Jerzy Łukaszewski: My, dumne śledzie…

ksiazka12014-05-07.

Tak nas, gdynian, określili kiedyś odwieczni adwersarze zza miedzy. Zawiedli się, bo gdynianie przezwisko przyjęli z humorem i dziś uznają je za własne.

Nie będę się rozpisywał o tym, jaka Gdynia jest wspaniała (chociaż jest) i w ogóle nie będę się chwalił (choć jest czym). Sam fakt potwierdzany badaniami prof. Czapińskiego, że jesteśmy najbardziej zadowolonymi z miejsca zamieszkania ludźmi w Polsce powinien wystarczyć.

Badania naszego niezwykłego społeczeństwa prowadzone są zresztą regularnie i dotyczą różnych spraw.

Na jednych, których wyniki niedawno opublikowano chciałbym się skupić w nadziei, że zainteresują nie tylko nas, ale choćby poprzez porównanie mieszkańców innych miast w naszym pięknym i uwielbiającym narzekać kraju.

Chodzi o temat tak delikatny, jak komunikacja miejska.

Ma ona w Gdyni ciekawą historię. W absolutnie zwariowanym tempie rosnące miasto (w ciągu 16 lat powiększyło liczbę ludności 100-krotnie) w wielu dziedzinach było „nie do ogarnięcia” nawet dla najlepiej wyszkolonych urzędników. Komunikacyjnej także.

W 1927 roku ruszyły pierwsze regularne trasy autobusowe, ale dopiero w latach 1930 – 1932 powstały pierwsze wiaty na przystankach a pod nimi rozkłady jazdy. A jak się jeździ bez rozkładu?  Zwyczajnie – kto pierwszy ten lepszy. Kierowcy autobusów ( wtedy to były Komnick, Opel, Chevrolet i Büssing) walczyli zaciekle wymijając się na trasie by podebrać z przystanku jak najwięcej pasażerów. Kompletna wolnoamerykanka obfitująca w bójki między kierowcami, awantury właścicieli itp. Pierwszy Związek Właścicieli Dorożek Samochodowych powstał także w 1927. Na „kolej bez szyn” (tak określano wtedy trolejbusy musieliśmy poczekać trochę dłużej.

Po wojnie jeździły po Gdyni angielskie „piętrusie”, trolejbusy stały się „okrętami flagowymi” komunikacyjnej floty, a Zarząd Komunikacji Miejskiej przy aprobacie dyrekcji i przychylności miejskich władz stał się wdzięczną przystanią wszelkich entuzjastów i ludzi z pomysłami, dla których znajdują ujście w – było, nie było – zakładzie pracy. To samo w sobie jeszcze dość rzadkie zjawisko.

2014-05-07_15-30_ZKM GDYNIA OnLine

(polecam zakładkę „historia”)

Równie mało spotykanym zjawiskiem jest zainteresowanie ze strony mieszkańców. Na organizowanych spotkaniach bywa więcej ludzi, niż można by się spodziewać po tak „przyziemnym” temacie. Historia, ale i nowe plany i perspektywy rozwoju widać interesują pasażerów na tyle, by przyjść, popatrzeć, pogadać, posłuchać.

Najnowsze dzieje gdyńskiego transportu to sukcesy w przerabianiu autobusów na trolejbusy. Operacja pozwala na poważne, bo sięgające 30% oszczędności kosztu zakupów nowych pojazdów. Jest atrakcyjna na tyle, że nasze zakłady sprzedają swój pomysł w ramach licencji do Niemiec, Włoch i Szwajcarii. Ten ostatni kierunek jest szczególnie ciekawy, bo kiedy przed wojną zastanawiano się nad wprowadzeniem trajtków na ulice miasta, zakupów chciano dokonywać  właśnie w Szwajcarii. Wyszło odwrotnie, ale nie narzekamy.

