Janina Paradowska: Bać się czy nie bać?

paradowska2014-03-14. „Kalemba ofiarą Putina” – czytam w dzienniku wydawałoby się poważnym, bo przecież noszącym dumny tytuł „Rzeczpospolita” i już sobie myślę, że ten rosyjski prezydent, czarny charakter ostatnich dni, jest jednak wszechstronny nadzwyczajnie. Nie dość, że ma głowie Krym, a także całą Ukrainę i jeszcze potencjalny konflikt globalny, że dzwonią do niego najważniejsi przywódcy światowi, aby się nieco miarkował, a on ma jednak czas, by utrącić nam ministra rolnictwa. W dodatku nie tak specjalnie ważnego, skoro początkowo nie chciał go za bardzo nawet premier Tusk.

W sprawie Kalemby mam jednak zdanie odmienne, otóż niestety nie jest on ofiarą Putina, co oczywiście wiele by wyjaśniało, ale własnej niekompetencji i zapewne także partyjnych gier ludowców.  Że ten afrykański pomór świń do nas przyjdzie i to na dodatek z Białorusi, czyli raczej od Łukaszenki, a nie do Putina, wiadomo było od dawna i trzeba się było zabezpieczyć. Kalemba najwyraźniej rzecz zlekceważył, skoro już głośno o tym,  jak to na spotkaniu w Ministerstwie Gospodarki wicepremier Piechociński krzyczał, i to przy niższych rangą urzędnikach, i na Kalembę, i na głównego weterynarza kraju, że ma ich dość i już im dziękuje. Z Kalembą przeszedł nawet na „pan” i krzyczał ponoć: ja panu już dziękuję. Nie śmiem podejrzewać, że Piechociński działał tu na zlecenie Putina, bo wtedy już nawet te Awacsy, które krążą nad Lublinem i te F -16, budzące śpiących w Kraśniku, na nic by się zdały, skoro rosyjskie macki sięgają tak daleko i właściwie mamy już okupację przynajmniej resortu gospodarki.

Czas mamy zresztą taki bardziej bojowy. Po ekranach telewizorów przetaczają się czołgi i ciężarówki wypełnione wojskami  niewiadomego pochodzenia i tylko czekam, kiedy prezenterzy w studiach pojawią się w przyjemnym i twarzowym stylu moro. Gdyby policzyć wszystkie wozy bojowe pokazane ostatnio na ekranach, to właściwie mamy już bitwę pod Kurskiem, gdy idzie o ilość zgromadzonego sprzętu. Dopiero dokładne wpatrywanie się w ekrany pokazuje, że na ogół są te same kolumny i te same ciężarówki, podobnie jak te same bójki tych złych z tymi dobrymi , tyle że pokazywane przez tydzień po kilka, a nawet po kilkanaście razy dziennie. Na razie jednak w studiach produkują się generałowie. Jak zwykle najbardziej efektownie wypadł niezawodny w takich sytuacjach generał Skrzypczak, przyjaciel wielu dziennikarzy, znany lowelas (nie bardzo wiadomo, dlaczego ranking na największych lowelasów, urządzony przez któryś z tabloidów, wygrał Waldemar Pawlak, a nie ten słynny generał), który zapowiedział ,w licznych mediach zresztą , od „Super Expressu” poczynając, że Rosja podbije nas w trzy dni i NATO nie zdąży nawet przyjść nam z pomocą. Wprawdzie do tego, że na ogół z pomocą dla nas bywały w historii spóźnienia, i to niekoniecznie trzydniowe, jesteśmy przyzwyczajeni, ale teraz przecież miało być inaczej. Nawet 300 amerykańskich żołnierzy jako zaliczka już przyleciało. A Skrzypczak, wszak były wiceminister obrony narodowej, ulubieniec nie tylko kobiet, ale także żołnierzy  (najbardziej uwielbiany przez nich generał w armii) oraz przejściowo polityków uważa, że jednak polegniemy. Generał zresztą plótł rożne inne androny, jak choćby, że wszyscy byli zaskoczeni tym, iż Rosjanie wejdą na Krym. Czyżby nie wiedział, że są tam od stuleci? Marnie to świadczyć może o naszym szkolnictwie wojskowym.

Szczęśliwie do grona wielbicieli generała najwyraźniej nie należy prezydent Bronisław Komorowski, który bez ogródek stwierdził, że trzeba być idiotą, aby mówić takie głupstwa.  Czyli powiedział, że król jest nagi. Przyznam, że mam  osobistą satysfakcję.  Od dawna twierdziłam, że gen. Skrzypczak może być uwielbianym przez żołnierzy, ale nie rozumie podstawowej w demokracji zasady cywilnej kontroli nad armią i głowy do polityki wyjątkowo nie ma. Skutkiem czego nie nadaje się na żadne polityczne, ministerialne funkcje. Nie wiem dlaczego rozważny minister Siemoniak go forował, bo przecież chyba nie liczono, że Skrzypczak przysporzy wojskowych głosów Platformie. Takie kalkulacje zawsze obciążone są błędem, by nie powiedzieć naiwnością i kończą się raczej niezbyt miło.  Ze Skrzypczakiem też MON rozstawał się w sytuacji mało komfortowej, i to głównie dla ministra, bo generał oczywiście ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Przeszedł do kategorii medialnych celebrytów, komentatorów – niby specjalistów, którzy mają mówić rzeczy bulwersujące. Takie, żeby mocne cytaty były.

Niby to śmieszne, ale jednak poważne. Nie jest prawdą, że ludzie się nie boją tych F-16 nad Lublinem i Kraśnikiem, tego, co będzie po Krymie, że nie patrzą na przetaczające się kolumny ciężarówek, że nie boją się sankcji, które uderzą ich po kieszeni. Na razie jednak trwa wielkie zbrojne hasanie po ekranie. I wydawało się, że choć na moment minister Kalemba ze swoją dymisją ostudzi bitewny zapał, u tu proszę, to też sprawka Putina. I jak się tu nie bać? Wszak wojna u bram, a jak rosyjskiego czołgu jeszcze w granicach brakuje, to dwa zarażone afrykańską chorobą dziki wystarczą. Mogą być nawet białoruskie. Wiadomo, Łukaszenka to sojusznik Putina.

Janina Paradowska

Blog Autorki w portalu Polityka.pl

 

Print Friendly, PDF & Email

10 komentarzy

  1. W.Bujak 2014-03-14
    • andrzej Pokonos 2014-03-15
  2. sugadaddy 2014-03-15
  3. Magog 2014-03-15
  4. de mowski 2014-03-16
  5. Wanda Szczypiorska 2014-03-16
    • Qstan 2014-03-16
  6. de mowski 2014-03-16
  7. Qstan 2014-03-16
  8. Wanda Szczypiorska 2014-03-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com