Jarosław Dudycz: Prości ludzie

kibol2014-02-15.

Internet znowu się poruszył i znowu żyje wielką sprawą. Przez wiele profili mknie historia opowiedziana przez Dorotę Nowak, która w miejskim autobusie natknęła się na grupę fanatycznych kibiców Legii i ośmieliła się sprzeciwić ich antysemickim pokrzykiwaniom. W opowieści Nowak istotne jest to, że była w swojej kontrze zupełnie osamotniona; nikt nie przyszedł jej w sukurs, gdy stanęła naprzeciw chuliganów, nikt też nie zatroszczył się o nią, gdy bandyci zaczęli ją brutalnie wyzywać. Jedna sprawiedliwa kobieta, gromada kiboli i obojętni, smętni warszawiacy – taki obrazek krąży po Facebooku. Za dobrze znamy ten kraj, by temu obrazkowi nie dać wiary.

Zaraz za tym obrazkiem rodzi się próba zdiagnozowania sytuacji, i nie tyle tu chodzi o tę konkretną scenkę z autobusu, co raczej o polską ksenofobię i ideologiczne zaślepienie w ogóle. Rozmówcy jeszcze raz stawiają to czołowe pytanie: skąd to wszystko, skąd ta nienawiść?

Do chuligańskiego antysemityzmu są na pewno predysponowane osoby zdewastowane intelektualnie i emocjonalnie, z wypartymi traumami, bardzo prymitywne w reakcjach, o głęboko zredukowanym życiu wewnętrznym. Osoby zaburzone emocjonalnie, paranoiczne czy wywodzące się ze środowisk zaniedbanych i wykluczonych, dla których wejście do grupy bandyckiej jest istotnym narzędziem poprawy poczucia własnej wartości. Można by więc powiedzieć, że ten antysemityzm to jakaś nerwicowa matnia i gra, którą opisuje świetnie psychologia. Sęk w tym, że gołym okiem widać, że ci ludzie są wielu na rękę, wysługują się nimi określone środowiska i siłą ich mięśni niesiony jest wyraźny system światopoglądowy.

Dyskutanci  skupieni na historii pani Nowak doskonale zatem czują, że nie jest to problem li tylko psychologiczny, ale głębokie, narodowe zjawisko, które wynika z polskiej historii i z polskich modeli wychowawczych i społecznych. A także z polskiej myśli religijnej i z polskich pomysłów na budowanie wspólnoty. Jest w tej pogardzie, którą obserwujemy, coś systemowego, jakaś idea i modus operandi. Widać tu coś organicznego, jakąś bardzo podstawową konstrukcję. Jakby ktoś sobie wymarzył taką tkankę narodową i wiele zrobił, by ludzie na niej wyrośli.

I jedna z teorii, jaką wyczytałem w tej debacie o antysemityzmie (przedstawił ją w Facebooku choćby To Ma), mówi nam, że przyczyną popularyzowania się ksenofobicznych treści jest absolutne zerwanie więzi pomiędzy wykształconymi elitami a prostymi ludźmi, którzy poczuli się odrzuceni, pozbawieni edukacji i omówienia zmieniającego się świata, a w miejsce tej koniecznej opieki ze strony ekonomicznie i umysłowo silniejszych otrzymali szyderczy śmiech i epitety, jak wielkimi indolentami są i jak marne jest ich życie. Zdaniem wielu publicystów i komentatorów beneficjenci transformacji potraktowali narodową masę jak ludzi niższej kategorii, których – zamiast im coś zaproponować – lepiej było zamknąć w piwnicy ze wstydu i ciągle za wszystko strofować. I teraz ta sfrustrowana, zabiedzona, niemal wygłodniała masa wychodzi z cienia i rzuca się do gardła światłej III RP, chwytając się największych bzdur i podłości, byle tylko o sobie przypomnieć i wywalczyć dla siebie trochę miejsca w tym nowym, czystym państwie zbudowanym ze szkła i stali.

