Ernest Skalski: Ikonostas narodu

strong2014-02-19.

Nie wiadomo czy Mikołaj, biskup greckiego miasta Mira (dziś w Turcji), na przełomie III i IV wieku, miał liturgiczne szaty takie w jakich widnieje na prawosławnych ikonach. Surowe przepisy hermenei każą pisać – ikon się nie ”maluje”, lecz ”pisze” – surowego starca zastygłego w majestatycznej pozie, w biskupich szatach i ze świętą księgą. A wiadomo, że był człowiekiem aktywnym, kontaktowym i ruchliwym. Jeździł do cesarza w Konstantynopolu i na przełomowy sobór w Nicei (nie tej na Lazurowym Wybrzeżu), w roku 325. Teologowie Prawosławia, w którym jest bardzo ważnym świętym i twórcy ikon wiedzą to doskonale od wieków. Ale ikona świętego nie ma być odpowiednikiem dokumentu, nie ma przybliżać jego postaci. Jest niezmienną i rozpoznawalną przez wieki prezentacją i symbolem jego świętości. A także przedmiotem kultu.

Piszę powyższe po obejrzeniu filmu Pasikowskiego ”Jack Strong” o Ryszardzie Kuklińskim. Dobrze zrobiony film jest jak należycie, zgodnie z regułami, pisana ikona. Symbol określonej postawy; szlachetnego wyboru, patriotyzmu, męstwa i poświęcenia. Być może będzie to obraz, który jednoznacznie utrwali się w powszechnej pamięci na długo.

W gruncie rzeczy, w tej powszechnej pamięci utrwalają się właśnie takie uproszczone ikony. Bolesław Chrobry, który wbijał pale to tu to tam i wyszczerbił miecz o kijowską Złotą Bramę, zbudowaną ponad wiek po jego panowaniu. Władysław Jagiełło, co to ”mieczów ci u nas ostatek”, Poniatowski ’’Bóg mi powierzył…’’. Na politykę historyczna i upolitycznioną historię takie obrazy wystarczą. Te skróty to kwintesencja dokonań, ich sedno. Pod warunkiem, że oddają istotę sprawy i że pełna wiedza o człowieku czy wydarzeniu jest dostępna dla tych którzy chcą do niej dotrzeć. Ale tego, że młody Jan Sobieski podczas Potopu opuścił swojego króla i przeszedł pod sztandary Karola Gustawa, nie muszą koniecznie  zgłębiać turyści oglądający jego pomnik w Łazienkach i nie musi to się znajdować w czytankach dla młodszych klas. Nie przekreśla to jego roli jako wielkiego wodza, który zatrzymał i  cofnął ekspansję turecką w Europie.

Gorzej gdy ikona nie tylko upraszcza, ale i wypacza obraz przedmiotu kultu. Ma prawo do swego rodzaju kultu, wybrany w wolnych wyborach przez suwerenny naród, jego prezydent, który gnie tragicznie podczas wypełniania swych obowiązków. Nie ma nieszczęścia jeśli w popularnej wersji jego ikona pomija jego słabe strony. Fatalnie gdy kult staje się elementem szeroko zakrojonego kłamstwa jakim jest pisowska wersja tragedii smoleńskiej i buduje fałszywą świadomość wielu ludzi.

Podobnie fałszywą świadomość budzi popularyzowana w ostatnich latach ikona – apoteoza Żołnierzy Wyklętych czy Powstania Warszawskiego. I nie można powiedzieć, że te tworzone z rozmysłem obrazy nie mają niczego wspólnego z rzeczywistością, którą mają przedstawiać. Mają wiele, co zwiększa wiarygodność fałszywego głównego przesłania. Przy czym istotne w odbiorze są nie tylko proporcje prawdy i prawdy inaczej. Liczy się dystans od wydarzenia. W przestrzeni, w czasie i w osobistym stosunku.

W czasie drugiej wojny Japończycy nie byli mniej okrutni od Niemców, więc Polacy i Chińczycy maja odmienny stosunek emocjonalny do jednych i drugich. Inną odpowiedź na pytanie ”Bić się czy nie bić ?”, sformułowane przez  Tomasza Łubieńskiego w sto pięćdziesiątą rocznicę Powstania Listopadowego, da późny wnuk poległego powstańca, walczącego obok porucznika Ordona pod generałem Sowińskim na szańcach Woli, a inne dawała matka powstańca, który na tejże Woli zginął w sierpniu 1944 roku.

