Alina Kwapisz-Kulińska: Studio Opinii w pytaniach i odpowiedziach

Print Friendly, PDF & Email

2014-04-01_16-14_Studio Opinii - Niezależny

2014-04-01

Rozmowa z Bogdanem Misiem, redaktorem prowadzącym i administratorem witryny

Skąd się wzięło Studio Opinii, kto je wymyślił i w jakich okolicznościach? Na jakich zasadach Studio działa? Przecież nie ma nic za darmo; kto więc za to płaci i „kto za tym stoi”?

Myślała o tym i gadała przed laty dość długo – wiele, wiele miesięcy – grupka kilkunastu osób, skupiona wokół Stefana i Romy Bratkowskich. To mniej więcej te same osoby, które widnieją w naszej stopce jako „stały zespół”, choć niektórzy dziś są mniej u nas aktywni. Wiedzieli, że Internet nie wymaga specjalnych nakładów i chcieli robić internetowy odpowiednik zwykłej gazety. Nie mieli jednak wystarczającej wiedzy informatycznej. W pewnym momencie Sławek Popowski, z którym spotykałem się na konwentyklach tworzącego się (i zaraz potem zmarłego…) Ruchu Dla Demokracji, takiego warszawsko-krakowskiego skupiska lekko lewicujących rozdyskutowanych inteligentów, podpowiedział Stefanowi – z którym zaliczyliśmy zresztą wówczas właśnie 50 lat przyjaźni! – że ja coś mogę pokombinować i doradzić, bo dla RDD robiłem jakąś tam witrynkę i w końcu siedzę w tej informatyce od ponad półwiecza. Stefan do mnie zadzwonił i – tak się zaczęło. Dostałem najpierw od „ojców założycieli” wstępny projekt graficzny, który był absolutnie do niczego, szalenie dosłowny i „disneyowski” w anegdocie plastycznej, nie do zrobienia technicznie bez kolosalnych kłopotów i nakładów. Poszukałem prostych darmowych rozwiązań i znalazłem czeski bezpłatny serwis Webnode, dość fajny, z możliwością modyfikacji gotowych szablonów. Wybrałem model najbardziej „prasowy”, „podrasowałem go” troszkę. Wystartowaliśmy.

Ruszyliśmy oficjalnie z początkiem roku akademickiego 2008, choć witryna testowo chodziła już przed wakacjami. Niemal jednocześnie założyliśmy spółkę „StudioOpinii.pl”: zrzuciliśmy się w 15 osób po 500 zł i ta kasa wystarcza do dziś, bo płacimy wyłącznie za utrzymanie nazwy domeny. Nikt za nic nie bierze pieniędzy. A jak zabraknie na wykupienie domeny, to się znowu zrzucimy. Stoi zaś za tym wszystkim po prostu chęć istnienia starszych państwa, którzy nie chcą się rozstawać z lubianym zawodem.

Jeszcze o historii: Webnode dość szybko okazał się zbyt mało wydajny. Był dobry wtedy, gdy publikowaliśmy pięć tekstów tygodniowo, ale bardzo szybko to nam przestało wystarczać. Dlatego po dwóch latach zaproponowałem przejście na najpopularniejszy w świecie profesjonalny system zarządzania treścią, czyli WordPress. Na początku wykupiliśmy na rok miejsce na komercyjnym serwerze, ale rychło się okazało, że witryna znów zaczęła działać zbyt wolno; ruch już był zbyt duży. WordPress ma swoje wymagania i serwer – mimo bardzo dobrych pozornie parametrów – zaczął się dławić. Zauważył to młody znakomity informatyk z Wrocławia, zresztą nasz czytelnik, inż. Michał Sznurawa, i zaproponował, że troszkę nam tego WordPressa „podpicuje” i umieści witrynę fizycznie na serwerze firmy, z którą był związany; podjął się też działania, które w żargonie specjalistów nosi nazwę pielęgnacji, a jest skomplikowanym nadzorem techniczno-informatycznym. Bezpłatnie, za co do dziś jemu – i właścicielom firmy – jesteśmy wdzięczni. Po udoskonaleniu przez niego kodu witryny zaczęła ona działać wielokrotnie szybciej. No i ukazuje się obecnie około 6 materiałów dziennie.

SO nie ściga się na „klikalność” z istniejącymi w Sieci portalami i stronami, nie szuka sponsorów, nie zabiega o reklamodawców. Jakie są zalety takiej postawy? Czy warto ją polecać?

