Marcin Makowiecki: Między sensem a nonsensem

2012-05-15. Od dawna wiadomo, że sprawa GMO jest wykorzystywana politycznie. Poczynając od osławionego „lex Chróścikowski” (od nazwiska senatora PiS), zakazującego importu i stosowania GMO w produkcji rolno-żywnościowej, aż po coraz liczniejsze obecnie manifestacje i inne akcje propagandowe prowadzone przez przeciwników biotechnologii. Podsycają one w ten sposób niepokoje konsumentów.

Organizatorzy tych kampanii powołują się często na opinię społeczną. Tymczasem badania socjologiczne wykazują, że połowa społeczeństwa w ogóle nie zna terminu GMO. A ci, którzy go znają w ¾ wiedzą niewiele lub prawie nic na ten temat. Wiedza o biotechnologii jest w naszym społeczeństwie znikoma i mało się robi, aby ją pogłębić. Toteż łatwo, wbrew oczywistym faktom, wmawiać społeczeństwu, że wykorzystywanie biotechnologii, zwłaszcza w produkcji rolniczej i żywnościowej, to ogromne zagrożenie dla zdrowia ludzi i zwierząt oraz  środowiska. No i przede wszystkim interes wielkich koncernów produkujących nasiona i środki chemiczne.

Kampanię przeciw GMO prowadzą organizacje ekologiczne, a sprzyjają jej niektórzy ważni politycy, a nawet instytucje państwowe. Niedawno „Polityka” (nr 15/ 2012 r.) ujawniła, że jedna z fundacji walczących z GMO otrzymała na swoją działalność 490 tys. zł ze środków publicznych, z Funduszu dla Organizacji Pozarządowych. Jeśli tak się rzeczy mają (a miejmy nadzieję, że sprawa ta zostanie rzetelnie zbadana), to trudno oprzeć się wrażeniu, że nie o dobro społeczne tu chodzi, ale o wykorzystanie sposobności, aby na takich kampaniach dezinformacji dobrze zarobić.

Myślę, że trzeba powiedzieć otwarcie: są środowiska, organizacje i osoby publiczne inicjujące i prowadzące akcje, które mogą mieć bardzo negatywne skutki gospodarcze i społeczne, zahamować postęp naukowy i innowacyjność w produkcji żywności. I ich głos jest bardzo donośny. Dobrze więc się stało, że wreszcie zaczynają głośniej mówić naukowcy. Taką możliwość stworzyło niedawno Ministerstwo Rolnictwa, organizując w Sejmie (3 kwietnia) konferencję „GMO w rolnictwie i produkcji żywności – szanse czy zagrożenia genetycznej modyfikacji roślin i zwierząt”. Przysłuchiwałem się tej konferencji i dochodzę do wniosku, że koniecznie trzeba szerzej upowszechnić wiedzę o GMO, ale też znaleźć sposób na przeciwdziałanie dezinformacji i szerzeniu naukowej szarlatanerii. A parlamentarzystom, którzy niedługo będą podejmować decyzje o nowelizacji obowiązującej obecnie ustawy, także trzeba dostarczyć rzeczowych argumentów.

Jedną z kluczowych u nas kwestii – stosunku Kościoła katolickiego do wykorzystania biotechnologii w produkcji rolno-żywnościowej – podjął ks. prof. Wojciech Boloz z UKSW. Powołał się na opinię 40 uczonych Papieskiej Akademii Nauk, którzy podczas debaty w 2009 r. doszli do wniosku, że inżynieria genetyczna może korzystnie wpłynąć na wydajność produkcji rolnej – przez poprawę plonów, wyhodowanie odmian odpornych na suszę i szkodniki oraz zmniejszenie zużycia pestycydów. Świat stoi przed koniecznością wyżywienia w niedalekiej przyszłości 9 miliardów ludzi. Istnieje więc moralny nakaz stosowania GMO w produkcji żywności, ale równocześnie należy monitorować skutki tej metody. Zwłaszcza że są także inne opinie i obawy. Nie ma wprawdzie – zdaniem uczonych z akademii – podstaw do stwierdzenia, że rośliny GMO mogą być niebezpieczne, ale są wątpliwości, które należy rozstrzygać w uczciwej dyskusji naukowej. Ks. Boloz powiedział jeszcze, że wnioski Papieskiej Akademii Nauk nie są oficjalnym stanowiskiem Watykanu, ale opiniami uczonych.

O negatywnych skutkach wykorzystania GMO w rolnictwie mówiła prof. Katarzyna Lisowska z Instytutu Onkologii w Gliwicach. Jej zdaniem, uwikłanie się Polski w uprawy GMO jest sprzeczne z interesem społeczno-gospodarczym. Prawo zezwala na wprowadzenie zakazu na terenie całego kraju. Ponadto, zamiast importować pasze z GMO należałoby rozwijać krajową produkcję i wspierać finansowo naszych rolników.