Coroczna rekonstrukcja bitwy pod Grunwaldem niewiele ma wspólnego z tym co się tam działo 15 lipca 1410 roku. Wtedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w upale, kurzu, wrzasku i smrodzie, mordowało się ręcznie przez wiele godzin. Piętrzące się ciała ludzi i koni, straszliwie rannych, konających i martwych. Teraz zabawa grupy zapaleńców. Mało kogo to naprawdę porusza. Natomiast niesmak i  zażenowanie wywołuje – we mnie przynajmniej – zabawa w Powstanie Warszawskie. Widziałem Warszawę w parę miesięcy po nim. Jeszcze z grobami na placach i podwórkach. Moimi kolegami w pracy i poza nią, byli niewiele ode mnie starsi dziennikarze powstańcy. Dla wiarygodności, żeby nie było, że to figura retoryczna mogę ich wymienić: Andrzej Czałbowski, Leszek Cergowski, Stanisław Schoen-Wolski, Stanisław Chełstowski. O powstaniu mówili niechętnie i nie wspominali go jako wspaniałej przygody. Smutno mi, że już nie żyją, ale przynajmniej zostało im oszczędzone oglądanie tych rekonstrukcji.

Wracam do pułkownika Kuklińskiego. Nie był kolegą pułkownika Kilińskiego w Powstaniu Kościuszkowskim, nie służył w Pierwszej Brygadzie, ani w AK.  Żył między nami nie tak dawno, pamiętają go ludzie, mający z nim do czynienia. To co robił wpisuje się w naszą historię najnowszą, którą trudno odgrodzić od bieżącej polityki. Przy ostrym podziale jaki cechuje naszą politykę, pułkownik wywołuje gwałtowne emocje. Nie ma miejsc na rzetelne zbadanie faktów oraz ich omówienie. Zdrajca czy bohater ? Kukliński staje się rozrusznikiem, który wymusza dyskusję o PRL opowiedzenie się za czy przeciw w fundamentalnych kwestiach.

A kysz ! Zgiń przepadnij maro nieczysta ! Nie chcę wymierzać tutaj sprawiedliwości widzialnemu światu, nie roztrząsam szczegółów z życia pułkownika, bo jeśli nawet są prawie pewne, to ”prawie” jest istotnym problemem. Historia,  której byłem obiektem, a w której brał udział bohater Pasikowskiego ciekawi mnie bardziej niż on sam.

Wielki klincz

Jeśli powiem, że i ja byłem oficerem tego samego wojska co i Kukliński to nie skłamię, choć będzie to taka prawda inaczej .

Z końcem marca 1960 roku opuściłem tę samą co on Oficerską Szkołę Piechoty (teraz Wojsk Zmechanizowanych) we Wrocławiu. Tyle tylko, że na zawodowego uczyli tam wtedy trzy lata, a mnie  musiało wystarczyć trzymiesięczne przeszkolenie w …KOR, czyli Korpusie Oficerów Rezerwy. Kto mógł wówczas przypuszczać, że po latach ten skrót będzie trefny!

Wyszedłem jako podporucznik (wkrótce porucznik) rezerwy, dowódca plutonu piechoty. Jako taki musiałem mieć z grubsza przerobiony jedynie jeden szczebel wyżej, czyli kompanii, ale też miałem wiedzieć jaka jest zasadnicza koncepcja strategiczna Układu Warszawskiego i jakie zadania w jej ramach ma Wojsko Polskie. To była krótka i skrótowa informacja, która zresztą niewiele wnosiła.

Przed OSP we Wrocławiu miałem już bowiem za sobą sześć tygodni pobytu w pułku liniowym. I już wtedy, zostając plutonowym podchorążym wiedziałem, że  główne siły uderzeniowe Układu, praktycznie sowieckie, stacjonują na Białorusi i Ukrainie. Coś jakby huf walny w historycznym szyku bojowym, znanym jako stare urządzenie polskie. (Stosowała je także stara Ruś, tylko hufy tam się nazywały pułkami.) To co Związek trzymał na terenie NRD, Polski i u pozostałych satelitów stanowiło w tym szyku coś jakby huf czelny, wciągający nieprzyjaciela do bitwy, którą rozstrzygnąć ma walny. W tym szyku występowały również hufy prawej i lewej ręki, do działania na skrzydłach.