Moim zdaniem, jak najbardziej warto. Oczywiście, jeśli się nie myśli o zarabianiu pieniędzy. Komercyjnie się tak nie da; ale komercja oznacza daleko idące serwituty wobec płacących za reklamy. Nie kończy się na prostych ogłoszeniach. Pojawia się po pewnym czasie product placement, potem aranżowanie wydarzeń pod reklamy, potem teksty sponsorowane… i diabli biorą rzetelność. Prawdę mówiąc, diabli biorą wtedy dziennikarstwo, zaczyna się biznes. A wówczas kończy się zabawa, zaczyna się fabryka gwoździ. Poluje się na statystykę, kilkalność, masowość, czyli robi się byle co dla byle kogo.

A starsi państwo, mający niewielkie emerytury, wprawdzie chętnie by zarobili na wakacje na Bahamach, ale bez nich też wyżyją. Zabawa w „Studiu Opinii” okazuje się fajniejsza od pogoni za iluzoryczną kasą i tropikami…

Poza tym nastawiliśmy się na specyficzny niszowy rodzaj czytelnika, na co w innych warunkach nie moglibyśmy sobie pozwolić, bo to czytelnik „niedochodowy”. Ponieważ zrezygnowaliśmy z masówki, mogliśmy się skupić na środowisku, w którym sami się czujemy najlepiej: ludziach bardzo wysoko wykształconych, niekoniecznie młodych, specjalistach, twórcach. Dodam otwarcie: po cichu adresujemy nasze działania także nieco niedemokratycznie – do inteligencji od pokoleń, rodowej. Z pewną przesadą mówiąc: lubimy czytelników z trzema doktoratami: dziadka, ojca i samego czytelnika… To. oczywiście, przesada. Bo zwykły oczytany, zainteresowany światem samouk-erudyta też jest nasz. Nawet ten młody!

Te trzy doktoraty traktuj jako żart; ale już tak z 500 książek na półkach w domu, to bym się u naszego stałego czytelnika spodziewał…

Przyjęte podejście pozwala nam także na całkiem świadomą rezygnację z pewnych rudymentów dziennikarstwa internetowego. Sam niegdyś na przykład uczyłem studentów, że w Sieci trzy strony znormalizowanego maszynopisu to tekst gigantyczny, 1 strona – duży, typowa zaś publicystyka powinna mieć 12–15 wierszy. A my z premedytacją publikujemy „kobyły”, niekiedy na 30 stron (sama wiesz coś o tym…). I są czytane! Byle łykacz tabloidów tego nie strawi.

Prawdę mówiąc, z naszego zespołu to prawdziwą publicystykę na 15 wierszy potrafi (bo to ogromna sztuka!) uprawiać chyba tylko Andrzej Lubowski, co zresztą często robi. Ale on z tą samą łatwością potrafi w kilka tygodni machnąć bestsellerową książkę na 600 stron…

3.  Ilu czytelników stałych, a ilu przygodnych zebrało SO?

Odwiedza nas co miesiąc niedużo ludzi – jak na Internet – w sumie ok. 50 000, w tym około 30 000 to czytelnicy stali; stąd wynika, że około 20 000 odwiedza nas okazjonalnie. Miesięcznie mamy około 150 000 tzw. odsłon, co oznacza, że jeden czytelnik zjawia się u nas średnio trzy razy w miesiącu. Z nich tak około stu to stali komentatorzy. Byłoby pewno tych komentatorów znacznie więcej, ale pewien typ komentarza i jego autorów – osobiście – tępię i trzebię bez litości. Gwoli prawdzie: nie wszyscy w naszym zespole to pochwalają, na przykład Ernest bardzo lubi różne komentatorskie bijatyki i nawet najbrutalniejsze ataki personalne na niego samego wyłącznie go bawią. Ale większość z nas uznała, że szkoda czasu na publikowanie zwykłego chamstwa, czy pieniactwa.

W sumie odwiedziło nas przez te lata ponad 2,2 mln osób. Napisano w tym czasie ok. 40 000 komentarzy do opublikowanych z górą 6 100 tekstów; jak łatwo policzyć, jeden materiał jest komentowany przeciętnie 6–7 razy.

 Skąd – czy także spoza Polski – pochodzi ten stały aktyw czytelniczy, czy się zwiększa, a może zmniejsza?