W podobnym tonie wypowiadał się prof. Ludwik Tomiałojć z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. – Po co nam obce ziarno? – pytał. Nasze rolnictwo opiera się na rodzimej produkcji. Produkcja ekologiczna to polska specjalizacja w UE. Stosowanie GMO oznaczałoby katastrofę dla wielu wiejskich rodzin. Trzeba tym zainteresować NIK.

Z poglądami tymi polemizował prof. Andrzej Kowalski, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej: – Jako ekonomista nie będę wypowiadał się na temat leczenia nowotworów. Natomiast wszystkie dane ekonomiczne wykazują, że zaniechanie importu pasz oraz w przyszłości uprawy roślin GMO doprowadziłoby do bankructwa gospodarstw rolnych, zakładów przemysłu spożywczego, podwyżki cen żywności i utraty rynków zagranicznych, gdzie sprzedajemy nasze artykuły spożywcze. Dla konsumentów oznaczałoby to znaczną podwyżkę kosztów utrzymania. Czy tego chcemy?

Wprowadzanie nowych metod produkcji w rolnictwie – proces trwający od wieków – jest niezbędne, aby wyżywić ludzkość – uważa prof. Janusz Zimny z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin. Od kilkunastu lat uprawy GMO rozwijają się intensywnie – dziś to już 160 mln ha w 27 krajach. Wraz z tym pojawiają się jednak problemy w obszarze zdrowia i prawodawstwa. Obowiązuje nas zasada przezorności, co m.in. oznacza, że przypadek każdej rośliny należy traktować osobno i stosować środki ostrożności adekwatne do zagrożeń. To, co zostało ocenione jako bezpieczne w wyniku szczegółowych badań, powinno być dozwolone. Nie można w ogóle zakazać upraw GMO, bo to tak, jakby np. zadekretować, że grzyby są trujące. Nagłaśniane u nas obawy o negatywne skutki uprawy roślin genetycznie zmodyfikowanych są wyolbrzymione. Potwierdzają to badania prowadzone przez IHAR. Nie można z powodu różnych protestów zatrzymać dopływu do naszego rolnictwa innowacyjnych produktów, które pojawiają się na rynku. Trzeba także  pamiętać, że wprowadzane u nas przepisy nie mogą naruszać fundamentalnego prawa UE o swobodnym przepływie towarów.

Prowadzone w szerokim zakresie badania, o których mówił prof. Sylwester Świątkiewicz z Instytutu Zootechniki, wykazały, że pasze z kukurydzy i soi odmian genetycznie modyfikowanych nie stwarzają jakiegokolwiek ryzyka w żywieniu zwierząt. Toteż przeważają argumenty za ich stosowaniem, a zwłaszcza rachunek ekonomiczny. To jest zresztą chyba główny powód, że żaden kraj europejski (z wyjątkiem Polski) nie wpisał do swojego prawa bezwzględnego zakazu GMO.

Prof. Piotr Węgleński, biolog genetyk z Uniwersytetu Warszawskiego, przypomniał, że 36 lat temu na konferencji w Asilomar genetycy i lekarze z całego świata rozważali, jakie korzyści i zagrożenia może przynieść rozwój inżynierii genetycznej. I jakie należy zachować środki ostrożności. Opracowane wówczas zasady bezpieczeństwa obowiązują dotychczas i są stosowane. Osiągnięcia naukowe w produkcji leków i w rolnictwie są powszechnie znane. Wiadomo, że potencjalne korzyści są znacznie większe niż ewentualne zagrożenia. Tylko w Polsce tak donośne są głosy sprzeciwu. Dodajmy, że również w sferze prawa Polska uchybiła zobowiązaniom unijnym.

Co będzie dalej? Wiele zależy od tego czy – i  jaką – rząd i parlament podejmą decyzję, o co apelował Adam Tański, były minister rolnictwa, dziś reprezentujący środowisko producentów zbóż i pasz. – Jak długo możemy stać w rozkroku między sensem a bezsensem – pytał. Nie stać nas na to.

PS Po zamknięciu bieżącego wydania NŻG odbyła się (26 kwietnia) konferencja zorganizowana przez Polską Akademię Nauk pt. „GMO szansą polskiej biogospodarki”. Relację zamieścimy niebawem.

Marcin Makowiecki

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. elkaem 2012-05-15
  2. Dominik 2012-05-15
  3. andrzej Pokonos 2012-05-17
  4. andrzej Pokonos 2012-05-17
    • elkaem 2012-05-17
      • Jarmand 2012-05-17
        • elkaem 2012-05-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com