Wojsko Polskie miało być częścią takiej prawej ręki, nacierając dwiema armiami wzdłuż wybrzeża Morza Północnego, zajmując   Danię, Holandię i wychodząc na Kanał La Manche. Miały je wystawić okręgi wojskowe: Pomorski i Śląski. Trzeci, Warszawski miał stanowić zaplecze, szykować i wysyłać rezerwy.

Do elementarnej wiedzy należało też to, że na europejskim teatrze działań wojennych Układ Warszawski miał w wojskach lądowych zdecydowaną przewagę nad NATO. Większość sił lądowych Sojuszu to US Army. Jej jednostki miały sprzęt ciężki ulokowany w magazynach na kontynencie, lecz ludzi należało przerzucić przez Atlantyk, większość wodą. Bez broni jądrowej zachodnia Europa byłaby skazana na szybkie zajęcie przez ZSRR i satelitów.

Prawdopodobnie w Moskwie rozważano ryzykowną kalkulację; szybko zaatakować, zająć ile się da, a może Ameryka zawaha się przed wymianą ciosów rakietami międzykontynentalnymi i jakoś zaakceptuje straty. Ale po kryzysie kubańskim rachuba na brak determinacji Stanów już straciła podstawy. Na dobrą sprawę można by było rozpuścić trzy czwarte sił zbrojnych, zredukować gospodarkę wojenną do niewielkich rozmiarów. Być może jednak liczono się z jakaś mało realną, raczej nieopłacalną, ale choćby w niewielkim stopniu prawdopodobną wojną na terenie Europy, a na pewno za utrzymaniem gotowości do samobójczej wojny stały potężne interesy.

Generał Dwight Eisenhower, kończąc w 1958 roku drugą kadencję prezydencką ostrzegał przed wpływami przemożnego kompleksu militarno-przemysłowego. W USA! Więc co dopiero  można było myśleć o Związku Radzieckim, który nie był państwem mającym ów kompleks, lecz kompleksem mającym państwo. W ciasnej symbiozie z aparatem partyjnym i bezpieką w jej kolejnych wcieleniach. Licząc się więc z  możliwością wojny jakoś tam ograniczonej, zaczęto niezależnie od strategicznej broni jądrowej, wprowadzać taktyczną. Z zasięgiem kilkunastu, kilkudziesięciu i kilkuset kilometrów. Ta broń, osławione Pershingi, ale nie tylko one, umożliwiłaby Ameryce postawienie trudnej do przebycia radioaktywnej zapory, powstrzymującej na jakiś czas sowieckie wojska drugiego rzutu. Pozwoliłoby to na nawiązanie  równorzędnej walki z izolowanym ”hufem czelnym” Układu i na dogadanie się po takiej wymianie ciosów.

Szansę na równowagę militarną w Europie Moskwa odbierała jako porażkę. Stąd wściekła kampania przeciw Pershingom prowadzona przez pożytecznych idiotów i agentów wpływu, którzy wiedzieli co robią. To, że sowieccy mieli odpowiedniki tych rakiet miało nie budzić uwagi. (Na bankiecie podczas jednej  z licznych międzynarodowych konferencji w sprawie rozbrojenia, jakiś nie znający anielskiego delegat z ZSRR krzyknął ponoć do Mieczysława F. Rakowskiego: ”Wytłumacz tym idiotom, że jak ma być równowaga w rakietach to my mamy ich mieć trzy razy więcej, bo u nas tylko co trzecia wypala!”)

Tak czy inaczej, Moskwa i  Waszyngton mogły jeszcze na tym etapie wojny się uratować. Warszawa już nie.

W wojsku, które pamiętam, ta koszmarna perspektywa jakoś nie psuła humorów.  I nie były to humory straceńcze, na zasadzie: a niech tam ! Znajomość realiów oddalała pespektywę jakiejkolwiek wojny w Europie i to na zasadniczej osi konfliktu Wschód – Zachód. Gorąca linia Moskwa – Waszyngton, mająca chronić strony przed przypadkowym przekształceniem się zimnej wojny w gorącą świadczyła o tym, że decydenci tu i tam nie są samobójcami. Wojny, owszem, ale delegowane na peryferie; Wietnam, Bliski Wschód, Afganistan, Angola. Na potencjalnym głównym teatrze  przyszłej wojny podejmowano nawet rokowania rozbrojeniowe. SALT I, SALT II. Z umiarkowanym postępem, lecz zawsze…