Teraz jest to liczba ustabilizowana, z nieznaczną – ale stałą – tendencją do wzrostu. Zaczynaliśmy naturalnie niemal od zera: od kilkunastu, potem kilkudziesięciu odwiedzin dziennie. Obecnie jest to ok. 2000, maksymalnie mieliśmy około 8000 wejść pewnego dnia (w którym zresztą nic się specjalnego nie wydarzyło, tylko jakiś tekst przyciągnął uwagę pewnego małolata, który posłał informację o nim na popularny „Wykop”…).

Dość znaczny odsetek stanowią ludzie spoza Polski, głównie z Niemiec, USA, Francji. W tej kolejności. I jeśli liczbę czytelników z Polski uznamy za 100, to z Niemiec będzie dodatkowo 10, z USA i Francji po 5, z Kanady 4, z Wielkiej Brytanii – 3. U braci Słowian popularności nie mamy. Ale z tego Zachodu też nas przecież czytają Polacy, nie zaś rdzenni „tamziemcy”; Polacy co najmniej z pochodzenia, i tam jest rodaków po prostu najwięcej

Czy są tematy, które przyciągają większą liczbę czytelników? Po jakie teksty sięgają rzadziej?

Wygląda na to, że nasi czytelnicy szukają nie tematów, ale przede wszystkim autorów. Stąd ogromna popularność tekstów np. Stefana Bratkowskiego, Ernesta Skalskiego i Krzysztofa Łozińskiego, Cezarego Bryki, a z ostatnio często obecnych na naszych łamach – Jerzego Łukaszewskiego, Nathana Gurfinkla, Mariana Marzyńskiego czy PIRS-a. Jeśli idzie o tematykę, to dużym powodzeniem cieszą się teksty podejmujące tematykę ideową, w szczególności czytelnicy niezwykle żywo reagują na sprawy obyczajowe i problem stosunków Kościół-Państwo (przy czym z miejsca powiem: są w swych opiniach niekiedy dość – moim zdaniem – konserwatywni). Bardzo duże emocje budzą także sprawy związane z naszą polityką wewnętrzną; nasi czytelnicy wyraźnie zajmują tu – sądząc po ich preferencjach – stanowisko centrolewicowe czy nawet po prostu lewicowe. Mówiąc krótko, PiS to zdecydowanie nie jest formacja dla naszych czytelników miła, podobnie jak środowisko Radia Maryja czy dziwne i dość idiotyczne w naszej opinii stwory „popisowskie” w rodzaju PJN czy SP. Ale z drugiej strony, Palikot także nie należy do naszych faworytów…

Natomiast w kwestiach gospodarczych nasi czytelnicy preferują wyraźnie liberalizm, często w postaci dość skrajnej, niestety. To „niestety”, to już jest moje osobiste wyznanie i deklaracja. Ja bowiem liberałem gospodarczym nie jestem w najmniejszym stopniu. Bo obyczajowo jestem liberałem skrajnym; aż do libertynizmu i totalnej niemoralnej gejowsko-feministyczno-transseksualnej rozpusty i negacji wszelkich „wartości”, ze szczególnym uwzględnieniem tych chrześcijańskich.

Proszę zaznaczyć, że się w tym miejscu uśmiechnąłem.

Warto dodać, gwoli jasności, że popularność tematu czy autora wcale nie oznacza akceptacji publikowanych tez; jeśli mierzyć popularność tekstu nie liczbą „otwarć”, ale komentarzy, to okaże się, że w czołówce będą te materiały, z którymi czytelnicy się nie zgadzają, które ich w jakiś sposób drażnią.

Zabawna ciekawostka: najpopularniejszym tekstem wszech czasów w naszej witrynie jest dość obojętny treściowo i mało kontrowersyjny artykuł o „pijanych województwach”. Był czytany około 60 tys. razy. To jak na nas liczba niewiarygodnie wielka. Ale to dlatego, że kilka czy kilkanaście razy padły tam słowa „województwo” i „podział administracyjny”. Po prostu internauci w poszukiwaniu informacji o charakterze polityczno-geograficznym wpisywali właśnie te hasła do wyszukiwarki… No i „wuj Gugiel” kierował ich do tego artykułu, bo tak działają jego algorytmy…

Studio Opinii jest redagowane. Jaki jest związek między redagowaniem a cenzurowaniem? Czy teksty bywają odrzucane? Z jakich powodów?

