Stefan Bratkowski: Po co nam to było…

2012-05-03. Oglądam, jak człek całkiem nieźle urządzony kręci głową, jęczy i wzdycha, by nadąć banię przygnębienia w kraju, który jedyny w Europie oparł się kryzysowi. Mamy się przestraszyć rosnącymi rzekomo trudnościami w gospodarce – co pomnoży oglądalność telewizji, liczbę czytelników i zwolenników awantur. Stąd i potoki inwektyw z ust politykierów, „katastrofa”, jaką podobno przeżywamy, i „upadek państwa”. Nie ma za to w mediach karier Olszewskiego (Krzysztofa) czy Pieńkowskiego, nie ma tego, co się udało, i nie ma dyskusji o tym, co warto zrobić. Mały Meller mówi za naród…

Przykre zaś, że długoletni propagatorzy jednomandatowych okręgów wyborczych, inteligenci, zobowiązani do odpowiedzialności obywatelskiej, organizują się w kilku dla marksistowskiej walki klasowej przeciw „postkomunistycznym sitwom”, rządzącym Polską, i dla obalenia ustroju naszej demokracji. Ci „wolni Polacy” niby to nie wiedzą, że mają tylko jeden wybór – dyktaturę któregoś z awanturników. Znów jak u Makiawela: ludy, które niemałym wysiłkiem uwolniły się od tyrana, nawykłe jednak żyć w tyranii, szukają sobie co rychlej nowego.

Kiedy strona rządowa z końcem roku 1988 negocjowała Okrągły Stół, zastrzegła sobie jako warunek, że nie zasiądzie do rozmów z nią czterech ludzi, w tym zwłaszcza – Jacek Kuroń i Adam Michnik. Wydawali się władzy tak zębaci, że przy nich żadne porozumienie możliwe nie będzie. Z naszej strony nie było żadnych marzeń o przejęciu władzy, bo niby z czym? Chodziło o zalegalizowanie Solidarności, o wolność słowa i swobodę robienia rzeczy pożytecznych – przy tolerancji ze strony dotychczasowej klasy panującej, czyli aparatu władzy, a jeśli to możliwe – nawet przy współpracy ze strony władzy. Tak, nawet współpracy: Polska, jak cały obóz sowiecki (mówiliśmy wtedy „radziecki”), została o dalsze długie lata za cywilizacją, nawet własną, międzywojenną. Oni, aparat władzy, także zostali w tyle za cywilizacją, ich młodzież, zapraszana inteligentnie przez Amerykanów na studia do USA, przywoziła inną wyobraźnię, przywoziła świadomość, że to wszystko tutaj można określić słowem, oznaczającym (jak powiadał Boy) substancję miękką, a podatną.

Nie myślę jedynie o tych, którzy na kierowniczych stanowiskach biur i przedsiębiorstw musieli zachować legitymację partyjne, by chronić swych pracowników z Solidarności. Nie, przeciwnie, myślę o ludziach całego aparatu władzy, którzy przeszli potem do gospodarki rynkowej i demokracji, jakby sami tego chcieli. Partia odsłoniła swoją rzeczywistą tożsamość gratulacjami Edwarda Gierka, byłego pierwszego sekretarza partii, dla Tadeusza Mazowieckiego jako premiera pierwszego demokratycznego rządu w Polsce.

