Jerzy Łukaszewski: Nie dla psa kiełbasa, nie dla kota książka

kudakd.014-03-05.

Ze względu na terrorystyczną działalność moich kotów byłem ostatnio zmuszony zrewolucjonizować system układania książek na półkach, co wiąże się, jak wiadomo każdemu posiadaczowi książek, z niezwykle intensywnym procesem myślowym i w zasadzie stanowi problem nie do ogarnięcia.

Tematycznie? Alfabetycznie? Podręczne i te „na potem”?

Dochodziła do tego potrzeba ochrony  egzemplarzy starych, czasem bardzo starych przed kocim bandytyzmem, ponieważ zwierzęta te wykazują niezwykłe wprost zdolności do włażenia w miejsca teoretycznie niedostępne, a ich sposób korzystania z literatury charakteryzuje się wyjątkową intensywnością przeżywania czytanych tekstów z łapoczynami włącznie.

Znalazłszy miejsce wg mnie bezpieczne od kotów zacząłem układać w nim starodruki. Tak trafiłem na dawno nieczytaną, niewielką książeczkę Mariana Dubieckiego „Kudak. Twierdza kresowa i jej okolice”. Warszawa 1879. Dozwoleno cenzuroju, a jakże. Dedykowana J. I. Kraszewskiemu, co nie dziwne zważywszy, że był on nie tylko płodnym autorem powieści historycznych, ale i wydawcą i inspiratorem wydawania książek innych autorów dotyczących historii Polski, które to wydania sam często finansował.

Książeczka cenna dla każdego miłośnika historii z kilku względów. Po pierwsze autor.

Marian Dubiecki, uczestnik powstania styczniowego, bliski współpracownik Traugutta, torturowany w śledztwie, zesłaniec, laureat nagrody Akademii Umiejętności w Krakowie, niezwykły szperacz historyczny. Niewielka książeczka (139 str.) będąca monografią Kudaku, znanego starszym czytelnikom choćby z „Ogniem i mieczem” Sienkiewicza, jest wyjątkowo cenna, ponieważ Dubiecki pracując nad nią dokopał się źródeł, które później zaginęły w zawierusze dziejów. O tym, że w ogóle istniały dowiaduje się współczesny historyk z przypisów.

Miłośnik historii Pomorza obdarza estymą autora także z własnych, lokalnych powodów. Już po odzyskaniu niepodległości, Dubiecki był jednym z nielicznych potwierdzających udział w powstaniu styczniowym dość niezwykłej grupy Kaszubów spod Gdańska. Niezwykłej z kilku powodów – raz, że byli to chłopi i w odróżnieniu od sobie podobnych w Królestwie nie mieli żadnych wątpliwości, po której stanąć stronie, dwa – szli jako ochotnicy do innego zaboru będąc formalnie 4 kompanią oddziału płk Calliera, ale nie przyjmując żadnej pomocy (podwód, pieniędzy itp.) i trzy – pobici nie odeszli do domu, lecz przyczaili się nad granicą i czekali okazji, by znów zaatakować. Kiedy powstanie upadało, dowódcy długo musieli ich przekonywać, że czas zbierać się w rodzinne strony. Nawiasem mówiąc, to oni idąc do powstania „pożegnali się” ze swoim biskupem zawieszając na drzwiach kurii stryczek. Z czystej sympatii zapewne.

Dubiecki pisał o tej sprawie w „Słowie Pomorskim” w lutym 1923 roku, a konstrukcja jego tekstów zdradza prawdziwego badacza. Tekst w gazecie, który większość autorów potraktowałaby jako lżejszego gatunku wzmiankę o historycznej ciekawostce, zaskakuje dogłębnym potraktowaniem problemu. Prócz samej historii 4 kompanii Dubiecki pofatygował się, by przedstawić czytelnikom zarys problemów narodowościowych na Pomorzu, z wielkim znawstwem i celnością wniosków, co jest o tyle zaskakujące, że sam pochodził z kresów i większość jego prac dotyczyła tamtego terenu.