Wynalazki dosłownie sprzed chwili: trajtki ładujące w czasie jazdy akumulatory tak, że w razie wyłączenia prądu są w stanie jechać bez zasilania z pełnym obciążeniem jeszcze ok. 6 km. To zapewnia dowóz pasażerów do przystanku, gdzie mogą przesiąść się na inny rodzaj transportu. Drugi zrealizowany pomysł: trolejbus „oszczędnościowy”, który nie pobiera energii stojąc na przystanku, a jedynie w czasie jazdy. Niby mała rzecz, a okazuje się, że w skali roku są to miliony złotych.

I ostatnia informacja: po naszych ulicach jeżdżą pojazdy napędzane benzyną, ropą, gazem i elektrycznością. Ta różnorodność jest świadomie zaplanowana i ma być utrzymana w przyszłości.

Od 1996 roku (to pierwszy rok, w którym Gdynia zaczęła otrzymywać pieniądze z Unii Europejskiej – na 8 lat przed akcesją Polski) Zarząd Komunikacji Miejskiej przeprowadza systematyczne badania opinii mieszkańców na temat swojej działalności.

Chciałbym zapoznać czytelników z najnowszymi ich wynikami, bo wbrew pozornej lokalności, mogą być one pomocne w ocenianiu transportu publicznego w dowolnym miejscu na świecie na zasadzie analogii.

Ogólna ocena miejskiej komunikacji wystawiona jej przez mieszkańców to 4.27 w skali od 2 do 5. Mocna czwórka. Jak na skłonność polskiego społeczeństwa do narzekania, to bardzo dobry wynik. Ponieważ wyniki dwóch poprzednich badań także są powyżej 4,  nie jest to przypadek.

Ciekawe są szczegóły. Oceny mieszkańców poszczególnych dzielnic są mniej interesujące dla nietutejszych, bo trzeba znać specyfikę dzielnic i ich położenie. Natomiast interesujący jest fakt, że najlepiej oceniają miejska komunikację emeryci – 4, 37 a najgorzej uczniowie i studenci – 4,17. Z jednej strony ludzie mający wymagania ze względu na podeszły wiek, z drugiej młodzi mający wymagania ze względu na naturę młodości, która nie zadowala się dniem dzisiejszym (i dobrze).

98% ankietowanych uważa, że korzystanie z komunikacji miejskiej jest bezpieczne zawsze, lub prawie zawsze.

Kontrolerom biletów wystawiono ocenę 3,75 co nie jest złym wynikiem zważywszy, jak rodacy lubią wszelakie kontrole. Najlepiej oceniają ich ci, którzy są często kontrolowani. Osobiście nie spotkałem się z chamską, niegrzeczną kontrolą, a od czasu jak wśród kanarów pojawiły się miłe panienki, jestem gotów do kontroli każdego dnia i na każdej trasie!

Dygresja: byłem świadkiem kapitalnej sceny. Kiedy wprowadzono możliwość zakupu biletu przez komórkę na początku bywały kłopoty. Pani jadąca koło mnie dokonała zakupu, a po chwili do trajtka weszła grupa kontrolerów. Pani podała chłopakowi komórkę mówiąc, że nie jest pewna czy wszystko zrobiła dobrze. Chłopak z miłym uśmiechem odparł, że on też nie jest pewny czy potrafi  to dobrze odczytać. Usiedli obok siebie i zatopili się w kombinacjach  przy telefonie. Po jakimś czasie od strony ich siedzenia rozległy się dwa gromkie okrzyki.

-Jeeeest! W porządku! – to krzyczał kontroler.

-Boże! Przystanek temu miałam wysiąść! – to pasażerka.

Z komunikacji miejskiej częściej korzystają kobiety – 59, 2% co i nie dziwota, gdyś statystycznie jest ich w Polsce więcej.  Podobnie jest z dominującą grupą wiekową (31-40 lat) – 20,7% i drugą niewiele ustępującą (51-60) – 19,2%

Zwiększył się w ostatnich latach udział samochodów w przemieszczaniu się po mieście. Obraz „polskiej biedy” to 0,87 samochodu na statystyczne gospodarstwo domowe w Gdyni. Są poważne różnice między dzielnicami. Chwarzno Wiczlino (głównie domki i nowa deweloperka) – 94,1 % gospodarstw posiada co najmniej jedno auto. Na drugim biegunie Witomino (klasyczne blokowisko) – 53,5%

Pracownia przeprowadzająca badania pytała również o oczekiwania pasażerów.