Mam na myśli lata sześćdziesiąte i późniejsze. W sześćdziesiątych jeszcze dwa razy trafiałem w kamasze, ale mi nie dawano plutonu do dowodzenia, lecz lokowano w redakcjach gazet wojskowych. Chętnie w nich brałem delegacje, bo ciekawiło mnie wojsko. Miałem mizerny, jak na mój ówczesny wiek, stopień, ale panowie oficerowie w jednostkach, zwracali się per ”panie redaktorze’’ i chętnie rozmawiali o tym co dzieje się w wojsku. Nie sadzę,  że to była projekcja mojego oglądu sytuacji; ale nie liczono się z realną możliwością wojny. Ze strachem zetknąłem się tylko raz, podczas mojej ostatniej delegacji. Było to  w jednostce  pancernej we Fromborku, w grudniu 1970 roku. Oficerowie bali się, że każą im pacyfikować Trójmiasto, skąd pochodziła połowa poborowych. – Do kogo będą strzelać ? – lecz następnego dnia już na Wybrzeżu był spokój.

Perspektywą wojny nuklearnej przejmowano się w Stanach Zjednoczonych, gdzie kwitło budownictwo indywidualnych schronów. W Polsce nie podsycano strachu, bo każda pogłoska wywoływała histeryczne zakupy mąki, cukru, świec i zapałek. Ale żadna społeczność nie żyje w stanie stałego  napięcia. Więc na co dzień nie przyjmowano się perspektywą ewentualnego konfliktu. A przecież wystarczyło mieć wiedzę, która mógł  mieć każdy jako tako zorientowany w realiach wojskowych i politycznych, chwilę obejrzeć mapę i pomyśleć. Ale teraz, w drugiej dekadzie XXI wieku, już się udaje wierzyć, że inteligentny oficer Sztabu Generalnego, mający dostęp do licznych dokumentów wspólnego – głównie sowieckiego –  dowództwa, gdzieś tak w okolicy 1970 roku został nagle porażony informacją o prawdopodobnym przebiegu wojny między Wschodem i Zachodem. I postanowił…temu zapobiec.

Wielki blef i mały

W roku 1960,  już będąc oficerem rezerwy nie miałbym Amerykanom wiele do powiedzenia. Rozkład służb wartowniczych w szkole oficerskiej by ich pewnie nie zaciekawił. W tym roku nad Związkiem Radzieckim zestrzelono amerykański samolot wywiadowczy U-2, z pilotem Powersem, robiącym z wysokości dwudziestu kilometrów zdjęcia, na których dałoby się czytać  tytuły w gazecie. Czym więc w zakresie strategii mógł ich wstrząsnąć Kukliński, ponad dziesięć lat później, gdy już funkcjonował wywiad satelitarny ? To już zresztą nie film, lecz liczne hagiograficzne materiały – z większym lub mniejszym przekonaniem – twierdzą, że  uratował ludzkość przed nuklearną zagładą. Że skłonił Amerykanów do zmiany koncepcji strategicznej. Na jaką ? Że ukazał niecelowość tworzenia zapory nuklearnej na Wiśle. Czym by ją Amerykanie mieli zastąpić ? Walnąć od razu bronią strategiczną na ZSRR i otrzymać takiż cios w USA ? Czy może bez Kuklińskiego nie powstałaby późniejsza koncepcja wojen gwiezdnych ?

Był pułkownik, który być może uratował ludzkość – Oleg Pieńkowski, w latach wojny artylerzysta, potem w Głównym Zarządzie Wywiadowczym – GRU – Armii Sowieckiej. Jego zasługą było że odkrył przed Zachodem starannie skrywaną słabość ZSRR i granice blefu, których Moskwa nie mogła przekroczyć. W okresie kryzysu berlińskiego w 1961 roku i kryzysu kubańskiego w roku następnym Kraj Rad nie zapewnił sobie w rakietach równowagi z USA. Mógł zadać Stanom poważne ciosy, lecz per saldo musiałby przegrać. Wiedząc to, Kennedy grał twardo i zmusił Chruszczowa do wycofania rakiet z Kuby.

Moskwa jeszcze długo prężyła muskuły, rozszerzała gdzie mogła swoje strefy panowania i wpływów, rozbudowywała arsenał nuklearny i konwencjonalny, lecz już musiała sobie zdać sprawę, że frontalnego starcia z Zachodem nie wygra.

