

Niewątpliwie byłbym ostatnim z tych, którzy chcieliby odmówić znaczenia dążeniom do jednostkowego samookreślania się w rozwoju ludzkości. Wydaje mi się tylko, że przedmiot ten zasługuje na traktowanie dużo głębsze niż to, z którym spotykał się dotychczas. W dziejach ludzkich samookreślanie się jednostkowe było i zawsze jest czymś innym, dużo szerszym i głębszym, niż ten małostkowy i ciasny indywidualizm, o którym rozpisuje się tak wielu autorów. Te rzeczywiście wielkie osobistości, które tworzą dzieje, bynajmniej nie pokrywają się z bohaterami opisywanymi przez historyków. Toteż zmierzam ku temu, aby w przyszłości rozpatrzyć oddzielnie rolę samookreślania się jednostkowego w rozwoju ludzkości. Na tym miejscu zaś mogę tylko zrobić uwagę następującą: kiedy instytucje pomocy wzajemnej – takie jak klan, wspólnota wiejska, gildie i grody średniowieczne – poczęły w ciągu dziejów tracić swój pierwotny charakter, kiedy powstały na nich pasożytnicze narośle, zaś instytucje te stały się już tylko zawadą na drodze postępu, powstał przeciwko nim protest jednostek i przybrał wygląd dwojaki. Jedna część protestujących dążyła do oczyszczenia instytucji dawnych, do wytworzenia wyższej formy życia społecznego, opartej na tych samych zasadach pomocy wzajemnej: tak np. usiło­wali oni wprowadzić zasadę rekompensaty zamiast zasady odwetu (lex talionis), potem zasadę przebaczania uraz lub jeszcze wyższy ideał równości na miejsce rekompensaty. Jednocześnie jednak druga część tych protestujących usi­łowała obalić instytucje pomocy wzajemnej jedynie w celu odniesienia z tego korzyści osobistych. Walka pomiędzy tymi dwiema grupami protestujących wypełnia istotną tra­gedię dziejową. Aby jednak rzeczywiście poznać tę walkę i uczciwie rozróżnić, jakim czynnikiem w dziejach była każda z wymienionych grup, trzeba by było poświęcić na to co najmniej tyle czasu, ile zużyłem na napisanie tej książki.

Piotr Kropotkin

Bromley (Kent) 1902.

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Federpusz 2012-04-02
  2. Symeon 2012-04-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com