Sprawa jest dla mnie dość oczywista: z cenzurą mam do czynienia wówczas, gdy jakaś siła zewnętrzna – rząd, organ państwowy, partia polityczna, korporacja – zmusza mnie do pisania (lub niepisania) na jakiś temat wbrew mojej woli. Z niczym takim w toku redagowania „Studia” się nie zetknęliśmy. Co innego – polityka redakcyjna, czyli uzgodnione na naszych cotygodniowych spotkaniach stanowisko redakcji. Teksty z tym stanowiskiem rażąco niezgodne są odrzucane, nieprzyjmowane do publikacji. W życiu nie przeczytasz więc u nas pochwały poczynań Rydzyka, czy bezkrytycznej gloryfikacji myśli Prezesa. Stoimy na stanowisku, że pod każdym publikowanym tekstem widnieją, oczywiście poza nazwiskiem autora, także nasze nazwiska, które my sobie dosyć cenimy. Dlatego niektórych opinii nie publikujemy. I zdziwisz się może: dotyczy to także nas samych. Niemal bez wyjątku. Nie trafiły do publikacji nawet niektóre teksty Stefana, Ernesta czy moje. Po prostu: poniosły nas parę razy emocje lub nieprzeparta chęć zrobienia żartu i koledzy powiedzieli: daj sobie spokój, nie wsadzaj kija w mrowisko, nie ma sensu. Ja akurat jestem wdzięczny, że ochroniono mnie kilkakrotnie w tym trybie przed zrobieniem z siebie idioty.

Z reguły odrzucamy teksty napastliwe, przekraczające pewien poziom agresji słownej, nawet gdy ogólny tok rozumowania autora jest akceptowalny. Nie przyjmujemy też tekstów – nawet od przyjaciół! – których wydźwięk wydaje się nam nierozsądny. Na przykład przerwaliśmy dyskusję o alternatywnej historii, jaka rozwinęła się na tle książki Zychowicza, rozważającej „co było, gdyby” Polska poszła ramię w ramię z Hitlerem na ZSRR. Uznaliśmy zastanawianie się nad tą sprawą w ten sposób za całkowity nonsens i przy okazji – niezamierzone – lansowanie nacjonalistycznych i małpio antykomunistycznych poglądów, zupełnie nam obcych. Zaowocowało to – niestety – nieformalnym odejściem z naszego zespołu wysoko cenionego przez nas autora, pierwszorzędnego intelektualisty.

Konkretnie odbywa się wszystko tak, że gdy Stefan, Ernest lub Sławek przekazują mi do publikacji jakiś tekst, swój lub cudzy – umieszczam go w witrynie bez dyskusji i jakichkolwiek zmian, ewentualnie tylko adiustując przedtem stylistycznie czy technicznie (nie jestem w stanie przekonać kolegów, że po znaku nawiasu nie stawia się spacji; to tylko jeden z przykładów, niestety licznych…). Każdy inny tekst trafiający do mnie – czyli po prostu: każdy inny, bo to ja jestem tą „główną skrzynką pocztową” – puszczam na własną odpowiedzialność. Jak mi coś „zgrzyta” lub mam jakiekolwiek wątpliwości, dzwonię do Stefana i pytam o radę. Zdarza się to raz na kilka miesięcy. Posłuchałbym opinii Stefana bez dyskusji, ale nie zdarzyło się nam, byśmy kiedykolwiek mieli różne zdania. Jak coś mi się nie podobało, to Stefan łapał się za głowę i mówił – wyrzuć natychmiast.

Kilka tekstów przesłanych przez autorów zewnętrznych na ręce Stefana nie poszło na łamy za sprawą jego osobistej decyzji, bez jakiegokolwiek mojego udziału. W końcu, sami wybraliśmy go dobrowolnie szefem tej witryny, nie ma więc o czym dyskutować.

Podobnie są moderowane komentarze do tekstów. Wedle jakich zasad? Jak często są odrzucane?

Tu jest sprawa trochę bardziej skomplikowana. W naszej witrynie działa – ściśle związany z Wordpressem – „bezmyślny” i „bezduszny” algorytm o nazwie „Akismet”. Zatrzymuje on automatycznie do moderacji wszelkie komentarze, które sam uzna za podejrzane. Niektóre stosowane przez Akismet reguły są dla mnie przy tym jasne i uzasadnione; na przykład taka, że uzna on za wątpliwy komentarz, który zawiera więcej niż dwa odnośniki do innych witryn, to jest bowiem dość typowa zagrywka spamerów. Akismet słucha się również mnie: nie puszcza tekstów, zawierających słowa, które mu wskazałem. Są to przede wszystkim wulgaryzmy i nie będące wulgaryzmami typowe zwroty antysemickie. Akismet się uczy (z moją pomocą) i wie, że nie może puścić w tekście słowa nie tylko „dupa”, ale i „doopa” oraz „d*pa”, chyba że mu w trybie indywidualnym na to zezwolę. Poza tym Akismet – to już jest moje podejrzenie, bo nie znam kodu tego programu – prawdopodobnie korzysta z „czarnej listy” słów i zwrotów, tworzonej przez ogół internautów; tu nie zawsze rozumiem jego kryteria, ale stoję na stanowisku, że widać swoje racje ma i się nie wściekam.