Jak zaznaczyłem, bardziej od pułkownika Kuklińskiego interesuje mnie historia, więc przypomnę tutaj moją rozmowę z profesorem Adamem Bromke, znanym zachodnim politologiem, emigrantem z Polski. Rozmawiałem z nim w 1978 roku, w Warszawie. Przedstawił się jako umiarkowany kontynuator Narodowej Demokracji. Przyjechał, przekonywać ówczesną opozycję, by nie powtarzała błędów powstańców z 1830 roku i przedwczesnym wybuchem nie niszczyła wasalnego Królestwa Kongresowego przed wybuchem Wojny Krymskiej. Już się był zorientował, że opozycja nie ma takich planów i możliwości i wyjaśniał na co ”Królestwo” może liczyć.

Związek Radziecki i cały komunistyczny Wschód – twierdził – przegrywa wyścig cywilizacyjny z Zachodem. Nożyce się rozwierają, Zachód już jest silniejszy pod  każdym względem, również militarnym, lecz Wschód wciąż zachowuje niszczycielską siłę i może być niebezpieczny. Dlatego Zachodowi opłaca się udawać, że ciągle istnieje równowaga, utrzymywać jej instytucje, a strona komunistyczna też jest tym zainteresowana.

Uważałem i nadal uważam, że była to trafna diagnoza. Procesów cywilizacyjnych nie udaje się zatrzymywać w skali historycznej. Faktyczna nierównowaga – mówił Bromke – będzie rosła i przy nie dającej się już zamaskować przewadze Zachodu okaże się, że nie musi on i nie będzie mógł akceptować komunistycznego stanu posiadania. Imperium – zdaniem Bromkego – miało się kruszyć od Zachodu.  W pewnym momencie miałoby się okazać, że nie można cierpieć stanu, w który część  narodu niemieckiego  znajduje się pod sowiecką dominacją. Później to samo będzie z Polską. Czytelnik Giedroycia i Mieroszewskiego, spytałem o Ukrainę. Jeszcze później przyjdzie kolej i na nią – padła odpowiedź.

W okresie tej pozornej równowagi funkcjonował w jej instytucjach Ryszard Kukliński. Wielkiej  wojny białych ludzi (Stefan Zweig) Wschód i Zachód nie chciały. Równowaga strachu miała być skuteczną przestrogą. Ale w tym celu groźba musiała być prawdziwa. Więc zbroiły się i ćwiczyły wojska, pracowały sztaby, węszyły wywiady i kontrwywiady. Strony w zasadzie wiedziały o sobie nawzajem, że nie chcą niszczycielskiego konfliktu, ale  musiały się liczyć z próbą szantażu i wymuszenia jakichś ustępstw, z możliwością błędnej kalkulacji ryzyka przez stronę przeciwną czy własną,  z błędem i przypadkiem, a nawet z czyimś szaleństwem. Miały więc przemożną potrzebę zaglądania w karty potencjalnego npla.  W przeciwieństwie więc do sztabów, służby nie tylko szykowały się do wojny, ale ją prowadziły. W tej wojnie Kukliński, inteligentny, sprawny i pracowity odegrał ze swymi informacjami poważną rolę. Nawet jeśli nie przełomową, jak Oleg Pieńkowski.

Przed końcem 1980 miał powiadomić Amerykanów, że szykuje się interwencja w Polsce. Osiemnaście dywizji – piętnaście sowieckich, dwie czechosłowackie, jedna NRD-owska – grzało silniki. Uprzedzony prezydent Jimmy  Carter, przy którym doradcą do spraw bezpieczeństwa był Zbigniew Brzeziński, ostrzegł Moskwę, że nie będzie tolerował w Europie drugiego Afganistanu i Moskwa ustąpiła przed groźbą niesprecyzowanych sankcji. Polscy towarzysze mieli się sami rozprawić z ”Solidarnością”.

Amerykańskie ostrzeżenie jest faktem. Sowieckie zagrożenie interwencją – nie wiadomo na pewno. Kursuje informacja, że tych gotowych do wejścia dywizji miało nie być. Że to był blef, aby skłonić polskie kierownictwo do rozprawy. Interwencja i dla Moskwy i dla Warszawy to była ostateczność. Lecz czy Warszawa wiedziała, że to jest blef ? A Kukliński ponoć miał to rozgryźć, ale nie powiedział tego swoim mocodawcom w Langley, bo chciał skłonić Waszyngton do stanowczej postawy wobec Moskwy. Byłoby to bardzo dziwne i ryzykowne ze strony szpiega. A Jaruzelskiemu też nie powiedział ? Nie bardzo się to trzyma kupy.

