Cezary Bryka: Święci się i się nie święci

1_maja2014-05-05.

Fakt, że Święto Pracy jest akurat tym dniem kiedy nie idzie się do pracy, jako młody człowiek uważałam za bardzo zabawny. Potem doszedłem do wniosku że to praca tego dnia świętuje, a my nie powinniśmy jej tego zakłócać – i na chwilę wszystko wróciło na swoje miejsce. Nie tak dawno, po przebyciu oceanu życiowych doświadczeń, wreszcie przyjąłem do wiadomości ze nie wszystko musi się zgadzać i to jest chyba najprostsze wyjaśnienie fenomenu świętowania pracy przy pomocy niepracowania.     

Kiedy wreszcie udało mi się uporządkować pierwszomajowy zamęt w duszy – mój świat znów fiknął koziołka: w tym roku pierwszego maja część Narodu zabrała się do pracy. Służby miejskie na cztery dni zamknęły dla ruchu Marszałkowską w obu kierunkach między Królewską a Al. Jerozolimskimi, ponieważ „w tym czasie wykonawca II linii metra ma zamiar odtworzyć skrzyżowanie Marszałkowskiej ze Świętokrzyską. Firma zapowiada pracę w dzień i noc. (…) Za to od nowego tygodnia wrócą trzy pasy ruchu dla kierowców i wszystkie przejścia dla pieszych” – zapowiedziała „Gazeta Stołeczna”.

Odcinek Marszałkowskiej nie jest w Warszawie jedynym miejscem, gdzie drogowcy prowadzili w czasie długiego weekendu prace drogowe, jednak jest miejscem – jeśli można się tak wyrazić – najbardziej wyrazistym.  To właśnie na tym odcinku, między Królewską a Al. Jerozolimskimi, w czasach PRL przechodziły najliczniejsze pochody 1-majowe, to tędy maszerowały wielotysięczne, barwne tłumy.

Tamte pochody mają teraz złe notowania: umieszczane są wśród symboli komunistycznego zniewolenia. A przecież intencja ustanowienia Święta Pracy nie miała nic wspólnego ze zniewoleniem, a wielu uczestników pochodów traktowało je po prostu jako rodzaj majówki podczas której można spotkać znajomych, wesoło pokrzyczeć, a po przejściu trasy której remont właśnie się skończył – kupić na przystrojonych straganach niedostępne na co dzień produkty.

Oczywiście, trafiały się zakłady pracy traktujące obowiązek uczestnictwa w pochodach restrykcyjnie i nie dziwię się, że tak traktowani uczestnicy źle je wspominają. Jednak najczęściej na pochody chodziło się odruchowo, a nawet chętnie: była to odmiana w szarym peerelowskim bytowaniu.

Przez całą szerokość Marszałkowskiej waliły ławą tłumy. Przechodząc obok trybuny honorowej machały flagami, transparentami i kwiatami oraz wznosiły okrzyki pod dyktando zapiewajły. Podejrzewam, że nikt nie wczytywał się w treść transparentów ani nie wsłuchiwał w okrzyki – nawet te wydawane przez siebie osobiście. Było wesoło, jakby codzienna ponurość nie istniała. 

Tak to pamiętam. Późniejsze pochody, biegające po Warszawie ostrołukiem, to już nie było to. Niech dwie anegdoty oddadzą tę różnicę w atmosferze:

  1. Wczesny PRL. Znany później, a wówczas debiutujący dziennikarz radiowy dostał zadanie przeprowadzenia relacji z pochodu. Pólprzytomny z podniecenia i tremy, zakrzyczał do mikrofonu:
    – Rusza czoło pochodu! Nieprzebrana rzesza rodaków, przybyłych aby uczcić nasze wielkie święto, a na czele wielkie czerwone cztery litery!
    Opiekujący się nim starszy kolega wyrwał mu w tym momencie mikrofon i jeszcze bardziej entuzjastycznie zawrzeszczał:
    – PE! ZET! PE! ER!
  2. Schyłkowy PRL. Pierwszomajowe świętowanie ławą na Marszałkowskiej się skończyło, co miało symbolizować zmiany zaszłe po 1980 roku. Przez kilka lat pochód kroczy trasą zastępczą, a na wysokości Grobu Nieznanego Żołnierza od całości odłączają się przedstawiciele kolejnych delegacji, żeby złożyć pod pomnikiem kwiaty. I wtedy z ust prezentera telewizyjnego pada zdanie, które okazało się proroczym:
    – Kierownictwo Partii i rządu zbliża się do grobu.

Tak, jedyne prawdziwe pochody pierwszomajowe to były te na Marszałkowskiej. W naszych czasach, kiedy żyje się łatwiej a cieszyć się jest trudniej, czasem wspominam z sentymentem tamte tłumy. Poskakałbym sobie z papierową chorągiewką w garści – i zrobiłbym z siebie idiotę.

Opublikowana w weekendowym wydaniu „Gazety Wyborczej” ankieta na temat stanu wiedzy Polaków o najnowszej historii kraju zawiera wiele odkryć, których można dokonać i bez ankiety, np: „Im ktoś młodszy, tym przeszłość mniej go obchodzi. Osoby przed trzydziestką w ponad 90 proc. w ogóle nie rozmawiają o PRL albo rozmawiają bardzo rzadko. (…) Im ktoś starszy i lepiej wykształcony, tym więcej wie o przeszłości i więcej o niej rozmawia”. Jednak historyk PRL, prof. Jerzy Eisler, wyciągnął wniosek pod którym podpisuję się oburącz: „Wiedzę zastępują dwa stereotypy PRL: martyrologiczno-patriotyczny, popularny zwłaszcza w kręgach prawicowych, oraz zabawowo-nostalgiczny, rodem z »Rejsu«, komedii Barei czy nostalgicznych wspomnień starszych osób z młodości”.