Naszych przyjaciół i znajomych, afiliowanych do aparatu władzy, których udało się wpisać jako kandydatów na posłów z list partyjnych, poszliśmy w 1989 r. wybrać w barażu 18 czerwca, kiedy już strona społeczna zajęła 4 czerwca wszystkie miejsca z tych 35% poddanych wolnym wyborom. Bez zażenowania wskazaliśmy (w „Gazecie Wyborczej”), kogo trzeba wybrać naszymi głosami, i tak dotychczasowa „opozycja” zyskała w sejmie, zwanym „kontraktowym”, przewagę 282 głosów nad pozostałymi 178. Ci nasi przyjaciele i znajomi, fachowcy wybrani z tamtej strony, przygotowali potem całą legislację dla reform Balcerowicza, te trzynaście ustaw. Tak samo dla reformy samorządowej. Dlaczego to wspominam? Otóż wolna, demokratyczna Polska narodziła się ze współpracy, nie z przedłużenia zimnej wojny domowej lat 1981-1989, nie z walki klasowej, odwetu i „dekomunizacji”, która by nas kosztowała chaos na granicy wojny domowej plus dalsze lata zacofania tudzież niezliczone błędy. Obalanie ustroju Trzeciej Rzeczypospolitej pod takim hasłem jest programem gorzej niż przestępczym (z punktu widzenia kodeksu karnego), jest programem – wybaczcie, Panowie – głupim. Strajkowicze, torpedujący Euro2012, przegrają w sądzie zapłatę za straty, które wywołają; prawo do strajku, przypominam, to prawo narażenia na straty przedsiębiorstwa, w którym się pracuje, a nie reszty społeczeństwa.

Chcieliśmy, co głosiliśmy przed laty z Kisielem, żeby oni (klasa panująca, aparat władzy) zamiast polityką zajęli się interesami – no i zajęli się. Jakby nigdy nic innego nie robili. Okazali się nawet lepiej przygotowani do wolnego rynku, niż ludzie opozycji, którzy z biznesem niewiele mieli do czynienia. Kiedy-śmy z własnej winy przegrali wybory 1993 r. (sprawą aborcji), rozzuchwaleni sukcesem ludzie SLD tak nachalnie próbowali go  wykorzystać, że z kolei sami przegrali wybory do AWS, jak potem do braci Kaczyńskich.

Adresuję te słowa nie tylko do tych nowych inteligenckich radykałów, którzy lansowali, i w pełni słusznie, jednomandatowe okręgi wyborcze, a teraz, niewyżyci, chcą „walczyć”. Adresuję te słowa do tych, którzy czują „wykluczeni”, „wyrzuceni na margines”, „pogardzani”, „wyśmiewani”, itd., bo ich „salonu” elita umysłowa kraju nie traktuje poważnie, dają się więc uwodzić awanturnikom politycznym jako zbawcom. Zaliczam do nich i rosyjskiego agenta wpływu, odwodzącego nas od NATO i Unii Europejskiej, z potężnym przekaźnikiem od KGB; dla uprawiania polityki powinien on zdjąć sukienkę duchowną… Ci awanturnicy nie wskazują, co zrobić, żeby coś lepiej szło, nie proponują, czym się i jak zająć. Nie znając się na niczym, uwodzą, tylko już swoją publiczność, „wolnością”, „polskością”, „wielkością Polski”, „potęgą”, „wiarą”, koniecznością zrzucenia jarzma kondominium niemiecko-rosyjskiego bądź post-komunistycznych sitw itp., byle być „przeciw”. Tymczasem dla każdego z tych „wykluczonych”, jak i dla nas, ludzi normalnych,  jest coś do zrobienia, każdy się przyda, byle chciał. Polska może być potęgą, ale warunkiem jej rozwoju jest współpraca obywateli, a nie wysiłki jednych przy obojętności i wrogości pozostałych. Nawet, jeśli ci ostatni to tylko unieruchomione nienawiścią 20% społeczeństwa plus 8% wyborców SLD, strata sił jest duża, zaś „religia smoleńska”, atmosfera niechęci i awantur nie sprzyja nawet wysiłkom pracowitych. A czy da się nawrócić na chrześcijaństwo Rydzyka i tych paru biskupów, nie wiem… 

