Marek Przybylik: Dzień targowy. Tak się kończył PRL

przybylik2014-05-29.

„Sławku! Zobacz jak nam się udało” – wpisał się Marek, dając mi swoją nową książkę, wybór jego kultowych felietonów – komentarzy rynkowych, którymi w latach 80. zaczytywałem się w „Życiu Warszawy”.

Warto do niej sięgnąć i gorąco ją polecam: starszym – ku pokrzepieniu serc (bo w końcu, co by nie mówić – wszystko to, to nasze dzieło), a młodszym, którzy właśnie wtedy przyszli na świat, aby mieli skalę porównawczą z czasami, gdy – jak pisze Przybylik – telefony miały tarczę, woda była w syfonie, a w roli Google’a występował zwyczajny kalendarzyk.

Sławomir Popowski

We wstępie, zatytułowanym  „Pionierzy wolnego rynku”, Marek Przybylik pisze:

Na straganie w dzień targowy było wówczas inaczej niż u Brzechwy. W każdym razie w Grójcu. Tu w początkach lat 80. zacząłem obserwować konfrontację starego z nowym. Targowisko w Grójcu odwiedziłem jesienią 1980 r., by napisać pierwszy Dzień Targowy. Gdy sklepy uspołecznionego aparatu handlu wspomaganego paroma ministerstwami, Komisją Planowania oraz Państwową, Komisją Cen coraz jaśniej świeciły pustkami – na bazarach, targach i jarmarkach było jeszcze mięso, jaja oraz ceny wolne jak ptacy niebiescy. Gdybym to ja wtedy wiedział, że tydzień po tygodniu, przez ponad dziesięć lat, śledząc niezależne bazarowe życie codzienne, będę nieświadomie pisał kronikę chylącego się do nieuniknionego końca przemądrzałego systemu… A było tak.

W kwietniu 1982 r. zamieściłem optymistyczną wiadomość: ,,Zadziałał w końcu mechanizm cenowy, na razie tylko w handlu jajami, ale lepsze to niż nic”. Mieliśmy więc z czego się cieszyć. Tym bardziej, że rozwijał się też przemysł drobny, zastępując przemysł tradycyjny: ,,Mieczysław Nurzyński z Nurzyny pod Łukowem jest kowalem i sprzedaje siekiery oraz drobne narzędzia ogrodnicze. Ceny wysokie, ale można było kupić sam trzonek. Pan Nurzyński wykuwa własnoręcznie, bo o pracowników trudno, siekiery z szyn kolejowych. Narzędzia robi z resorów. Wszystko ze złomu. Wideł nie robi, bo nie ma z czego”.

Kwiecień 1983 r. przyniósł niebywały spadek cen jabłek, niemal trzykrotny, ale był to wyjątek. Reszta zdrożała. Jedni dbali o stół, inni bazarowe hossy i bessy mieli w pogardzie, zabiegając o sprawy wyższe. ,,Jeżeli twoja twarz jest odbiciem twojej osobowości, to zrób jej kopię, trwałą, jak dawne pomniki, które przetrwają, wszystkich i wszystko. Przestrzenne kopie twarzy ze sztucznych kamieni wykonuje zakład uprawniony” – przeczytałem w tym samym roku ogłoszenie w Domu Literatów. Gdyby biedny ogłoszeniodawca przewidział, jak nietrwałe są pomniki, zwłaszcza te wiecznie żywe!

Prawdziwymi bohaterami Dni Targowych były jednak jaja, schab, kury oraz pietruszka we wszystkich postaciach. W roku 1986 zaryzykowano kolejny eksperyment wprowadzenia bazarowego handlu mięsem. Poprzednie a to groziły socjalizmowi, a to porządkowi publicznemu: ,,Zadziwiająco sprawnie przebiega eksperyment z bazarowym handlem mięsem. Przed rozpoczęciem tegoż eksperymentu nie brakowało niedowiarków, którzy podważali sens innowacji. Tymczasem stała się rzecz zadziwiająca. Ludzie kupują mięso!”.

Wielkanoc 1987 r. oznaczała ,,tradycyjną ścieżkę zdrowia, ogólnokrajowe zawody dla zawodników obu płci i wszelkiego wieku. Trasa jak zawsze ciekawa i trudna. Od sklepu do sklepu, od okazji do okazji, od kolejki do kolejki. Sporo na niej odcinków specjalnych, wymagających dobrego przygotowania kondycyjnego, psychicznego i intelektualnego. Liczyć siębędzie efekt końcowy. Ten na stole i w portfelu. Sztuką jest bowiem kupienie, ale jeszcze większą – kupno po cenie umiarkowanej”.

Do dziwów ówczesnych lat należeli pionierzy wolnego rynku: ,,Szczęśliwcy znajdą jedyny w Warszawie sklep, w którym sprzedaje się bezkartkowe wędliny. Prowadzi go stworzony przez przepisy masarzo-chłopo-kupiec. Utuczył on sam, sam przerobił i sprzedaje samodzielnie 200 świń. Przepisy zabraniają kontaktów chłopa z masarzem, a masarza z handlowcem, tworząc takie dziwaczne hybrydy”.

Wiosna 1989 r.: ,,Na rynku jajczarskim pełne zamieszanie. Kury bezwzględnie niosą, robiąc wbrew swym mocodawcom. Pod Halą Mirowską dostawcy sprzedawali jaja, z desperacją wyznaczając ceny – tak niskich już dawno nie było. Jajo kosztowało tyle, co zwyczajny bilet autobusowy”.

Wiosnę 1990 r. mieliśmy już porewolucyjną. Nowe czasy, nowe ceny, nowe pieniądze. Ze wszystkich wolności, jakie zostały dane, lud najbardziej entuzjastycznie i masowo wybierał wolność kupowania tego, co chce, gdzie chce i po cenach, które można znieść. Cały naród zaopatrywał stolicę. Spadały ceny, wydawałoby się nie do spadnięcia. Na ulicach można było kupić wszystko: ananasy w puszkach, akumulatory, dywan, lodówkę, łeb świński, sygnet z tombaku i sedes. W ten sposób krok po kroku, rok po roku doszliśmy do wymarzonej stabilizacji. Do czasów, w których kwestia jaj, schabowego, karpi i baranów nikogo już nie ekscytowała, gdyż akurat w tej dziedzinie zapanowała błogosławiona nuda…

Na zakończenie jeszcze więc opinia Stanisława Tyma, zamieszczona na okładce książki:Dobrze pamiętam, jak pięknie zdychał realny socjalizm… A jednak dziś, gdy czytam podszyte subtelną ironią i chirurgicznie precyzyjne zapiski Marka Przybylika, chwytam się za swój łysy łeb. To o nas? Tak. O 40 latach naszego życia i o tym, że w 1989 r. naprawdę nam się udało. Czytajcie! Nawet do poduszki, tylko że wtedy nie zaśniecie”.

Sławomir Popowski, Marek Przybylik

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Magog 2014-05-29
  2. Jerzy Łukaszewski 2014-05-31
  3. Marek Popiel 2014-06-03
  4. A.K-B 2014-06-03
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com