Moja pamięć o PRL jest połączeniem codzienno-martyrologicznej z ganianiem za papierem toaletowym na pierwszym planie, i jednocześnie zabawowo-nostalgicznej z pochodami na Marszałkowskiej w tle.

I pomyśleć: przylegający do pl. Defilad fragment Marszałkowskiej zamknięto właśnie 1 maja w przewidywaniu nikłego natężenie ruchu! Nic dziwnego, ze świat się obrócił i na chwilę stanął na głowie – zupełnie jak wtedy, kiedy Giełda Papierów Wartościowych wprowadziła się do gmachu KC PZPR. Cóż to była za radość! Żal tylko, że ta kombinacja nie doczekała dnia, kiedy przed gmachem stanęła słynna warszawska palma. To byłby szczyt radosnego wariactwa, za które trak kocham moje miasto: przesycone martyrologią, a przy tym kompletnie nielogiczne.

A palma, do której zawsze się uśmiecham kiedy przejeżdżam obok, podprowadza mnie do drugiego pierwszomajowego wydarzenia w Warszawie. To przekazanie Warszawiakom odnowionej tęczy na placu Zbawiciela.

Kiedy była świeżą atrakcją, budziła moje mieszane uczucia. Nie podobała mi się plastycznie: papierowe kwiaty bardziej kojarzą mi się z balem w remizie, niż ze stylowego stołecznym placem. Jednak zaakceptowałem ją jako znak tolerancji i pojednania. Tolerancja miewa i wady, jeśli jednak uznać ją wyłącznie za przeciwieństwo ksenofobii – jest mi bardzo bliska. Dlatego uparcie broniłem jej mimo wątpliwości natury estetycznej. Wkurzało mnie zawężanie symboliki tęczy do tematyki seksualnej.

Powinienem cieszyć się, że 1 maja tęcza zwyciężyła w kolejnym starciu z opętanymi jednym tematem wandalami. A jednak… „Na kilka dni przed czwartą już rekonstrukcją tęczy artystka rozesłała do mediów oświadczenie. Zaprasza warszawiaków do odbudowy i apeluje, by była ona była gestem solidarności w walce o równe prawa osób homoseksualnych, biseksualnych i transseksualnych” – przeczytałem w „Gazecie Stołecznej”. Autorka instalacji w przeddzień jej powrotu uniosła się gniewem i wypaliła:

Tęczę na placu Zbawiciela odbudujmy jako symbol walki z homofobią.

No to ja bardzo przepraszam. Nie zamierzam mówić autorce, co ma mieć na myśli – ale skoro już coś miała i ogłosiła a ja to poparłem, to czuję się oszukany. Sam przy każdej okazji przeciwstawiam się homofobii, ale nie zmienia się reguł w trakcie gry. Nie zmienia się sensu symbolu, kiedy zdobył poparcie jako zupełnie inny symbol. Autorka tęczy poparła sposób myślenia wandali oraz zaprosiła ich do następnych działań.

Pakuje się w pułapkę: homofobi wzmocnili słownictwo. „W ramach zaostrzania walki klasowej, w jej nowym gender wydaniu, sodomicka tęcza wraca i znów będzie plugawić warszawski plac Zbawiciela. Sfinansowana kilkukrotnie z pieniędzy zrabowanych przez fiskus podatnikom instalacja Julity Wójcik, która na początku występowała pod fałszywą banderą ruchu spółdzielczego, ma zostać ustawiona 1 maja, tym razem jako symbol walki z homofobią. Julita Wójcik chce by tęcza była symbolem solidarności w walce o przywileje dla sodomitów, jedności z genderowską strategią Unii Europejskiej, oraz symbolem walki z homofobią. (…) Na instalacje sodomickiej tęczy rządząca Warszawą PO zmarnuje tym razem według doniesień prasowych 110.000 złotych. Właścicielem sodomickiej instalacji jest placówka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – Instytut Adama Mickiewicza” – napisał sztandarowy portal prawicy, tym samym  rozciągając nienawiść na poszukujących odmian heteroseksualistów. Jakim symbolem autorka Tęczy uczci walkę z bojowymi zwolennikami tzw. pozycji misjonarskiej? Chciałbym to zobaczyć, tak jak chciałbym się dowiedzieć jak teraz autorzy nowego nazewnictwa wyjaśnią słynne ukazanie się tęczy podczas modlitwy papieża Benedykta XVI w Auschwitz-Birkenau.

Skoro poparłem pojednanie które teraz przemianowano na walkę – wypisuję się z zabawy w znaczenia, a tęczę na placu Zbawiciela odsyłam z powrotem do estetyki balu w remizie. Proponuję ustawić pod nią atrapę przewróconej butelki po wódce i fragment płotu ze sztachetami do wyrywania. Uzupełnianie sztachet wydaje się mniej pracochłonne, niż uzupełnianie kwiatów.

Cezary Bryka

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 2014-05-05
  2. A.K-B 2014-05-06
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com