Mariusz Janicki, Wiesław Władyka: Siedem kłopotów Platformy

2012-04-25. Nawet najbardziej zagorzali krytycy PiS zdają się jednocześnie coraz bardziej nie lubić PO. Ledwie ją tolerują. A Tusk szuka sposobu, jak odpowiedzieć na szaleństwo, samemu nie popadając w nerwicę.

W ostatnich sondażach Platfor­ma wyprzedza PiS już tylko o kilka punktów procento­wych. Partia Kaczyńskiego odżyła i retoryką smoleńską uruchomi­ła najgłębsze rezerwy. Coraz ostrzejsze wystąpienia smoleńskiej prawicy, gdzie padają słowa najcięższe: o zdradzie, tar­gowicy i kolaboracji, mają sugerować, że polityczny pojedynek wchodzi w fazę ostateczną, heroiczną. Platforma na tę poetykę jest nieprzygotowana. W dodatku trafiło na ugrupowanie osłabione. Partia Tuska ma kilka poważnych kłopotów, na które zapra­cowała bądź są one skutkiem obiektywnych przyczyn, które odczułaby każda władza. Dotyczy to przede wszystkim efektów globalnego kryzysu gospodar­ki oraz kryzysu Unii Europejskiej, choć akurat Polska w porównaniu z innymi, jak na razie, na kryzysach traci względnie mało – w dużej mierze właśnie dzięki polityce Platformy.

Ale oszczędnościowe restrykcje nie sprzyjają wzrostowi dobrego samopoczu­cia obywateli, jak i wielu urzędów i insty­tucji, pojawia się mgła niezadowolenia, osiadająca na wszystkich innych spra­wach. Bardzo ułatwia to opozycji prowa­dzenie ostrzału rządu i uprawianie czar­nej propagandy.  

Doszło do wyjątkowo dużego rozdźwięku pomiędzy sferą realnych ekonomicz­nych faktów a symboliczną ich interpreta­cją. Istnieją dwie rzeczywistości; w jednej z nich Platforma przyzwoicie zarządza krajem i próbuje coś niecoś reformować, w drugiej jest sprawczynią upadku kraju, zapaści moralnej i siedliskiem narodowej zdrady. Do sondaży badających poparcie dla partii przeciekają impulsy z obu tych światów. Ale w ostatnich tygodniach prze­pływ ze sfery symbolicznej, gdzie Platfor­ma gra niemal diabła, jest większy, stąd spadek jej notowań.

Partia Tuska nigdy nie mała specjalnie dobrej legendy i ideologicznej podbudo­wy, a teraz – po ataku smoleńszczyzną – jest z tym jeszcze gorzej. W sferze kon­kretów natomiast rządzące ugrupowanie wdało się w tzw. bolesne reformy, które dla wielu odbiorców mogą się wydawać irytujące i nudne jednocześnie. Platformersom zaczyna zagrażać syndrom par­tii strażnika budżetu, jaką przed ponad dekadą, z opłakanym skutkiem, stała się Unia Wolności. Tyle że wtedy nie było PiS, na którego tle można zyskać. Pytanie jed­nak, jak długo PO będzie się jeszcze broni­ła przed zmasowanym atakiem symboli.

Teoria zamachowa, nawet jeśli jeszcze przekonuje mniejszość, to u większości spowodowała zanik pewności co do przy­czyn smoleńskiej katastrofy, zamieszanie i zwątpienie. Widać tu wyraźne przesunię­cie w nastrojach. Pucz już pełza, jak okre­ślił to Tadeusz Mazowiecki, propaganda zagłady się rozwija, jest dynamiczna, a reakcja Platformy statyczna, przerywa­na jedynie gwałtownymi, emocjonalnymi, a przez to ryzykownymi wypadami Tuska na teren wręga. To wygląda coraz mniej na plan, a coraz bardziej na improwizację. Jakby nowa generacja politycznej agresji swoją intensywnością zaskoczyła Tuska. Nazywanie go wprost zdrajcą przez szere­gowych posłów PiS i prowokacyjne ocze­kiwanie na wytoczenie procesu o zniesła­wienie stało się nową polityczną metodą. Nie było gotowej odpowiedzi.

Z jakimi zatem kłopotami musi dzi­siaj konfrontować się Donald Tusk i jego partia?

Kłopot ze sobą

Jest to partia, która drugi raz zdobyła władzę, ale robi wrażenie, jakby już sam ten fakt jej wystarczył. Zresztą gdyby nie energiczny udział w kampanii wyborczej samego Tuska, to zwycięstwo wcale nie było pewne. Para, w porównaniu z 2007 r., jakoś wyparowała, osławiony platformerski PR uwiądł, kiedyś aktywni liderzy i ora­torzy schowali się za premiera.