Nowych linii trolejbusowych oczekuje 17% badanych, 10% opowiada się za zastępowaniem linii autobusowych trolejbusowymi, 63% uważa, że obecna proporcja między autobusami a trolejbusami powinna zostać zachowana.

Na ulicach coraz więcej rowerów. Korzysta z nich 64% ankietowanych. Na razie jednak głównie w celach rekreacyjnych. Do szkoły lub do pracy dojeżdża rowerem tylko 3% badanych (w tym jeden wiceprezydent miasta).

Za to coraz więcej osób przesiada się do pojazdów komunikacji miejskiej dojeżdżając do pracy (także dwóch wiceprezydentów) co do pewnego stopnia jest wynikiem świadomości ekologicznej od lat wpajanej mieszkańcom, ale także coraz większym tłokiem na ulicach miasta.

Na koniec moja osobista przygoda. Postanowiłem zorganizować wycieczkę w teren dla grupy seniorów z Domu Opieki. Są to osoby bardzo wiekowe, często po 90tce (z „moją najstarszą” 97 letnią słuchaczką), fizycznie już mało sprawne, kilka osób na wózkach, kilka z balkonikami, osoba niewidoma  itd. Niektórzy od lat nie opuszczali swego miejsca zamieszkania.

Pierwszy problem był łatwy do rozwiązania. Nasze  Solarisy i Mercedesy są przystosowane do przewozu takich osób. „Przyklęk” autobusu czy trajtka pozwala na samodzielne wjechanie do pojazdu osoby niepełnosprawnej.

Z drugim problemem było gorzej. Nie miałem pieniędzy na wynajęcie wozu. Zaczepiłem kiedyś kierowcę autobusu pytając, jak i gdzie mam uderzyć, by załatwić sprawę.

Dał mi namiary wraz ze wskazówkami jak rozmawiać z szefem, jakich argumentów używać, co on lubi a czego nie oraz… zaoferował swą pomoc jako ew. kierowca w planowanej wyprawie. Za darmo, obcy człowiek, pierwszy raz mnie widział na oczy.

No i niech mnie teraz jakiś ankieter zapyta o naszą komunikację!

Oczywiście, może ktoś powiedzieć, że nie jestem obiektywny. No bo nie jestem.

Trudno jednak wyzuć się z emocji, kiedy na dorocznych spotkaniach organizowanych przez ZKM słyszy się jak pasażerowie „poprawiają” autobusy zarzucając fachowców pomysłami,  a inżynierowie i mechanicy z warsztatów nie uśmiechają się z wyższością, tylko na bieżąco „ogarniają temat” dyskutując czy nie dałoby się go wykorzystać. Kiedy byłem tam pierwszy raz doznałem lekkiego szoku widząc, że warsztaty składają się z gromady zapaleńców, którzy nieustannie kombinują „co by tu”. Pietyzm (to nie przesada) z jakim traktują zabytkowe trajtki, które w sezonie turystycznym są wypuszczane na miasto rozbroił mnie kompletnie.

Wbrew pozorom, powyższy tekst nie jest peanem na cześć komunikacji gdyńskiej. Jest refleksją na temat tego, jak daleko można zajść, kiedy ludzie uświadomią sobie, że w gruncie rzeczy ich cel jest wspólny.

Bo przecież jest.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

14 komentarzy

  1. cheronea 2014-05-07
  2. Jan Cipiur 2014-05-07
  3. Jerzy Łukaszewski 2014-05-07
  4. Jerzy Łukaszewski 2014-05-07
  5. Jan Cipiur 2014-05-08
    • A. Goryński 2014-05-08
  6. Jerzy Łukaszewski 2014-05-08
  7. Jerzy Łukaszewski 2014-05-08
  8. A. Goryński 2014-05-08
  9. Jerzy Łukaszewski 2014-05-08
  10. Jerzy Łukaszewski 2014-05-08
  11. Jerzy Łukaszewski 2014-05-08
  12. A. Goryński 2014-05-08
  13. Marek Twardowski 2014-05-11
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com