Dziś jest postacią mało znaną, ale gdy umarł w 1926 roku, inne pomorskie pismo „Goniec Nadwiślański” wspominało go specjalnym artykułem, akcentując, iż odszedł ostatni członek powstańczego Rządu Narodowego.

„Śmierć zabrała ostatniego z tych, którzy w chwilach najcięższych dla narodu nie ulękli się wrogiej przemocy i po bohatersku wiedli naród ku wolności. Cześć Jego pamięci!”

Sama treść monografii także sprawić może niespodziankę czytelnikowi. Nie czytałem nigdzie tak ciekawie, a jednocześnie zwięźle i rzeczowo przedstawionej historii Zaporoża i stosunków tam panujących. Niejeden współczesny historyk mógłby się od Dubieckiego uczyć warsztatu.

Lokalizacje Siczy (bo było ich kilka) zdradzają człowieka doskonale obznajmionego z terenem, co też nie jest zbyt częste u dziejopisów. Podawane szczegóły topograficzne każą wierzyć, że autor sam był na miejscu i opisuje to co widział. Ciekawe jest porównanie stanu z XIX w. z XVII wiecznym opisem Beauplana dnieprowych porohów plus urzędowy opis guberni jekaterynosławskiej, co pozwala na zauważenie zmian zaszłych przez dwa stulecia. Ciekawe także dlatego, że dziś po zbudowaniu w pobliżu elektrowni  słynne porohy już nie istnieją.

Opis Kudaku jest równie interesujący. Nie każdy czytelnik Sienkiewicza wpadłby na to, że w 1635 roku na dalekiej Ukrainie zaczęto budować twierdzę wg najnowocześniejszych metod holenderskich, będących w ówczesnej Europie uznawanymi za absolutnie najlepsze.

Twierdza nieskończona jeszcze w momencie wybuchu powstania Chmielnickiego została obsadzona załogą, której głównym zadaniem miało być … robienie wrażenia na okolicznych mieszkańcach. Zupełnie nieprzygotowana do odpierania ataków, była póki co propagandowym straszakiem ukazującym potęgę Rzeczpospolitej, co w zamiarze autorów tego pomysłu powinno było odstręczać ew. chętnych do buntu. Nie ma dziś znaczenia to, że nie odstraszyła, ważna jest informacja, iż psychologia wojny nie jest wynalazkiem współczesnym i  właśnie Kudak jest tego najlepszą egzemplifikacją.

Ból czytelnikom Sienkiewicza sprawić mogą takie słowa

„…wnętrze twierdzy ubogo bardzo przedstawiałoby się dla oka, któreby podczas onej pierwszej jesieni zaglądnąć mogło za okolony wał Kudaku. Pewna ilość małych, w ziemię głęboko wkopanych ziemianek, gdzie pęcherze służyły zamiast szkła u okien, i dom drewniany z dachem gontami krytym, skelcony z bali spławionych z lasów samarskich przeznaczony na mieszkanie komendanta – tudzież piwnice na składy, prochownię i więzienie, tworzyły jedyne zabudowy forteczne”

Cóż, to nie ta wspaniała twierdza z posępnym cyklopem Grodzickim, stróżującym na murach, prawda?

Gorzej, bo murów … też nie było.

„Ani jeden głaz, ani jedna cegła nie zostały użyte przy wzniesieniu umocowań i w budowach wewnątrz twierdzy. Drzewo i ziemia były jedynym materiałem użytym do budowy; wszystko co mówią o „murach” Kudaku, jest fałszem dziejowym.”

Cóż za brutalne sprowadzenia na ziemię!

Kolejną ciekawostką jest fakt, że właściciel i budowniczy Kudaku – Koniecpolski, także nie zachowywał się zgodnie z przyjętym w literaturze stereotypem polskiego magnata, prowadzącego hulaszczy tryb życia ignoranta o duszy stęchłej od zawiści i prywaty.

