Marian Marzyński: Manufaktura zabija twórcę

marzynski 32014-05-12.

Chodzi o twórcę filmowego, któremu manufaktura obcina skrzydła. W filmie fabularnym, gdzie jeden obraz kopiuje drugi, a widzowie chodzą „na aktorów”, niezależnie od chał w jakich ci występują, coś od czasu do czasu się udaje, bo fabuła z definicji służy powielaniu ludzkich stereotypów. W filmie dokumentalnym prowadzi to do klapy.

Jestem z pokolenia polskich filmowców, wyrastających w latach 60. Były to czasy i koszmarne i wspaniałe, kombinacja zupełnie nieznana moim dzieciom i wnukom. Wspaniałość polegała na tym, że pod wodzą bezpartyjnego Jerzego Bossaka, (który w Dywizji Kościuszkowskiej grupę filmową zakładał, a potem z czerwonymi do „wolnej” Polski wkroczył – sam talent na to stanowisko by go nie wyniósł) – “stajnia” 20-30 polskich dokumentalistów, do której należałem, robiła filmy za rządowe pieniądze i na ogół… wbrew polityce partii.

Film dokumentalny (nie mylić z „reality television”, która natchnienie czerpie z reklamy i prymitywnej fabuły filmowej), jest ze swojej natury autorski, zasadza się na obserwacji życia ludzkiego przez dwóch twórców: realizatora i operatora filmowego. „Scenariusz” takiego filmu służy wyłącznie do wkładania kitu sponsorom i księgowym; gdyby gotowe filmy rzeczywiście tak wyglądały, same byłyby do kitu.

W moich wspaniałych czasach Bossak, jego księgowi i my – twórcy byliśmy w zmowie przeciw naszemu sponsorowi (Polska Zjednoczona Partia Robotnicza), który albo myślał, albo udawał, że płaci za filmy propagujące socjalizm, a my, wrażliwi na los człowieka, często przy użyciu gorzkiej ironii, dokumentowaliśmy czasy, w jakich żyło się pod socjalizmem: raz lepiej, raz gorzej, ale przeważnie fatalnie i głupio. Kropla za kroplą, filmy te zmieniały świadomość Polaków. 10 lat później „Solidarność” zrodziła się z ich echa.

Dosyć rzewności, przechodzę do czasów dzisiejszych. Wchodzący „w życie”, pozbawiony scenariusza, filmowiec-dokumentalista musi mieć, jak żołnierz (tak było w WFD), zapewniony „wikt i opierunek”; w tłumaczeniu: w miarę nieograniczony, choć pod czyjąś kontrolą twórczą, najlepiej człowieka wyposażonego w filmowy talent), dostęp do sprzętu i pieniądze dla ekipy i na podróże, proporcjonalne do wielkości zamierzenia. Prawdziwym „scenariuszem” filmu dokumentalnego jest plan zdjęć.

W systemie manufaktury, którym szczycą się polskie telewizje i Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, dokumentalista udaje, że robi fabułę, choć pieniędzy dostaje znacznie mniej, kreci szybko – aż uda mu się coś sklecić, a zaoszczędzone pieniądze wydaje na własne i rodziny utrzymanie.

Jeżeli ktoś doczyta do tego miejsca i zapyta co należy w tej sytuacji zrobić, odpowiem mu: nic. W małym kraju, jak Polska, zawładniętym przez „reality television” na skalę Ameryki (w której pozostaje jeszcze sporo miejsca na inne rzeczy), film dokumentalny będzie dalej kręcił się wokół celebrytów, siłowego wyciskania łez, gołej dupy, wymanipulowanego manipulatora i typowo polskiego „pan wiesz, a ja rozumiem”.

Marian Marzyński

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 2014-05-12
    • A. Goryński 2014-05-13
      • A. Goryński 2014-05-13
  2. sugadaddy 2014-05-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com