Ciągle trzeba powtarzać, na czym to właściwie polega demokracja z wolnym rynkiem. W demokracji się nie obala (zwłaszcza ustroju), a zdobywa większość. A nawet, jeśli się ją zdobędzie, to pochodzący z wolnych wyborów rząd nie ma przywodzić społeczeństwu, ani prowadzić walkę klasową w imię władzy Kaczyńskiego lub Millera. Tym bardziej nie może administracja państwa – wbrew Palikotowi – zmieniać praw rządzących gospodarką wolnorynkową, finansami czy siłami natury. Polska demokracja, mniej czy bardziej kulawa, z dokuczliwymi lukami umiejętności, wyżartymi w mózgach przez miniony ustrój, jest jednak demokracją. Rząd ma w niej pilnować porządku i dbać o poprawne funkcjonowanie administracji, co mu się, jak widać, nie zawsze udaje. Odkrywane nieporządki w różnych służbach są spadkiem po poprzednich rządach, które też trudno za nie winić. Wcześniejsze, „prywatyzacyjne” reformy kolejnictwa przynoszą te same deficyty, bałagan w rozkładach jazdy i katastrofy co takież reformy w Anglii, na których były wzorowane (katastrof, co podał Piotr Rachtan, przez dwa lata rządów PiSu było akurat grubo więcej niż przez cztery lata PO – co też nie oznacza, że PiSowi należy je przypisać). Samolot w Smoleńsku nie spadł z powodu bałaganu w wojsku, ale dlatego, że chciano (nie wiadomo, kto) lądować za wszelką cenę, nawet we mgle. Nie zostaje się bohaterem narodowym, ginąc w wypadku. Państwo zaś po stracie tylu wartościowych ludzi zdało jednak egzamin i mimo tych strat – ani drgnęło. Gorzej mu idzie gospodarka lekami, ale się raczej wyrobi – nie zabierając czołowych chirurgów, zakutych w kajdanki, od stołów operacyjnych. Proszę pamiętać, że sporo ludzi umarło „na Ziobrę”, kiedy swymi aresztowaniami załamał transplantologię i kardiochirurgię.

Nasza gospodarka w okresie kryzysu utrzymała się na zielono dzięki temu, że jej produkcja i usługi trafiają głównie na rynek krajowy, że nie było u nas nadmiaru pieniędzy, wolno bujających po finansowych rynkach świata. Rząd zachował zdrowy rozsądek i mocne nerwy. Trzeba to cenić. A to zdrowa gospodarka. Rosła własnymi siłami od zera: od straganów i „szczęk”, bez oligarchów, którzy by się dorobili po radziecku na wielkich siuchtach z wielkim przemysłem. Kilka większych fortun (ale też nie olbrzymich) wzięło się, co normalne, z obrotności handlowej i zmysłu biznesu (opublikowaliśmy historię jednej z nich). I nikt nie wpakował tu setek miliardów marek jak Niemcy w byłą NRD, pomoc Unii dla nas nie dała więcej. Faktyczne bezrobocie w Polsce jest znacznie niższe od wykazywanego statystykami. Najlepiej potwierdza tę opinię legalna, półlegalna i nielegalna praca paruset tysięcy imigrantów z krajów na wschód od nas.

Zawdzięczamy rozwój Polski, przypomnę, dwóm podstawowym reformom – Balcerowiczowskiemu skokowemu przejściu do gospodarki rynkowej (przygotowanemu reformą Wilczka) i reformie samorządowej. Potem – wejściu do NATO i do Unii Europejskiej. Te akty zmieniły Polskę całkowicie, ale nie mogły wykształcić w pełni sprawnego aparatu administracji. A nawet filozofii jego organizacji. To zabiera długie lata.

Zaryzykuję raz jeszcze inną, znacznie ważniejszą opinię, całkowicie sprzeczną z poglądem prof. Zygmunta Baumana – to polskiej przedsiębiorczości zawdzięczamy nasz rozwój, Polacy są dziś najbardziej przedsiębiorczym narodem Europy. Nie z desperacji, wbrew jego opinii. Z wiary w siebie. Dowodzą tego i setki tysięcy naszej młodzieży dorabiające się zagranicą. Dziś każdy Polak, jak ongiś Amerykanie, jest potencjalnym przedsiębiorcą. Ci, co wybierają pracę społeczną, nie wybierają jej z braku zdolności do biznesu. Jeśli, to co najwyżej niektórzy politycy i nadęte pychą polityczki, czy wspomniani wyżej inteligenci, zrażeni do demokracji III Rzeczypospolitej. Nikt by nie zatrudnił takich nawet przy straganie, klienci by uciekli.