Przede wszystkim nie ma jasnej od­powiedzi na pytanie, kto tak naprawdę jest numerem drugim w Platformie, kto trzecim czy czwartym. Z kogo składa się jej biuro polityczne, jaką rolę odgrywa w polityce partii Schetyna, jaką Grupiński, Sikorski, Kopacz? Kto ma mandat do reprezentowania stanowiska PO, poza oczywiście samym Tuskiem, który jednak ma na głowie i ten problem, że jednocze­śnie musi reprezentować linię i politykę rządzącej koalicji, a nie jest to w końcu byt tożsamy.

Partia rządząca zawsze ma skłonność koncentrowania się w strukturach władzy, gdzie istnieją inne hierarchie, ale właśnie takie odpuszczanie działań stricte partyj­nych, niedbanie o intelektualne i ideowe życie ugrupowania, było przyczyną już niejednej wyborczej porażki. Kiedy liczy się tylko to, co stanęło „na rządzie”, zaczy­na się organizacyjny zjazd w dół. Platforma wygląda trochę tak jak parkinsonowska in­stytucja, która jest już na tyle duża, że cały czas musi poświęcić na zajmowanie się swoimi sprawami, godzeniem frakcji, per­sonalnych ambicji, równoważeniem wpły­wów regionów. Jest już znacznie mniej siły, aby odpierać ataki z zewnątrz.

Kłopot z Tuskiem

To kłopot każdej partii z silnym, domi­nującym przywódcą. Platforma nie byłaby tu, gdzie jest, gdyby nie Tusk. Ale jego po­zycja w partii jest tak silna, jest na taki spo­sób egzekwowana i realizowana, że aż sta­je się w jakimś zakresie dysfunkcjonalna. Waga zamienia się wtedy w ciężar.

Odległość, jaka dzieli premiera i prze­wodniczącego od podwładnych, jest dzisiaj tak duża, że po prawdzie wielu by­łych współpracowników i kumpli zostało gdzieś w przedpokojach, wielu znalazło się w stanie niełaski bądź zapomnienia, ale najważniejsze, że wszyscy mogą mieć przekonanie, że wyłącznie od Tuska za­leży ich pozycja i kariera. Nie ma zatem drużyny, nie ma kompanii, jest przywód­ca i wykonawcy, którzy czasami dotkliwie muszą odczuwać niejaką nonszalancję, by nie powiedzieć, wielkopańskość, jaką przełożony manifestuje wobec innych.

Przypomina się przykry spektakl ze Schetyna. Jest subordynacja (wyłączmy przypadek odejścia posła Gibały do Ru­chu Palikota), premier może na bank li­czyć na swój klub poselski, nie ma jednak aktywności, gorącego poparcia, ognia w oczach. Skuteczność Tuska jako środka na wszelkie wizerunkowe katastrofy słab­nie, tak jak maleje efektywność zbyt długo przyjmowanego specyfiku. Ale też nie ma on zamiennika. A problemy nieustannie mutują, zmienia się społeczna atmosfera, rośnie gorączka, w której zradykalizowana mniejszość robi wrażenie większości. Demagogia weszła na poziom nowszej generacji w momencie, kiedy Tusk jest w trakcie batalii z innej prozaicznej bajki, o emerytury, deregulację, lekarstwa. PiS złapał go w wykroku.

Kłopot z koalicją

Zapewne nie ma bardziej racjonalnego scenariusza dzisiaj na rządzenie w Polsce niż kontynuacja koalicji PO z PSL; wystar­czy przećwiczyć myślowo inne warianty. To po pierwsze, po drugie zaś – każde rzą­dzenie koalicyjne ma wkomponowane w swoją filozofię i strukturę nieustanne ścieranie się i dogadywanie kontrahentów politycznych. W poprzedniej koalicji widzieliśmy to w wersji właściwie bezko­lizyjnej. Gorzej sprawa zaczęła wyglądać w drugiej kadencji, zwłaszcza kiedy rozpoczęły się układanki w sprawie wieku emerytalnego. A to dopiero początek, jeśli przyjmujemy za dobrą monetę zapowiedzi premiera o reformach ubezpieczeń, wycofaniu przywilejów grupowych.

W interesie obu stron jest dalsze współ­rządzenie, niemniej tak silny opór musi osłabiać energię Tuska do szykowania się do kolejnych tzw. bolesnych reform, zwłaszcza że sprzeciw opozycji ma gwa­rantowany, społeczeństwa też, a wspar­cie PSL nie bardzo.

Kłopot z legendą

PiS, jak i wszystkie z nim stowarzy­szone media, ruchy i ojciec Rydzyk mają silny przekaz, wzmacniany nieustannie po katastrofie smoleńskiej – który w dru­gą jej rocznicę osiągnął apogeum – z per­spektywą dalszego umacniania. Zapo­wiedź reaktywacji IV RP oznacza, że PO, prezydent także, nie przynależą do wspól­noty narodowej, nie są upoważnieni do le­gitymowania się swoim patriotyzmem.

