Jan Cipiur: Polityka i klimat. Czego nie chcą wiedzieć „zielonogwardziści”

2012-05-08. W połowie grudnia 2011 r., gdy tylko zamknięto obrady kolejnego szczytu klimatycznego w Durbanie, Kanada ogłosiła, że wychodzi z tzw. protokołu z Kioto. Powód: porozumienie w sprawie redukcji gazów cieplarnianych nie działa. Europa uparła się zaś i brnie dalej. Nie jest to upór rozkapryszonego bachora. Kieruje Europą interes – różnoraki; także, a nawet przede wszystkim – polityczny.

W zarzucie uporu nie chodzi o Kioto, bo to tygrys bezzębny, lecz o unijne marzenia i plany nasilenia walki z wiatrakami, w przenośnym, rzecz jasna, znaczeniu tego powiedzenia.

Świat dzieli się dziś na wiele sposobów, a jedna z linii podziału rzuciła na jedną stronę zwolenników i fanatyków tezy o ociepleniu klimatu z powodu działań ludzkich, a na drugą obdżektorów i przeogromną rzeszę osób w tej kwestii indyferentnych, tzn. najnormalniej obojętnych. Ma ten spór wielki walor i wiele dobrego przyniósł już ludzkości. Dziś o wiele bardziej i lepiej niż 20-30 lat temu rozumiemy jak skutecznie potrafimy niszczyć nasze naturalne otoczenie i siedlisko.

W tym kontekście małe ma znaczenie kto rację ma w debacie i kłótniach o CO2 oraz inne wyziewy okołoludzkie, bo już wiemy, że jest ich za dużo. Im dalej jednak w las, tym niestety gorzej. Cieplarniane doktrynerstwo prowadzi Europę złą drogą w złym kierunku, być może na zupełne manowce.

Czarny koszt zielonej energii

Od zarania mamy jako istoty ludzkie wielkie kłopoty z pomiarem wartości. Dziś można wszakże podejść do tego problemu w sposób nietuzinkowy, a jednocześnie dość prosty. Każda rzecz i każda usługa zawiera w sobie energię i nie ma od tego najmniejszego wyjątku. Nie ma czegoś takiego co istniało by i dało się wytworzyć bez wkładu energii. Im produkt bardziej skomplikowany – tym wydatek energetyczny ogromnieje. Kiedyś nie dało się tego obliczyć na poziomie elementarnym, lecz dzisiaj staje się to powoli możliwe. Przy dużej determinacji i wielkim wysiłku dałoby się już każdy produkt rozłożyć niemal na kwanty energii. Temat to działania energetyczno-klimatyczne, więc tu tylko wtręt na marginesie, że wydatek energetyczny zamieniony w globalny pieniądz to dopiero byłby (jest!) pomysł.

Jeśli zużycie energii do absolutnie wszystkiego nie jest ułudą i jeśli przyjmiemy, że obecny układ i poziom cen z grubsza odzwierciedla koszty oraz czynniki wpływające na ich wielkość, to jaki wniosek płynie z informacji, że energia ze źródeł odnawialnych jest ciągle i o wiele droższa od energii konwencjonalnej uzyskiwanej z paliw kopalnych? Otóż jest on wyłącznie i jedynie taki, że do wytworzenia jednostki energii ze źródeł odnawialnych trzeba zużyć więcej niż jednostkę energii konwencjonalnej. Wytworzenie 1 kW „prądu” na ekologicznym wiatraku przynosi straty energii w porównaniu z produkcją tego samego kilowata z paliw kopalnych. Im więcej zatem produkujemy energii odnawialnej tym więcej dziur musimy kopać w ziemi. Taka na razie jest to logika.

W końcu kwietnia br. odbyła się w Warszawie krótka konferencja pt. „Impas czy nowe otwarcie? Przyszłość polityki klimatycznej UE”. Wnioski nie były przełomowe. Obraz objawia się taki, że jako Polska i Polacy mamy problem. Nie zgodziliśmy się ostatnio ustami naszego ministra Ochrony Środowiska na lansowane przez brukselskich „zielonogwardzistów” od ekologii i klimatu plany podniesienia dotychczasowych celów redukcyjnych do sześcianu. Stawia nas to w gronie odszczepieńców, pariasów i węglowych brudasów nie pasujących do szacownego towarzystwa schludnych czyścioszków. Wygląda na to, że teraz chodzi o to, żeby reszta zaakceptowała nasze brudne ręce i paznokcie, a my w zamian nie będziemy głośno mówić, że król jest nagi.