To wytłumaczenie jest kuszące i w pewnym stopniu mnie przekonuje, chciałbym jednak pokusić się o istotne uzupełnienie. Zgadzam się, że problem rozgrywa się na linii elity – reszta obywateli, jestem też w stanie uznać za własną opinię, że elity sporo zaniedbały i nie udźwignęły swojej tożsamości i związanej z nią misji naukowej czy pedagogicznej. Nie mogę się jednak zgodzić, że ten błąd elit polegał na pogardzie wobec mas i na spojrzeniu na masy z wyższością, będę zdania, że jego istotą było coś zupełnie przeciwnego: pełne fałszu i tanich komplementów zafascynowanie się masami, pobłażliwość wobec mas i przecenienie ich intuicji i możliwości. Słowem, zachłyśnięcie się tzw. prostym człowiekiem, zmitologizowanie go. Nazwałbym to nawet – bo uważam, że ma to rozległe korzenie i jest czymś znacznie bardziej uniwersalnym niż tylko polskim zjawiskiem społecznym – teologią maluczkich.

Istotą teologii maluczkich jest przeświadczenie, że z byciem prostym, ubogim i doświadczonym przez los wiążą się jakieś szczególne kwalifikacje moralne i predyspozycje do posiadania czystych i pięknych stanów wewnętrznych i do osobliwego, podskórnego czucia prawdy. Maluczcy, choć pozbawieni narzędzi intelektualnych i zdolności rozumienia świata, mają być rzekomo specjalnie nastrojeni, wyposażeni w „widzenie sercem”, co im pozwala czuć więcej i lepiej niż bogatym i potężnym. Ich odruchy mają znaczyć więcej niż „mędrca szkiełko i oko”. Mowa tu o teologii, bo szczytem tego przeświadczenia jest pogląd, że biedni i prości dostępują szczególnej bliskości Boga i lepiej niż inni odnajdują się na Bożych drogach. Bóg rzekomo ma do nich szczególną emocję.

To utożsamienie biedy, zaniedbania i nieszczęścia ze szczególnymi kwalifikacjami moralnymi i z wielką wrażliwością jest, wydaje mi się, próbą racjonalizacji i pokuty dokonywaną przez zwycięzców. Elity rzeczywiście zgarnęły całą pulę i rzeczywiście często kosztem ubogich, nie chcą się jednak do tego przyznać, układają więc sobie taką legendę, że może i mają więcej, może i politycznie, i kulturowo wygrały, ale to, co mają, w istocie nie jest tak cenne, jak ta intuicja, serce i moc ducha ubogich. Widać w tym miejscu sentyment do ubogiego i usilną próbę dowartościowania go, która ma zakamuflować tę smutną prawdę, że ten biedny, prosty człowiek nie ma przecież niczego, ani wiedzy, ani pozycji społecznej, ani nawet zdolności rozumienia samego siebie. Nasz establishment przydziela prostym ludziom jakieś mityczne dobro, przykleja cudaczne etykietki – o rzekomej duchowości, zwycięstwach moralnych i pięknie nieokiełznanego życia – a w istocie sam zagarnia dobro realne.

Elity kształcą się i rozwijają, konsumują rozmaite wartości, korzystają z demokratycznej polifonii, a masa tymczasem rośnie w pychę w tym coraz mocniej pielęgnowanym poczuciu wyższości moralnej. Masa rzeczywiście uwierzyła, że posiada jakiś rodzaj religijnego, niemal mistycznego poznania rzeczywistości i że wszystko, co robi, jest z gruntu dobre. Masa żyje w przekonaniu, że zna świat w jego sensie istotnym, że to, co czuje, jest bezwzględnie sensowne i że do interpretowania świata wystarczą odruchy i afekty, a nigdy nie trzeba niczego tłumaczyć i mieć żadnych argumentów.