Ani nie przystoi, ani nie jest to możliwe, by na tym polu konfrontować się z Jarosławem Kaczyńskim wedle warunków, któ­re narzucił. I tworzy się swoista pułapka aksjologiczna. Gdy Tusk mówi o Polsce i o patriotyzmie Platformy, od razu jest po­dejrzany, że chce wejść na nie swoje pole, a gdy mówi o planie modernizacji kraju jako o koniecznym składniku nowocze­snego patriotyzmu-brzmi nieatrakcyjnie.

Nie sposób konkurować rzeczową opo­wieścią o drogach, kolejach, podatkach, z patosem patriotycznym i z powiewającą biało-czerwoną.

Platforma nie ma swojej opowieści, swojej bajki, która by przemawiała do wy­obraźni i poruszała emocje. Jeśli PiS mówi o narodzie, patriotyzmie i polskości, to PO nie może zanegować tych wartości i powie­dzieć nie-naród, nie-polskość. Może tylko niuansować rzeczywistość, namawiać do umiarkowania, tolerancji. Czyli sugero­wać, aby stężenie tych wartości nie nabrało właściwości żrących, aby nie przesadzać. 

Jest to z natury rzeczy mniej efektowne, gorzej się sprzedaje i widać to coraz bar­dziej. Tusk lubił kiedyś budować konstrukcje ideologiczne, podpierał się Johnem Greyem, innymi liberałami. Ba, jeszcze na początku kampanii wyborczej pojawia się zręczne hasło „Polska w budowie”, nie wiedzieć czemu szybko zarzucone. Teraz jest to pragmatyzm do bólu.

Przestrzeń symboliczna jest nasączo­na PiS oraz z drugiej strony- polityczną i niepolityczną popkulturą. Platforma znalazła się w kleszczach pomiędzy obsesją a nieistotnością. Nie potrafi się wyrwać z tego położenia. Teraz bardziej chyba niż kiedykolwiek jest tylko ochro­ną przed obsesją, maścią na szaleństwo, ale też taką ma rangę, maści właśnie.

Kiedy jeden z prawicowych publicy­stów stwierdził, że dzisiaj wstępować do Platformy to tak, jakby zapisywać się do PZPR pod koniec lat 80., to poza oczy­wistą nienawistną intencją jest w tym jakiś przebłysk prawdziwego problemu. Politycy Platformy powinni się zasta­nowić, czy istnieje dzisiaj jakikolwiek powód zapisania się do ich partii, poza chęcią zrobienia urzędniczej kariery. I szczerze na to pytanie odpowiedzieć. Platforma nie kojarzy się już z niczym „seksownym”.

Kłopot z komunikacją

To się wiąże z poprzednim punktem, czyli z problemem, o czym mianowicie mówić, ale także z zaskakującą niespraw­nością komunikacyjną rządu i Platformy. Nie wiadomo, czy mamy tu do czynienia ze świadomą koncepcją, czy po prostu z niezdarnością. Tak czy inaczej, od po­czątku tej kadencji rządzenia można wy­liczyć dziesiątki przykładów zaniechań i opóźnień informacyjnych rządu, wza­jemnych zaprzeczeń i niekoherencji, wy­cofań, przeprosin. Jak gdyby system rozsy­pał się, jeśli w ogóle kiedykolwiek istniał, choć kiedyś było zdecydowanie lepiej.

A jak już premier zrywa się do aktyw­ności (np. po sprawie ACTA), to uprawia swoją komunikację społeczną w sposób wręcz absurdalny i humorystyczny. Nie ma co znowu tak znęcać się wyłącz­nie nad Tuskiem, właściwie nikt tu nie błyszczy jakoś widowiskowo (żeby przy­pomnieć wpadki Grasia), choć przecież sprawnych mówców PO ma w dyspo­zycji, nie tylko Rostowskiego, Rosatiego, Sikorskiego i Tuska. Rzecz w tym, że – znowu trzeba odwołać się do jed­nego z punktów powyżej, bo jak zawsze w polityce wszystko ze wszystkim się łączy – Platforma leje się przez ręce, a jej lider się wyalienował.

Kłopot z młodością

Wspomniana sprawa ACTA jakoś nie rozwinęła się w ruch społeczny, niektórzy wręcz się dzisiaj naśmiewają z ówczesnego przepowiadania wielkiej rewolucji. Cechą tego zjawiska jest jednak to, że jak się nagle ujawniło, tak też nie ma żadnej gwarancji, czy nie znajdzie się jakiś kolejny powód lub pretekst, by znowu wylać się na ulice. Kłopot Platformy polega na tym, że spra­wa ta dodała jej kilkadziesiąt lat i oddaliła od młodych, nawet jeśli niektórzy z nich mają tyle lat co minister Mucha. Tusk nie umiał z młodymi rozmawiać, nie zdobył też spodziewanego szacunku śmiałym wy­cofaniem się z wcześniej podjętych decy­zji. Wyglądało to, jak gdyby oddał pole pod naciskiem. Czyli pękł, co jeszcze gorsze.