A unijny imperator klimatyczny jest niemal golusieńki, przez to nieskuteczny, bo najwięcej uwagi poświęca zakrywaniu słabizny. Gdyby Ziemia nie była okrągła, a wiatry wiały wyłącznie lokalnie, to choćby w imię lepszego samopoczucia można byłoby pogodzić się ze zużywaniem ograniczonych zasobów paliw kopalnych na produkowanie tzw. czystej energii odnawialnej. Jednak Europa jest w dzisiejszym pragmatycznym (USA, Kanada), a przede wszystkim aspirującym (Chiny, Indie, inne państwa azjatyckie, niedługo już na dobre Afryka) świecie zupełnie samotna.

Jeśli nie dojdzie do przełomu technologicznego na niewyobrażalną dziś skalę, przez kilka przynajmniej dekad świat jest skazany na paliwa kopalne, w tym metale rozszczepialne, do których dodatkiem będą instalacje hydroenergetyczne, wietrzne, solarne, pływowe i być może inne. Modlić się trzeba, żeby w imię ochrony środowiska, tropikalnych lasów deszczowych, innych dziewiczych terenów, a także pól uprawnych globu zarzucony został niszczycielski pomysł stosowania biopaliw na których produkcję zużywa się ogromne ilości energii pierwotnej potrzebnej do produkcji nawozów sztucznych, środków ochrony roślin, przetworzenia zbóż i innych roślin na alkohol i estry, zagospodarowania odpadów poprodukcyjnych…

Krytyka unijnej dekarbonizacji

Jeśli ogarnąć kwestię biopaliw przytomnym rozumem dostrzec można dodatkowy paradoks energetyczny. Jest na temat pochodzenia paliw kopalnych sporo teorii, lecz najwięcej zwolenników ma na razie pogląd, że przekształcały się z materii organicznej przez dziesiątki i setki milionów lat. Nie jest tak, że pień zamienia się w węgiel bez udziału energii. Proces karbonizacji wymagał przez epoki geologiczne ogromnej liczby jottadżuli (YJ = 1024 dżuli). W biopaliwach ludzie skracają ten okres do jednego sezonu uprawowego, co w kontekście nakładu energii powinno uruchamiać wielki dzwon na trwogę, ale tylko z rzadka go słychać. Koniec dygresji.

Chińczycy i Hindusi, a niedługo także Afrykanie nie zgodzą się na „moratorium” na stosowanie węgla, czy ropy, po to aby zadowolić bogatą Europę. Tam stawką jest wyżywienie ludzi, a potem wydobycie ich z biedy, zapewnienie wszystkim dachu nad głową. Wprawdzie Chińczycy na potęgę rozwijają energetykę atomową, hydroenergetykę, energetykę wiatrową i solarną, ale czynią to z elementarnej przezorności w imię zmniejszania zależności od zagranicy, rozsądnej dywersyfikacji, a także w długofalowych celach badawczych. Mają na to pieniądze, ponieważ płacą europejskie i amerykańskie „grosze” prawie miliardowi swoich pracowników. Tych pieniędzy nie mają inne wielkie kraje Azji oraz Afryki.

Unijny pomysł dekarbonizacji jest poroniony w podwójnym, a nawet potrójnym sensie. Ma się nijak do ogromnego i stale wzrastającego zużycia węgla kamiennego w świecie, a co gorsza, zamiast przyczyniać się do poprawy wskaźników klimatycznych będzie je pogarszał. Wyklęcie węgla przez unijną potęgę naukowo-badawczą i technologiczną sprawia, że nieuniknione rosnące zużycie tego paliwa nie będzie tak efektywne i być może „przyjaźniejsze” dla środowiska, jakie miałoby szanse być z potencjalnym naukowo-technicznym wkładem Europy. Trzeci zarzut jest głównie semantyczny: węgiel rzeczywiście składa się głównie z węgla, ale określenie dekarbonizacja sugeruje, że węglowodory składające się np. na gaz ziemny składają się wyłącznie z samiuśkiego, czyściutkiego wodoru.

Klimat i Państwa Dobrobytu

Zostało już bardzo wyraźnie napisane, że czyste lub choćby prawie czyste środowisko to podstawowe dobro. Nie za to więc spada krytyka na Unię, że chce przejrzystego nieba, lecz za wybór celów szczegółowych i metod na okres krótki i średni, czyli najdalej do połowy obecnego stulecia.