Tym bardziej, że wszystkie skierowane w ten sposób do moderacji komentarze są tylko zatrzymywane do sprawdzenia przez człowieka, nie są kasowane automatycznie. To ja podejmuję ostateczną decyzję. Odrzucam większość wulgaryzmów, odrzucam najdelikatniejsze nawet akcenty antysemickie, nie pozwalam na chamskie agresywne ataki personalne na kogokolwiek. Choć nie ukrywam, że mogę tu nie być zupełnie „obiektywnie sprawiedliwy”. Zapewne inaczej traktuję ataki na pewnego prezesa czy pewne radyjo, niż na innych polityków i instytucje. Staram się przy tym nie dopuszczać do słownych bijatyk. Nie pozwalam na kryptoreklamę. Nie dopuszczam do lansowania – przez dużą liczbę komentarzy – stanowiska politycznego czy obyczajowego, które nie jest „nasze”.

Muszę powiedzieć, że nie wydaje mi się, bym miał z tym przesadnie wiele roboty. Liczba kasowanych komentarzy z pewnością nie przekracza dziesięciu procent całości.

Takie podejście do sprawy kilkakrotnie naraziło nas – przede wszystkim mnie – na zarzut braku obiektywizmu. Ale my nie ukrywamy, że nie jesteśmy obiektywni. Mamy swoje poglądy i nie mamy zamiaru – w imię jakiegoś idiotycznego i pełnego hipokryzji „obiektywizmu” – upowszechniać tez, z którymi się nie zgadzamy. Jeśli ktoś chce takie tezy publikować, niech sobie założy własną witrynę, zdobędzie czytelników i tak dalej. Każdemu wolno. Ale z pewnością nie u nas.

Czy zestaw czytelników odnoszących się do tekstów jest stały? Fenomenem SO jest poszerzanie grona autorów przez czytelników. Czy każdy może przysłać tu tekst? Zdarzają się tacy autorzy?

Mówimy o komentatorach? Tak, to mniej więcej stały zespół, liczący około stu regularnie nas czytających i regularnie z nami (i miedzy sobą) rozmawiających. Pewna liczba z nich – dość moim zdaniem znacząca – zasiliła nasze szeregi autorskie. Po prostu napisałem do kilkunastu osób aktywnych jako komentatorzy z propozycją, by spróbowali większej i bardziej rozbudowanej formy niż zwykły komentarz. Wiele z tych osób odpowiedziało, ku mojej radości, pozytywnie. Tak pojawili się na naszych łamach Jerzy Łukaszewski, SAWA, PIRS i inni.

Ponadto pewna liczba osób przysyła nam swoje teksty „sama z siebie”. Niektóre z tych tekstów, jak publicystykę Karoliny Asgari-Rakowieckiej, świetnej iranistki, czy znakomite, inteligentne i przezabawne artykuły Agi Pałac, uznaję za pisarstwo czy dziennikarstwo wybitne, najwyższej próby profesjonalnej.

I, oczywiście, każdy może spróbować opublikować u nas tekst. Jest to możliwe, o ile ten tekst nam (a wyraźnie mówiąc: przede wszystkim mnie) się spodoba. Nie tylko w swej wymowie, ale także formalnie. Najsłuszniejsze tezy i pomysły pisane kiepską polszczyzną są, informuję uprzejmie, bez szans. Hołduję zasadzie nieżyjącego już wspaniałego dziennikarza, Jerzego Ambroziewicza: tekst źle napisany nigdy nie jest słuszny; choćby był najsłuszniejszy.

Dostrzegam na różnych portalach informacyjnych i forach, że niektóre tematy powodują wysyp komentujących. Wybory i kampanie wyborcze, słynne procesy sądowe, kontrowersyjne zachowania, tak barwne eventy polityczne jak marsze, demonstracje, protesty, teraz – działania Rosji. Przy tym odnoszę nieodparte wrażenie, że spora część spośród komentatorów to ideowo (albo jakoś inaczej) zaangażowani propagandziści. Czy taki wysyp – zwykle komentatorów nowych – zdarza się w SO? Czy są tolerowani?

