Aleksandra Jakubowska: Okrągły stół

jakubowska2014-02-06. Dwadzieścia pięć lat temu po raz pierwszy w życiu przekroczyłam progi Pałacu, zwanego wówczas Namiestnikowskim, by przez dwa miesiące relacjonować obrady Okrągłego Stołu. Niespełna dwa lata później w swojej części „Telewizji nagiej” zamieściłam rozdział pt. Okrągły stół. Oto jego fragmenty:

(…) Tym razem wszystko było bardzo precyzyjnie ustalone, jeszcze zanim po raz pierwszy weszliśmy do Pałacu Namiestnikowskiego przy Krakowskim Przedmieściu, by rozpocząć realizacje codziennych relacji i wielokrotnie pokonywać kilkadziesiąt stopni wyjątkowo niewygodnych schodów. (…)

Bilik przyniósł gotowe decyzje, ściśle określające limity czasu dla stron, a także zakaz dokonywania jakichkolwiek skrótów w wypowiedziach strony opozycyjno-solidarnościowej, jeśli nie wyrazi ona na to zgody. Na dobrą sprawę, poza problemami natury technicznej, pozostało jedynie dobrać ekipę, która by przebieg „okrągłego stołu” relacjonowała.

Znalazło się w niej około szesnastu osób. W Pałacu szefem miał być Tadeusz Zakrzewski i jemu też powierzono rozmowy z opozycją. Ja miałam rozmawiać z przedstawicielami strony partyjno-rządowej, którzy zasiadają przy „głównych stolikach”. Pozostali koledzy zajmowali się „podstolikami” tematycznymi : związkowym, górniczym, sprawiedliwości, ekologicznym itp. W „Dzienniku” mieliśmy obowiązek codziennego przedstawiania wypowiedzi współprzewodniczących najważniejszych stolików – politycznego i ekonomicznego – a w późniejszych godzinach emitowania trwającego przeważnie czterdzieści pięć minut programu, na który składały się rozmowy z uczestnikami innych zespołów obradujących tego dnia. Ze strony opozycyjno-solidarnościowej za współpracę odpowiadał ówczesny rzecznik Lecha Wałęsy, Piotr Nowina-Konopka, którego z rzadka zastępował Jacek Moskwa. On ustala, kto będzie występował przed kamerą, a także jak zostanie wykorzystany czas, którym danego dnia strona opozycyjno-solidarnościowa dysponuje. Na miejscu, w redakcji, odpowiedzialnym za kształt programu publicystycznego miał być Marek Barański, który po tygodniu pojawił się w Pałacu Namiestnikowskim i przejął od Tadeusza Zakrzewskiego kierowanie ekipą, nie zaprzestając montowania bloków. (…)

Przeczuwałam, że obrady „okrągłego stołu”, rozpoczynające się 6 lutego 1989 roku, będą historycznym wydarzeniem. Zdawałam sobie również sprawę, przed jak wielką i ważna próba stanie telewizja. I bałam się, że znów ten najpotężniejszy środek przekazu może zostać wykorzystany – pomimo wcześniejszych ustaleń – do walki politycznej. Innymi słowy, stanęłam wobec dylematu: być tam, ryzykując dziennikarską śmierć w przyszłości – czułam bowiem, że po „okrągłym stole” nic już nie będzie takie same – czy też wymigać się, chowając twarz na lepsze czasy i tracąc tym samym możliwość bycia w miejscu, gdzie działy się wydarzenia najważniejsze dla raju i nie tylko. Postanowiłam zaryzykować, tym bardziej, że przypadła mi w udziale obsługa strony partyjno-rządowej. Mogłam więc zadawać ostre pytania, wskazywać na nielogiczności, domagać się konkretnych odpowiedzi. Gdybym tak samo zachowywała się w stosunku do ludzi z obozu opozycyjno-solidarnościowego, telewidzowie odczytaliby to w sposób jednoznaczny – niejako zamierzony, polityczny, tendencyjny atak reżimowej dziennikarki. A podtykać tylko mikrofon? To bez sensu. Zresztą po kilkunastu dniach strona opozycyjna doszła do wniosku, że może doskonale się obyć bez telewizyjnego dziennikarza i jej przedstawiciele zaczęli mówić do kamery sami, ignorując padające w trakcie pytania, które rzeczywiście mogły być często uznane za podchwytliwe. (…)

Przez pierwszy tydzień obrad dziennikarze nie mogli przysłuchiwać się dyskusjom przy poszczególnych stolikach. Konsekwencja tego była istna epidemia rzeczników prasowych wszystkich ugrupowań, którzy koniecznie chcieli informować widzów, co się za zamkniętymi drzwiami dzieje. Kiedy pewnego razu pojawił się jakiś chłop i oznajmił, że jest rzecznikiem partii, która ma dwóch przedstawicieli przy jednym ze stolików, i chce poinformować telewidzów, co ta jego partia myśli o problemach kluczowych dla przyszłości kraju – nie wytrzymaliśmy. Sprawcą tego całego zamieszania był Franciszek Ciemny, naczelny redaktor „Związkowca” i rzecznik prasowy OPZZ w jednej osobie. To jego intrygi zamknęły przede „konkurencją” drzwi wszystkich pomieszczeń. Po tygodniu wystawania z uchem przylepionym do wyjątkowo szczelnych drzwi i podpytywaniu kolegów-dziennikarzy, którzy byli ekspertami przy różnych stolikach, a więc siedzieli w środku, wystosowaliśmy protest do sekretarza KC PZPR Stanisława Cioska. Podobno o niczym nie wiedział i już następnego dnia mogliśmy już osobiście obserwować, jak nareszcie zasiedli naprzeciwko siebie ludzie władzy i opozycji, by normalnie rozmawiać. Po raz pierwszy mieliśmy okazję uczestniczenia w czymś, co powinno być normą. Bo to przecież oni – politycy i ekonomiści – powinni walczyć na racje, a nie my, dziennikarze, przez tyle lat wykorzystywani na pierwszej linii frontu ideologicznego, wysyłani w bój przeciwko temu, co „antysocjalistyczne, antypaństwowe, antynarodowe i antyspołeczne”.(…)

