Marian Marzyński: Wielkanoc

2012-04-08. W pustej i brzydkiej (po Krakowie), Warszawie, Grażyna i ja idziemy na miejsca zbrodni.  Zaczynając od pałacu ślubów na Nowym Świecie, gdzie 49 lat temu stawiliśmy się w pospiechu zapominając obrączek, dochodzimy do kościoła świętego Aleksandra, dokąd w 1945 roku matka zabrała swego wychowanego przez księży i zakonnice 8-letniego syna, na pierwszą, powojenna mszę i gdzie, po wyjściu z kościoła, zatrzymała ja kobieta w chustce i ze słowami “ty wstrętna Żydówo!” uderzyła w twarz.

Przed kościołem rozpalają ognisko. Nie pamiętam tego obyczaju w wielka sobotę. Czy chodzi o dym dramatyzujący śmierć Chrystusa?  W ścieżce dźwiękowej trwa litania do wszystkich świętych.  Nie wiem ile ich ma na liście proboszcz u świętego Aleksandra, ale w moim albumie, kupionym w Galerii Sztuki w Waszyngtonie, jest ich 700. Czytanie tej listy do poduszki   było dla mnie przez jakiś czas sposobem na zasypianie.

Ciągnę Grażynę do kościoła, a ona się opiera, bo tam ciągnęli ja, od pradziadów katoliccy rodzice, aż, gdy miała 12 lat głośno powiedziała “nie”, dlaczego nie rozumie, ze  dla mnie jest to miejsce, gdzie ratowano mi życie?.

Idziemy dalej wyludniona Wiejską i dochodzimy do Sejmu, na pustym placu, miejscu moich zabaw dziecięcych (Grażyna mieszkała wtedy w Gdyni), stoi pomnik Polski Walczącej, który, widząc go po raz pierwszy, moja żona-architekt uznaje za brzydki i niedopasowany do otoczenia, ale czy kiedykolwiek zbudowano ładny pomnik? Zabetonowanie jakiejkolwiek idei powinno razić człowieka o otwartym rozumie. Gdybym ja decydował, na każdym przeznaczonym na pomnik miejscu sadziłoby się drzewa i kwiaty.

W miejscu, gdzie był domek fiński, w którym mieszkaliśmy, stoi teraz ambasada niemiecka, “dom też nam zabrali”, komentuje Grażyna, a gdy za chwile docieramy do zamku książąt mazowieckich na Jazdowie, w moim dzieciństwie kupy gruzów, wśród których strzelało się z wykradanego ojcom pistoletu i goniło kochające się na stojąco bezdomne pary, ja mówię jej  tak: “ w tej restauracji wyprawimy 50 rocznice ślubu”.

Robi się coraz zimniej, jedyny spotkany człowiek z pieskiem na smyczy odszedł w ciemność parku, a ja szukając miejsca na wypicie gorącej zupy w tym pustkowiu przypominam sobie, że jest tam kawiarnia w muzeum teatru, wiec idziemy w kierunku jedynego światełka i znajdujemy samotna, szykującą się do wyjścia kelnerkę, która w ostatniej chwili podgrzewa nam pomidorową. “Lura bez smaku” komentuje Grażyna, a ja tłumaczę jej: “w tej dramatycznej godzinie wielkanocnego postu smak zupy nie ma znaczenia, byle była gorąca”.

W drodze powrotnej znów zatrzymujemy się pod kościołem, ognisko wygasło. Ksiądz kończy litanię do wszystkich świętych.  Grażyna przypomina sobie, że kiedyś tej rezurekcyjnej nocy  po całodniowym poście rodzice zabrali ją do kościoła i tam z głodu zemdlała.

W tym roku Wielkanoc wypada w tych samych dniach, co żydowski Pesach. Polsko-żydowski mecz, który od lat wyśmiewam, dzisiaj urasta do symbolicznego Pucharu Europy.  Ludzie wybierają boga, żeby pomagał im żyć, ale żaden bóg za człowieka roboty nie zrobi.

Marian Marzyński

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com