Owszem, kolejnych komendantów mianował spośród ludzi związanych ze swoją rodziną, ale dlatego, że byli nimi osobnicy z wiedzą wojskową i praktyką, często zagraniczną, niepodobni do braci szlachty ruszającej, za przeproszeniem kupą  na nieprzyjaciela, dla której jedynym nieraz wyznacznikiem wojskowych kwalifikacji była niezłomna wiara w „impet”.

Takim też był ostatni komendant twierdzy Krzysztof Łada Grodzicki. Wykształcenie wojskowe ze specjalnością artyleryjską otrzymał w Niderlandach, pod Wallensteinem dosłużył się stopnia pułkownika artylerii, w ocenach współczesnych wiedzą i umiejętnościami ustępował jedynie i to niewiele Getkantowi, Siemionowiczowi i Arciszewskiemu.

Komendant Kudaku miał do dyspozycji także własny wywiad, który na bieżąco relacjonował mu stan umysłów i wszelkie istotne dla bezpieczeństwa twierdzy wydarzenia.

I jeszcze jeden ciekawy szczegół. Dubiecki opierając się na źródłach z epoki przytacza różne piosenki popularne na Zaporożu, m.in. jedną zaczynającą się od słów

„Oj tam zza hory
jedut mazuroczki.
Jedut mazuroczki
wezut barwinoczki
na sywom koni…”

i komentuje

„Niema tu i śladu nienawiści; owszem, rycerski mazur z chorągwi w pozadnieprzańskich starostwach rozłożonych, był wyglądany z barwinkiem, a więc jako oblubieniec, jako gość miły i pożądany”.

Trochę to zakłóca potoczną „znajomość” tamtych spraw i czasów, ale to dobrze.

Warto czasem wspomnieć, że nie zawsze „nienawiść zatruwała serca”.

Rzecz jasna, trudno mieć pretensje do Sienkiewicza, że nieco inaczej przedstawił obraz tamtych stron i ludzi. Licentia poetica pozwalała mu przystosować historię do celu swego pisarstwa, a nie było nim przecież pisanie  podręczników. Inna rzecz, że kiedyś utalentowany autor potrafił przekonać czytelnika do swojej wizji tak dalece, że żadne traktaty naukowe nie były w stanie zburzyć tego obrazu w umysłach szerokich rzesz.

Aby zakończyć nieco lżejszym akcentem powiem tylko, że wszystkich, którym wersja Sienkiewicza nie odpowiadała (a było takich niemało) pomścili twórcy filmowi przenoszący jego książki na ekran. Gdyby Sienkiewicz po śmierci trafił do piekła, szatani nie znaleźliby lepszej tortury, niż puszczanie mu na okrągło adaptacji jego powieści.

Amerykańskie „Quo vadis”, w którym siłacz Ursus pokonuje na arenie cielaczka, z którym przeciętny wiejski pastuszek by sobie poradził, to wcale nie najgorsza z tortur.

Gdyby Lucyfer poprosił mnie o konsultacje w tym względzie, jako film „na dobicie delikwenta” poleciłbym włoską wersję „Ogniem i mieczem” z 1961 roku. Jeśli mają państwo nieco czasu do stracenia, proszę spróbować.

Uprzedzam jednak – rzecz jest tylko dla twardzieli. Żaden wstyd nie wytrzymać.

Dodam tylko, że moje dwie kotki, dzięki którym odbyłem ponownie podróż na stepy Zaporoża, noszą „literackie” imiona zapożyczone u Zapolskiej – Hesia i Mela. Może stąd ich dzikie zainteresowanie książkami na moich półkach?

Pocieszam się, że przynajmniej ktoś w dzisiejszych czasach garnie się do książek.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

10 komentarzy

  1. Marcin Fedoruk 05.03.2014
  2. Jerzy Łukaszewski 05.03.2014
    • Marcin Fedoruk 06.03.2014
  3. Marian. 06.03.2014
  4. Jerzy Łukaszewski 06.03.2014
    • Marcin Fedoruk 06.03.2014
      • BM 06.03.2014
        • Marcin Fedoruk 06.03.2014
  5. SAWA 06.03.2014
  6. Jerzy Łukaszewski 06.03.2014
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com