Największą porażką cywilizacji przemysłowej, bo taka, a nie postindustrialna dominuje ciągle jeszcze w świecie, jest nieujarzmienie „prądu”. Energia przekształcona w elektryczność dociera do użytkowników tylko w 1/3 ilości potrzebnej do jej wytworzenia. Dwie trzecie są tracone na etapie produkcji i przesyłania do końcowych odbiorców/odbiorników. Do tego dochodzi najbardziej strategiczny ze strategicznych problem magazynowania/przechowywania „prądu”. Największe dotychczasowe dokonania w tej dziedzinie to paluszki AAA i baterie do smartfonów. To są wyzwania na miarę czasu dla bogatej i „uczonej” części świata, a nie rozwój starożytnej technologii wiatrakowej, z której świątyniami tak wytrwale walczył Don Kichot – Rycerz Smętnego Oblicza z Manczy.

Na poszukiwanie alternatywnych źródeł i dotacje do produkcji tzw. zielonej energii bogate państwa Europy wydały do tej pory tysiące miliardów euro. Ujawnia się niekiedy pogląd, że u podłoża obecnej polityki klimatycznej UE leży chęć zarobku na pierwszej lepszej, „zielonej”, a więc poprawnej politycznie technologii. Jest być może w tym twierdzeniu ziarno prawdy, a nawet dwa. Nie to byłby jednak główny problem. Podstawowy polega na tym, że niezwykle szeroko zakrojony, niesłychanie ambitny program ekologiczny z energią odnawialną i redukcją CO2 w godle stanowił bardzo poręczne narzędzie obrony europejskich państw dobrobytu.

Tysiące miliardów wtłaczane w nieefektywne i w sumie prymitywne technologie podtrzymywały wątlejący w oczach od dekad wzrost gospodarczy, utrzymując tym samym przy życiu iluzje europejskiego państwa dobrobytu. Rozsądniejsze wydatkowanie tych olbrzymich środków na badania nad rzeczywistym przełomem energetyczno-ekologicznym było i jest obarczone ryzykiem niepowodzenia, lecz przede wszystkim nie dawało niemal natychmiastowego efektu „mnożnikowego” koniecznego dla obrony przed gniewem ludu pozbawianego „darmochy”.

Wiatraki, panele słoneczne i inne wynalazki (z absolutnym wyłączeniem biopaliw) niechby sobie i były, bo kto bogatemu zabroni. Jednak bezrozumne podwyższanie już i tak bardzo wyśrubowanych celów emisyjnych w sytuacji widocznych braków i niedostatków obecnej „zielonej” technologii jest przeciwskuteczne i paradoksalnie pogłębia uzależnienie od paliw kopalnych. Bogata część świata marnuje bezpowrotnie niesłychane ilości energii (te ogromne i z każdym rokiem większe samochody, koniecznie wymieniane na nowe modele co 2-3-4 lata, te niesłychane ilości odzieży kupowanej po to by sprostać cokwartalnym zmianom mody oraz tysiące innych przykładów), uspokajając swoje sumienia na konferencjach klimatycznych. Można iść o zakład, że jeśli nastąpi kiedyś znaczący przełom w kwestii energii, to zrodzi się w jednym z laboratoriów za Atlantykiem, albo nad Pacyfikiem, a nie w urzędowych pałacach w Brukseli, Paryżu, Berlinie, czy Kopenhadze.

Jedna z dróg ku lepszemu jutru prowadzi prawdopodobnie na spalaniu jeszcze przez jakiś czas jeszcze paliw kopalnych pod ścisłą kontrolą ekologiczną w „jednym miejscu” i jednoczesnym wzmożeniu badań oraz poszukiwań efektywnych technicznie i ekonomicznie metod przesyłania, a zwłaszcza magazynowania energii.

Przede wszystkim trzeba jednak mocniej ruszać głową. Twórczemu myśleniu niesłychanie sprzyjają paradoksy, a konkretnie – ich wychwytywanie. W trakcie wspomnianej konferencji w Warszawie jeden z panelistów podkreślił ileż to szkód na zdrowiu powoduje wchłanianie przez ludność pyłów. Powołał się na WHO stwierdzając, że skraca to życie przeciętnie o lat co najmniej kilka, w co wierzyć można lub nie. Nie zapytał się jednak ów myśliciel nawet retorycznie, o ile lat wydłużył się żywot homo sapiens dzięki taniej energii, przy której wytwarzaniu istotnie pyli. Nie ogarnie się świata, posługując się kliszami.

Jan Cipiur

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. Angor 2012-05-09
    • elkaem 2012-05-13
  2. PK 2012-05-09
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com