Jerzy Łukaszewski: My i oni

grunwald72014-04-27.

Dla zmęczonych tematyką kanonizacyjną proponuję temat wprawdzie nie raz już poruszany na łamach SO, ale w nieco odmiennym kontekście. Czasami bowiem odnosi się wrażenie, że tzw. polityka historyczna jest naszym wyłącznym udziałem, oraz że poprawianie historii nam tylko sprawia przyjemność.

Aż tak dobrze/źle nie jest.

Inni też to robili, robią i robić będą.

Niedawno przewaliła się przez media i nie tylko dyskusja na temat niemieckiego filmu „Unsere Mütter, unsere Väter”, która rozpaliła dyskutantów do czerwoności. Niektórych dosłownie.

Film jak film, ani w nim mniej prawdy historycznej, ani więcej niż w innych tego typu produkcjach na całym świecie.  Oczywiście poza „oczywistym kłamstwem” o antysemityzmie Polaków, szczególnie z AK.

Nie bardzo wiadomo, jak do takiej dyskusji podejść. Jeśli wyłącznie od strony filmu, to szczerze mówiąc nie zauważyłem jakoś tego „kłamstwa”, a wręcz przeciwnie, widziałem scenę, w której dowódca oddziału ratuje skórę Żydowi, na którego uwziął się jeden cymbał – członek tejże grupy, co jak raz odebrałem jako działanie rozsądne. Cymbał trafi się zawsze i wszędzie, trudno czemuś takiemu zaprzeczać.

Jeśli brać rzecz od strony źródeł historycznych, to wystarczy poczytać gazetki wydawane przez NSZ w czerwcu i lipcu 1944 roku (do znalezienia bez trudu w archiwum), by zobaczyć, że Polacy w tym filmie potraktowani zostali dość łagodnie pod tym względem.

Najgorsze, że to Niemcy „ośmielili się” zarzucić nam rzecz tak straszną. Straszną oczywiście wtedy, gdy zarzucają nam ją inni, na co dzień nie widzimy potrzeby walki z tym zjawiskiem demonstrowanym na naszych ulicach i świątyniach.

No ale to my – nam wolno – Niemcom wara!

I jeszcze dranie ośmielili się ująć w filmie „niemiecki punkt widzenia”! No skandal!

Oburzonym podpowiem: oni w polityce historycznej mają większe tradycje od nas. I siedzi w nich to samo co w nas; tyle że niekiedy dużo dłużej. Pamiętliwe draństwo, że aż dziw.

W tym roku minie 100 lat od przesławnej bitwy pod Tannenbergiem, w której wojska niemieckie pod dowództwem Paula von Hindenburga pokonały Rosjan.

Bitwa, a raczej operacja w Prusach Wschodnich, nie od początku przebiegała dla Niemców pomyślnie. Dowodzący VIII Armią gen. von Prittwitz dał się zaskoczyć, a nie wierząc w zwycięstwo szykował odwrót za linię Wisły. Nowe dowództwo z Hindenburgiem i Ludendorffem zmieniło całkowicie obraz tego starcia.

Interesujące jest, jak tę bitwę przedstawiano w środkach masowego przekazu. Początkowe niepowodzenia określano mianem „taktyki” łącznie z wycofywaniem się wojsk i oddawaniem kolejnych miejscowości Moskalom. To akurat propagandowa norma. Trochę nie współgrała ona z doniesieniami o bestialstwie Rosjan na zajętych ziemiach, bo ktoś dociekliwy mógłby pytać dlaczego bezbronną ludność pozostawia się barbarii na pożarcie. Doniesienia o masowych ucieczkach ludności w głąb Prus też nie nadawały wiarygodności tezie o „taktycznym manewrze”.

Koniec końców bitwę Niemcy wygrali.

I wtedy dopiero się zaczęło!

Zwycięstwo było wielkie, to prawda. Po tym ciosie Rosjanie się już nie podnieśli na tym odcinku frontu do samego końca wojny.

Jednak to co z tego zwycięstwa zrobiono w sferze propagandy przekroczyło wszelkie wyobrażenie i szybko zaczęło się zbliżać do progu śmieszności.

Już w kilka dni po bitwie pojawiły się w prasie niemieckiej porównania z …Grunwaldem. Niedługo potem wręcz określono Tannenberg jako „rewanż na Słowianach za Grunwald”. Było to o tyle ciekawe, że pod Grunwaldem główną „siłą słowiańską” byli Polacy, o których względy zabiegały od początku I wojny niemieckie gazety. W „Breslauer Morgen Zeitung” ukazała się nawet seria artykułów krytykujących dotychczasową politykę hakatystyczną jako „zagrażającą niemieckim interesom na wschodzie”. No, ale propaganda kieruje się własną logiką i mówi się „trudno”.

Parę lat przed wojną Niemcy ustawili w miejscu bitwy grunwaldzkiej pomnik upamiętniający śmierć von Jungingena.