I tak, i nie. Bywało tak jak mówisz; dziś zdarza się to bardzo sporadycznie. Myślę, że współpracownicy różnych agencji PR i inne osoby wynajmowane przez jakieś firmy czy osoby prywatne do robienia „marketingu politycznego”, albo jakieś gangi kibolsko-weszpolskie zdają sobie sprawę, że u nas są bez szans. Gdy zobaczę dziesięć podobnych formalnie wpisów, wyraźnie lansujących mechanicznie jakieś stanowisko, to je po prostu nie pytając się nikogo o zdanie wywalę. Zwłaszcza jeśli się z tym stanowiskiem nie zgadzam. Zresztą tak samo bez litości i z kompletnym brakiem empatii – delikatnie mówiąc – traktuję marketingowców, którzy dzwonią do mnie do domu, by mnie namówić na zmianę operatora telefonicznego, czy nabycie jakiegoś cudownego sprzętu. Przy okazji: nie wierzę w jakieś ideowe zaangażowanie tych „marketerów”. Robią to, co robią, głównie dla kasy. Nie mam zamiaru im tego ułatwiać.

A tzw. mowa nienawiści? Czy moderator często zauważa i ingeruje, kiedy komentujący przekracza poziom normalnej, nawet bardzo żywej, dyskusji? Czy to zdarza się często? Jak na to reagują komentujący?

Nie jest to jednoznaczna sytuacja. Odnoszę wrażenie, że wraz z upływem czasu tępiejmy na przejawy brutalności i chamstwa. Zwroty i wypowiedzi, które jeszcze przed dziesięciu laty byłyby nie do pomyślenia w narracji publicznej, dziś bywają na porządku dziennym, ich zaś tępienie budzi czasem – coraz częściej! – oskarżenia o „zamykanie ust”, „ograniczanie swobody wypowiedzi” i tak dalej. Osobiście, za jedyne kryterium uważam tu własną opinię; w tych kwestiach nie działa bowiem żadna instytucja typu dawnej Radiowej Poradni Językowej, do której każdy mógł zadzwonić i zapytać, czy użyty zwrot jest poprawny. A że nie zamierzam dzielić włosa na czworo, ani zawracać głowy komukolwiek wątpliwościami, działam sam. Nie jest to przesadnie pracochłonne zadanie – przy średnio, jak powiedzieliśmy, 6-7 komentarzach na tekst… Tępię mowę nienawiści dość pryncypialnie. Najpierw jednak robię uwagę, potem udzielam ostrzejszej reprymendy, a trzecia interwencja to już jest z reguły zablokowanie możliwości kolejnej wypowiedzi. Na zawsze, lub prawie na zawsze (kilku korespondentom nadmiernie emocjonalnym, ale skądinąd inteligentnym, jednak prawo komentarza przywróciłem; powiedzmy: z litości). 

Oczywiście, skarceni reagują na to nieprzychylnie. Czasem bardzo nieprzychylnie. Ale nie obchodzi mnie to w najmniejszym stopniu. Żądam – w imieniu całego naszego zespołu – uznania, że „Studio Opinii” to jest nasz kawałek Internetu i obowiązują w nim nasze reguły. Komu się nie podobają – nie musi nas odwiedzać; zapewniam, że nie będziemy z tego powodu szlochać…

Dziękuję za rozmowę. A może Czytelnicy będą mieli jeszcze jakieś pytania?

Alina Kwapisz-Kulińska

23 komentarze

  1. Kot Mordechaj 2014-04-01
  2. A. Goryński 2014-04-01
    • BM 2014-04-01
      • A. Goryński 2014-04-01
    • Lubowski 2014-04-04
  3. Jaruta 2014-04-01
  4. Humanożerca 2014-04-01
    • BM 2014-04-01
  5. Tetryk56 2014-04-01
  6. john 2014-04-01
  7. PIRS 2014-04-01
    • BM 2014-04-01
  8. Humanożerca 2014-04-01
  9. Jerzy Łukaszewski 2014-04-02
  10. Humanożerca 2014-04-02
  11. obirek 2014-04-03
  12. andrzej Pokonos 2014-04-03
  13. eLantern 2014-04-04
  14. Monika Szwaja 2014-04-05
  15. nathan gurfinkiel 2014-04-08
  16. nathan gurfinkiel 2014-04-08
    • andrzej Pokonos 2014-04-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com