W rok później powiadomił o mającym mieć miejsce stanie wojennym, którego plany przygotowywał. Wiarygodność pułkownika sprawiła, że w Waszyngtonie mogli się uspokoić. Polacy zrobią to sobie sami. Interwencji nie będzie, walk w Polsce – Afganistanu w Europie – też. Stany nie będą zmuszone do ostrej reakcji, o której nie wiedziały zapewne jaka by miała być. A wszystko pod warunkiem, że wprowadzenie stanu wojennego się uda, że będzie szybkie, sprawne i w miarę możliwości spokojne. Takie też  było,  bo udało się ”Solidarność” zaskoczyć. Ameryka odczekała aż stan wojenny się ustabilizuje i będzie mogła wystąpić z protestem i poparciem dla ”S”.

Ryszard Kukliński nie musiał być podwójnym agentem, o co się go podejrzewa. Lecz z tego co zrobił musiały być zadowolone władze i w Moskwie i w Warszawie. Trudno by było inaczej przekonać Amerykanów, że interwencji ma nie być i uchronić się przed ich pochopną reakcją.

Mogli być do niej zmuszeni gdyby ostrzegli ”Solidarność”. Mogłoby wtedy dojść do gwałtownych zaburzeń, prawdopodobny by był strajk generalny, brutalna pacyfikacja, przelew krwi i terror, a Moskwa by się poczuła zmuszona – upoważniona czuła się zawsze – do interwencji, do której na pewno by parły Berlin i Praga. Lepiej przed nocą nie myśleć co by się wówczas działo.

Oczywiście zawsze sobie można wyobrazić, że władza by się zlękła i wycofała i byłby nowy zgniły kompromis, jak po kryzysie bydgoskim w marcu 1981. A jakby się tym razem nie zlękła i nie wycofała ? A  gdyby sojusznicy z hegemonem na czele już się jej nie pozwolili wycofać ? Ale powiedzmy, że byłby kolejny kompromis to przecież też nie na długo. Piramida niewiadomych i prawie wszystkie warianty gorsze od tego który był. A mimo to, nawet po z górą trzydziestu latach, trudno mi powiedzieć, że 13 grudnia był strasznym, lecz jednak optymalnym wyjściem. Zaś wtedy zamordowałbym za takie twierdzenie, bo łatwiej znosiłem wypowiedzi apologetów stanu wojennego.

***

A  wracając do filmu, który – powtarzam – jest dobry, to gdyby nie był o Strongu, lecz o prawdziwym Kuklińskim, z jego pogmatwanym, pełnym sprzeczności życiem, z jego wyborami dokonanymi w rzeczywistości, to może mógłby powstać film wielki. Na miarę ”Obywatela Kane’’.

Mógłby, albo i nie. Nic z góry nie wiadomo. A tak wiadomo, że powstał film tylko (tylko ?!) dobry. Że ma szanse na popularność nie tylko w Polsce, że pomoże, właśnie jako ikona, w tworzeniu dobrego obrazu Polski.

Wracając zatem, również do ikon. Pisanie ich, wymagające wielkich umiejętności i często artyzmu, nie było tylko przejawem kunsztu rzemieślniczego czy tworzeniem dzieł sztuki. Było traktowane jako przejaw kultu, rodzaj liturgii. Mnisi twórcy ikon przed przystąpieniem do pracy odbywali modły, pościli, tworzyli nieraz swe dzieła na kolanach. Dosłownie. Myślę, że twórca ”Psów”, ”Pokłosia” i ”Jacka Stronga” odżywiał się regularnie i nie bolą go po tej pracy kolana.

Ernest Skalski

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. Walter Chełstowski 2014-02-19
  2. MaSZ 2014-02-19
  3. W.Bujak 2014-02-19
    • TK 2014-02-19
      • TK 2014-02-19
  4. Jerzy Łukaszewski 2014-02-19
  5. PK 2014-02-19
  6. SAWA 2014-02-19
  7. MaSZ 2014-02-19
    • SAWA 2014-02-20
      • MaSZ 2014-02-20
        • SAWA 2014-02-20
        • PK 2014-02-20
        • TK 2014-02-20
  8. bisnetus 2014-02-20
  9. Georges53 2014-02-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com