Napis na kamieniu brzmi: „Im Kampf für deutsches Wessen, deutsches Recht, starb hier der Hochmeister Ulryk von Jungingen am. 15 Juli 1410″.

Co ciekawe, identyczny i z tym samym napisem (oprócz tego „hier”, rzecz jasna) postawiono w miejscowości, w której wielki mistrz się urodził.

Do czasu bitwy pod Tannebergiem traktowano jednak te pomniki, jako ciekawostkę historyczną dla turystów (nie dla wszystkich – Sienkiewicza Niemcy pod Grunwald nie wpuścili i opisywał miejsce bitwy na podstawie cudzych opowiadań).

Po Tannenbergu zapanowało szaleństwo, któremu Niemcy oddawali się z wyraźnym upodobaniem. To, że Hindenburga nie kanonizowano należy przypisać chyba jakiemuś niedopatrzeniu. Do śmierci nie mówiono o nim inaczej jak „zwycięzca spod Tannenbergu”. Wszystko co robił przedtem i potem nie miało znaczenia.

Cała ta historia (i histeria) wskazuje na rzecz interesującą. Sprawy sprzed 500 lat mogą w odpowiednim momencie stać się ważne, bardzo ważne, najważniejsze. Mogą też podlegać „obróbce” zgodnie z aktualnym zapotrzebowaniem. To ciekawe, bo do podniesienia morale społeczeństwa można byłoby znaleźć kilka bliższych czasowo niemieckich czynów wojennych zamiast wspominania Grunwaldu. Okazuje się jednak, że bywają rzeczy głęboko siedzące „za skórą” narodowej dumy skoro korzysta się z pierwszej  okazji, by tę dumę nadszarpniętą wieki temu podreperować. Znamy to?  Jak widać – nie my jedni.

Po wojnie pod Tannenbergiem (Stębarkiem) wybudowano pomnik w dość niezwykłej formie.

Budowla stała się miejscem pielgrzymek wszystkich „prawdziwych Niemców” (oni też mieli taką kategorię, nie tylko my), a w 1934 roku pochowano w niej zmarłego marszałka von Hindenburga. Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył sam Reichskanzler Hitler.

Jak to zwykle bywa, im dalej od jakiegoś wydarzenia, tym bardziej obrasta ono różnymi dziwactwami.

Bitwa pod Tannenbergiem doczekała się kilku opracowań, także polskich (płk. Witold Hupert, 1925 r.). Co znamienne – królewieckie opracowanie H. Wolffa z 1927 roku skupia się na możliwie dokładnym opisie bitwy, Grunwald jest w nim wspomniany jedynie marginalnie. Za to berlińskie prof. Tiemanna z 1939 już zawiera rzecz  – wydawałoby się – nonsensowną, a mianowicie porównanie taktyki von Jungingena z taktyką Hindenburga. Wszystko w określonym celu – wykazania wielkości współczesnej „myśli niemieckiej”. Jak widać, kiedy cel jest jasno określony, coś takiego jak bzdura nie istnieje.

Koszmarna w formie budowla (choć Niemcy porównywali ją ze … Stonehenge) przetrwała o dziwo wojnę. Ostateczna jej rozbiórka nastąpiła w 1949 roku.

Wycofujący się w 1945 roku Niemcy nie zostawili swojego bohatera na pastwę losu. Trumnę ze zwłokami Hindenburga ewakuowano.

Ponieważ, jak wspomniałem, w tym roku zdarzy się 100 lecie tej pamiętnej bitwy, w Niemczech prawdopodobnie odżyje wspomnienie o niej, jako że do polityki historycznej nadaje się jak mało która. Ostatecznie pokonano w niej Rosjan, a więc żaden z aktualnych sojuszników nie będzie zgłaszał sprzeciwu. Hindenburga nawet polscy historycy czasem, nie wiedzieć czemu, przeciwstawiali Hitlerowi, a więc nawet dla nas stał się on „łatwiej strawny” od führera. A film „Unsere Mütter, unsere Väter” wskazuje, że po latach tłamszenia narodowej dumy Niemcy potrzebują nowej „polityki historycznej”.

Nie wszyscy lubują się w świętowaniu narodowych klęsk. Czego i nam wszystkim życzę.

P. S.

Latem 2001 roku odnalazłem pomnik von Jungingena tuż za obozem krzyżackim, koło ruin kaplicy. Byłem przekonany, że (szczególnie z takim napisem) nie przetrwał 1945 roku. Ale nie – leży sobie licem do ziemi i przedstawiany jest przez przewodników jako …kamień Jagiełły!  Polityka historyczna zawsze zwycięży!

Jerzy Łukaszewski

 

 

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. A. Goryński 2014-04-28
  2. sugadaddy 2014-04-28
  3. Jerzy Łukaszewski 2014-04-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com