Dwa miesiące” okrągłego stołu” były okresem morderczej pracy. (…) Kto był kim wśród przychodzących codziennie do Pałacu przy Krakowski Przedmieściu można było określić od pierwszego spojrzenia. Wymięte swetry, dżinsy lub sztruksy oraz adidasy na nogach jednoznacznie wskazywały na opozycyjny rodowód. Choć wiedziałam, że większość tych rzeczy to były „ciuchy” przysyłane z Zachodu w ramach pomocy dla biednych lub bezrobotnych, często zadawałam sobie pytanie, czy nie ma w tym także odrobiny pozy. W końcu umyte włosy nie zaszkodziłyby chyba walce o demokrację. Natomiast odprasowane garnitury, niemodne krawaty i ciężkie, wypchane papierami czarne teczki były atrybutami strony partyjno-rządowej. Również zachowanie obu tych grup było różne. Dla opozycji rozmowy „okrągłostołowe” były, a w każdym razie takie odniosłam wrażenie, najważniejszą sprawą w życiu. Dla nich nie liczył się czas, rodzina, wszystkie inne sprawy. Siedzieli w Pałacu od rana do wieczora, potem część biegła do hotelu Europejskiego na codzienne konferencje prasowe, zaś pozostali, podejrzewam, prowadzili w różnych gronach długie nocne Polaków rozmowy, w trakcie których uzgadniali wspólną taktykę i strategię. Z tym naprawdę autentycznym zaangażowaniem nikt się nie krył. Natomiast prominentni przedstawiciele strony partyjno-rządowej sprawiali wrażenie, jakby wpadli do Pałacu Urzędu Rady Ministrów na chwilę, między jednym a drugim zajęciem wagi państwowej. Ot, taka przerwa między zebraniem resortu a naradą z aktywem dyrektorskim. zaaferowani, wciąż dokądś pędzący, wyraźnie nie zdawali sobie sprawy z tego, o co się toczy gra, ani jakiej jest wagi. Oczywiście nie wszyscy, ale spora większość zachowywała się tak, jakby uczestniczyła w jakimś przedstawieniu, które zaraz się skończy, po czym zapadanie kurtyna i znów wrócimy do naszej codzienności. Do tego, co było wczoraj i tydzień temu. Zapewne sporą rolę odegrała głęboko zakorzeniona arogancja i brak elementarnego rozeznania w prawdziwych nastrojach społecznych. Przykład sekretarza KC PZPR Zygmunta Czarzastego, który w przeddzień czerwcowych wyborów w publicznym wystąpieniu zastanawiał się, co zrobić, by wygrana partii nad „Solidarnością” nie była zbyt miażdżąca, jest więcej niż wymowny.

W ostatnim dniu „okrągłego stołu” odbyć się miała druga debata plenarna, składająca się z przemówień stron i podpisania dokumentów. (…) Przewidywano, że zakończy się ona przed kolejną transmisją, tym razem z piłkarskiego boiska, na którym miał się rozegrać jakiś arcyważny międzynarodowy mecz. (…) Tymczasem wszystkie wyliczenia wzięły w łeb. Przy ogromnym okrągłym stole zabrakło delegacji OPZZ z Alfredem Miodowiczem, który nie został dopuszczony do głosu w charakterze trzeciej strony. Przerwa w obradach ciągnęła się w nieskończoność. Za kulisami toczyły się pertraktacje, w których brali udział Kiszczak, Geremek, Mazowiecki i informowany telefonicznie Jaruzelski. Jednocześnie inny sztab zastanawiał się, co zrobić z programem telewizyjnym. Redakcja sportowa straszyła jakimiś ogromnymi pieniędzmi wydanymi na transmisję… I wreszcie podjęto decyzję, że Polacy najpierw obejrzą mecz w wykonaniu dwóch zagranicznych jedenastek kopiących piłkę, a potem retransmisję drugiej części plenarnego posiedzenia, które już za chwilę miało być wznowione. Decyzję taką podjął ówczesny kierownik Wydziału Prasy, Radia i Telewizji Komitetu Centralnego PZPR, towarzysz Sławomir Tabkowski. I choć zarówno Barański z Tumanowiczem, jak i wiceprezes Jerzy Słabicki przekonywali, że nie jest to dobry pomysł, w rozumowaniu towarzysza z KC raz jeszcze zwyciężyło przekonanie, że naród przede wszystkim czeka na igrzyska. Rozsierdzeni telewidzowie do późnych godzin telefonowali do działu łączności, obsypując Bogu ducha winne panie najgorszymi inwektywami.(…)

„Telewizja naga”, Aleksandra Jakubowska, Jacek Snopkiewicz, Wydawnictwa ALFA, 1991

Print Friendly, PDF & Email

5 komentarzy

  1. BM 2014-02-07
    • Qstan 2014-02-07
  2. narciarz2 2014-02-08
  3. paolo 2014-02-08
  4. Magog 2014-02-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com