Każda partia ma swoich młodych, ce­chą PO w 2007 r. było jednak to, że zdobyła awangardę młodzieży, słynnych już „mło­dych, wykształconych, z wielkich miast”, co możliwe stało się dzięki anachroni­zmowi ówczesnego PiS. Gdzieś to uczu­cie i to zaufanie jednak uleciało, a fakt, że Tusk rządzi już tak długo i będzie rzą­dził jeszcze kilka lat, może w młodych bu­dzić narastającą niechęć, bo życia to oni nie mają łatwego, a perspektywy nieznane i niepokojące. Młodzież się rozeszła, odpartyjniła, powchodziła w nisze nie dające się łatwo politycznie pozyskać. Gromadzi się w sprawach, a nie w organizacjach. A ci najbardziej pobudzeni zaangażowali się w smoleńszczyznę, jako rzecz najbardziej gorącą i radykalną, w dodatku pod hasła­mi wolnościowymi, których Platforma w wolnym kraju nie głosi.

Kłopot z Kościołem

Problemy chodzą grupami; w polity­ce jest jeszcze tak, że załatwienie jakichś jednych rodzi natychmiast inne, często przeciwstawne. Jak dogadywać się z młodymi i jednocześnie z Kościołem? Zdaje się to niewykonalne, zwłaszcza że hierar­chowie w znakomitej części trzymają kurs dogmatyczny i smoleński, czemu dają świadectwo bardzo wyraziście.

Ostatnio może bardziej, gdyż rząd zabrał się do regulacji kwestii majątkowych w re­lacjach państwo-Kościół, zapowiedział dalsze kroki, co zirytowało niezwykle nie tylko biskupów, także dało okazję Jarosła­wowi Kaczyńskiemu do licznych wystą­pień przeciwko i w obronie… i tak dalej. Teraz można odnieść wrażenie, że impet rządu w tych sprawach przeszedł w fazę regresywną, co mu oczywiście i tak nie pomoże, gdyż to prezes PiS ma wszystkie klucze i wytrychy do serc i umysłów do­stojników Kościoła, a także do ojca Rydzyka, rozdrażnionego tym, że jakaś Krajowa Radia Radiofonii i Telewizji potraktowała go jak każdego innego wnioskodawcę.

W tle czekają projekty w sprawie zapłod­nienia metodą in vitro czy kwestia związ­ków partnerskich. One będą rozdzierać Platformę między Palikotem i Kościołem oraz między Arłukowiczem i Gowinem. A to przede wszystkim kłopot z umiar­kowanym środkiem, który coraz trudniej wyczuć i się tam ustawić. To w ogóle nie jest czas dla ludzi centrum. Wysoka tem­peratura nie sprzyja umiarowi. Wygląda to tak, jakby następował odwrót od środ­ka, a zwolennicy Platformy oczekiwali nie godzenia sprzeczności, pomadowania konfliktu, lecz wystąpienia przeciwko Kaczyńskiemu, Kościołowi, Polsce tra­dycyjnej i Rydzykowej z czymś nośnym i atrakcyjnym. 

Ale cała siła Platformy dotąd polega­ła na tym, że nie potrzeba było niczego „atrakcyjnego”, że właśnie ma być bez tak zwanych wartości, tożsamości, silnych identyfikacji ideowych. Że „biali ludzie” tego nie potrzebują, a i tak poprą. Teraz jednak wydaje się, że zaczynają potrzebo­wać, bo wsparty pośrednio przez Kościół przekaz „zamachowy”, mimo swej absur­dalności, jest po prostu zbyt silny i agre­sywny. Stare instrumenty PO przestają działać. Platforma wdała się w rywalizację po lewej stronie, z Palikotem, w sprawach religii i obyczajowości, a główny konflikt odżył na prawej flance. Wojna na dwa fron­ty zawsze jest najtrudniejsza.

*   *   *

Są problemy nie do uniknięcia, są kło­poty wynikające z głupoty czy nonsza­lancji, są także te niezawinione, niejako obiektywne. Wszystkie one jednak ważą na polityce podobnie, a umiejętność ich przezwyciężania, osłabiania ich skutków jest miarą talentów i odpowiedzialności. Najpierw jednak trzeba je zidentyfikować, zobaczyć i nazwać. Z tym zdaje się Plat­forma ma największy – ósmy – problem.

Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Polityka, nr 17/18/ 2012

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com