Wytyka się rządowi, że nie było zapowiadanego „cudu gospodarczego”. Cud gospodarczy jednak się zdarzył – Polska jedyna w Europie nie padła w kryzysie. Mimo propagandy SLD niemal wszyscy zarabiamy więcej, nawet ci o najniższych dochodach, mamy dość stabilny pieniądz. A przecie co krok nam groziło osunięcie się na równię pochyłą, zdrowy rozsądek okazał się największym polskim osiągnięciem.

Czy stać nas na lepszy rząd? Nie jestem aż tak znowu zachwycony obecnym, bo chyba warto przygotować głębsze zmiany, ale jak już, to proszę mi taki lepszy rząd wskazać. Po nazwiskach. Nie hasłami walki klasowej z tymi, co się im udało. Na czele rządu stoi premier, którego nie trzeba się wstydzić, bez chorobliwej próżności, przyzwoity i dobrze wychowany. Czy mamy kogoś innego, kto by osiągnął taką pozycję polityczną w Europie, nie budząc ironicznych uśmiechów i kpin jak rządy rodzinne bliźniaków z dyspepsją jako powodem rozbicia Trójkąta Weimarskiego?

Podejrzewam, że nasi „wykluczeni”, „wyśmiewani”, „pogardzani” są po prostu leniwi i kryją to śmierdzące lenistwo za „poglądami” (jakoś na nie wolności im nie brakuje). Nie mają nic wspólnego z rzeczywiście „wykluczonymi”, z dramatycznym niekiedy marginesem, nieobecnym w spisach opieki społecznej – to ci starcy, umierający samotnie, bez niczyjej wiedzy o sobie, to zdegradowane rodziny i ich opuszczone dzieci, oraz nieliczni, bo nieliczni, ale „bezprizorni” nastolatkowie. „Ogniskom” dla nich, prowadzonym przez Powiślańską Fundację Społeczną, zabrano swego czasu lokale. Aniu – to do p. Anny Gierałtowskiej, szefowej tej Fundacji – może spiszmy Wasze uwagi o polityce naszych samorządów wobec tych środowisk? Nie wstrząśnie to sceną polityczną, ale może się przyda w organizacji opieki i pomocy? Czy ktoś reklamuje Wasze doświadczenia lub doświadczenia poznańskiej „Barki” w pomocy ludziom zagubionym? Wspaniały pionier, mój przyjaciel, Tomasz Sadowski, napisał bezcenną książkę o niej, kto ją zna i propaguje? Czy ktoś wie coś bliżej o działalności polskiego oddziału UNICEF, światowej organizacji pomocy dzieciom, zainaugurowanej przez Ludwika Rajchmana (z której to pomocy moje pokolenie chłopaków i dziewcząt korzystało przez parę lat po wojnie!)? Dziesiątki tysięcy polskich dzieci pomagają dziś dzieciom Afryki, zbierają na żywność terapeutyczną dla nich, na leki i na studnie… Bez żadnych pieniędzy z budżetu. Ze składek naszych współobywateli. Żebyście wiedzieli, jakie mamy sympatyczne tu społeczeństwo!

I ja przynajmniej wiem, po co nam to wszystko było. Nawet w towarzystwie ludzi programowo antypatycznych. I takich jak towarzysz Duda, który świadomie chce swój kraj narazić nieodpowiedzialnymi strajkami na wielkie straty finansowe, byle obalić rząd.

Stefan Bratkowski

Print Friendly, PDF & Email

18 komentarzy

  1. A.F 2012-05-03
  2. Anna Malinowska 2012-05-03
  3. Krzysztof Łoziński 2012-05-03
  4. A.F 2012-05-03
  5. Stupecki 2012-05-03
  6. Alina Kwapisz-Kulińska 2012-05-03
  7. Reczek 2012-05-03
  8. Dwojak 2012-05-03
  9. Federpusz 2012-05-03
    • Dąbrowski 2012-05-04
  10. andrzej Pokonos 2012-05-04
  11. jureg 2012-05-04
  12. kowalski 2012-05-04
  13. andrzej Pokonos 2012-05-05
  14. Magog 2012-05-05
  15. Ubu 2012-05-05
  16. kowalski 2012-05-08
  17. Andrzej Jacyna 2012-05-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com