Doskonale jednak wszyscy wiemy, że człowiek biedny i prosty nie ma wyższych kwalifikacji moralnych z samego faktu bycia maluczkim, a tym bardziej bycie maluczkim nie obfituje w szczególne zdolności poznawcze. Dochodzi zatem do tego, że to rzekome namaszczenie i te rzekome, niemal nadprzyrodzone kompetencje etyczne czy duchowe prostego człowieka są często wyłącznie obudowanymi w niesamowity egocentryzm zdemoralizowaniem i rozbestwieniem, zbiorem różnych obsesji i prymitywnych skojarzeń. Albo najnormalniej w świecie zwykłymi durnotami i chaotycznymi manifestami, które nie mają żadnej logiki.  A także – co w tym tekście musi być podkreślone szczególnie – ksenofobią i agresją.

Będę zatem zdania, że nasze masy popsuło nie zlekceważenie jako takie, nie odsunięcie i wyśmianie, ale bardzo specyficzny sposób tego zlekceważenia: zrobienie mas w balona za pomocą fałszywego przebóstwienia. Za dużo było tych naiwnych i głupkowatych historyjek, jak to prosta babcia z polskiej wsi więcej wie o świecie od zimnego profesora, który spędza dnie w bibliotece, czy od ministra schowanego w ogromnym gabinecie.

Guzik prawda, rzeczona babcia wcale więcej nie wie. Żeby coś wiedzieć i podejmować mądre decyzje, potrzeba wejść na określone drogi rozwoju, a większość Polaków na nie nie weszła. Nikt jednak nie odważył się tego głośno powiedzieć, bo wtedy trzeba by przyznać: tak, elity zawiodły, nie zrobiły za wiele, żeby prostych ludzi uczynić – tak to określę kostropato – bardziej skomplikowanymi i lepiej orientującymi się w zawiłościach świata.

Ta prosta babcia, przed którą klękał każdy premier i każdy intelektualista polski, nie jest święta. Ma swoje trupy w szafie, swoje uprzedzenia i różne niezdrowe przeświadczenia, których nigdy nie miała okazji przepracować, bo elity tego nie uznały za ważne. Nigdy nie pozwoliły sobie na otwartą krytykę tego prostego człowieka i nie stworzyły żadnego ciekawego programu edukacji społecznej, który byłby naprawdę powszechny i naprawdę obligatoryjny. Wygodniej im było babcię posadzić na tronie i codziennie ją czcić i zaklinać, byleby tylko się nie odezwała.

babcia faktycznie za dużo nie powiedziała, miała tylko radioodbiornik nastawiony na ojca Rydzyka i parafialne aktywności. Ale jej wnuczuś to już jest gracz warszawski, jeździ sobie autobusem z kolegami i bezkarnie wyzywa ludzi.

Jarosław Dudycz

wytłuszczenia – redakcja

 

Print Friendly, PDF & Email

30 komentarzy

  1. W.Bujak 2014-02-15
  2. A. Goryński 2014-02-15
  3. Jerzy Łukaszewski 2014-02-15
    • jotbe_x 2014-02-15
  4. sugadaddy 2014-02-15
  5. bisnetus 2014-02-15
    • A. Goryński 2014-02-15
      • bisnetus 2014-02-16
        • Incitatus 2014-02-18
  6. Aleksy 2014-02-15
    • pawel 2014-02-15
      • Aleksy 2014-02-15
      • BM 2014-02-15
    • Incitatus 2014-02-18
      • Aleksy 2014-02-22
  7. Aleksy 2014-02-15
  8. narciarz 2014-02-15
  9. cheronea 2014-02-15
  10. J.F. Sebastian 2014-02-15
    • A. Goryński 2014-02-15
  11. pawel 2014-02-16
  12. Jerzy Łukaszewski 2014-02-16
  13. SAWA 2014-02-16
    • bisnetus 2014-02-16
      • Incitatus 2014-02-18
  14. Marcin Fedoruk 2014-02-16
  15. A.F 2014-02-17
  16. PAK 2014-02-17
  17. Marian. 2014-02-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com