Joanna Wójcik: DPS w Kaniem – tu czas się zatrzymał

2014-06-03. Z prawdziwą satysfakcją rozpoczynamy publikację prac nagrodzonych konkursowyvh z VII Ogólnopolskiego Zlotu Miłośników Twórczości Ryszarda Kapuścińskiego „ Kapumaniacy” , Pawłów 2014. 

Zaczynamy od pracy zwycięskiej; kolejne niebawem.

Redakcja

I NAGRODAkapuscinski

Dom Pomocy Społecznej w Kaniem to mały pałacyk o jasnobrzoskwiniowych ścianach, na których znajdują się białe zdobienia. Dach budynku jest szaroniebieski (stalowy, ale jasny). Pałacyk otacza obszerny trawnik, obfitujący we wszelkiego rodzaju drzewka i krzewy. W wystroju wnętrza przeważają motywy drewniane. Niemalże wszystkie podłogi są tu wyłożone panelami, a drewniane schody dopełniają całości, sprawiając, że dom wydaje się być jeszcze bardziej przytulny. Ściany w pokojach podopiecznych, które często zdobią religijne obrazki, pomalowane są na pogodny, żółty kolor. Duże okna dostarczają pomieszczeniom sporo światła, przez co budynek zdaje się być bardziej przestronny. Aby dostać się do DPS-u, należy skręcić w kamienną uliczkę, prowadzącą do parku w Kaniem. Idąc dróżką wytyczoną przez dwa rzędy świerków, łatwo dotrzemy do celu.

BIP: Dom Pomocy Społecznej w Kaniem przeznaczony jest dla osób dorosłych niepełnosprawnych intelektualnie – dysponuje 48 miejscami. (…)Dom jest placówką pomocy społecznej stałego pobytu. Świadczy na rzecz mieszkańców usługi w zakresie potrzeb bytowych, opiekuńcze i wspomagające, zgodnie z obowiązującym standardem oraz z uwzględnieniem indywidualnych potrzeb i możliwości psychofizycznych poszczególnych mieszkańców Domu. Opieka sprawowana jest całodobowo.

Jedyne, co się zmienia, to pory roku

Dla wielu ludzi zapomniane miejsce w głębi parku. Mieszka tu prawie pięćdziesiąt kobiet i dwóch mężczyzn. I choć od ich pierwszego spotkania z tą placówką minęło wiele lat, to czas nie potraktował ich surowo. Przez szklane ekrany telewizorów widzieli, jak zmienia się świat, ale nie to miejsce. Pracownicy przychodzili i odchodzili, a oni zostawali. Jedyne, co się zmieniało to pory roku: nadchodziła zima, po niej wiosna, lato, jesień.

Nie ma nic do roboty

Anna: Jestem tu długo. Kiedyś było lepiej. Mogłam wychodzić do ludzi. Rozmawiać z nimi. Teraz tak nie ma. Zmieniło się dyrektorstwo. Bardziej nas pilnują. Były też siostry, ale już ich nie ma. Niektórzy z nas pomagają w sadzeniu ogródka. Ja? Ja, nie. Co robię? Codziennie chodzę do kościoła. Dlaczego? Bo nie mam nic innego do roboty. Mamy też zajęcia z paniami, które przyjeżdżają. Później idę na dwór, jak nie pada. Zapalę papierosa. Dają nam kilka papierosów na dzień. Ale co to jest?

Helena: Mieszkam tu już prawie 40 lat. Pochodzę z Hrubieszowa. Co robię tutaj? Pomagam na plebanii. Karmię kury. Chodzę do kościoła. Czasami opiekunki biorą nas na spacer. Bardzo lubię te spacery.

Jerzy: Jestem jednym z dwóch mieszkających tu mężczyzn. Przyjęli mnie tutaj ze względu na moją mamę. Ona też tu była. Codziennie rano służę do mszy. Niedawno nawet obchodziłem swój okrągły jubileusz tej posługi. Mam też swój pokój. Jest w nim pełno obrazków ze świętymi. Interesuję się też moim patronem i często się do niego modlę. Czasami pomagam przy drobnych pracach przy kościele. Lubię takie zajęcia, bo wtedy czuję się potrzebny.

Zofia: 9 lat będzie w październiku jak tutaj jestem. Lubię wyszywać. Kwiaty teraz wyszywam. Rysować też lubię i czytać.

Jak wygląda zwykły dzień?

Rano jest śniadanie. Niektórzypodopiecznych codziennie chodzą do kościoła. O godzinie 9 odbywa się parzenie kawy, herbaty. Wszyscy chodzą na stołówkę i mają tam poczęstunek (ciasteczko). Potem są jakieś zajęcia, np. prace w ogrodzie, prace porządkowe, zajęcia świetlicowe. 0 10.30 drugie śniadanie, a następnie do obiadu czas wolny, chyba że organizowane są jakieś zajęcia. Podopieczni wychodzą na spacer, do ogrodu lub świetlicy. O godzinie 13 jest obiad, a po nim czas wolny: oglądanie telewizji, przeglądanie czasopism lub sen. O 15 jest znowu herbatka. Przed kolacją o 18 odbywają się toalety wieczorne, a po posiłku mieszkańcy przebywają w swoich pokojach, oglądają telewizję w świetlicy bądź spędzają czas na rozmowach indywidualnych.

W Stanach było fajnie, w Rosji mieliśmy wszystko swoje

Zanim trafili do DPS-u w Kaniem, przebywali w różnych placówkach opiekuńczych, najczęściej w domach dziecka. Choroba powodowała, że rodzice nie chcieli lub nie byli w stanie się nimi opiekować. Ich losy niejednokrotnie były związane z historią naszego narodu.

Maria jako dziecko emigrowała z ojczyzny w ślad za aresztowanym ojcem, Zofia wyjechała z Polski do Stanów w poszukiwaniu lepszego życia.

Maria: Mama pracowała w kopalni, a tata był w wojskowości. W więzieniu też był. Umarł w lipcu 1958 roku. Jak miałam 9 lat zachorowałam na zapalenie opon mózgowych. Byłam w domu dziecka. Przyjechałam do Polski jak miałam 11 lat i poszłam do domu dziecka, bo mama była chora. Z Rosji przyjechałam pociągiem. Nocowaliśmy w Lublinie. Mieliśmy własny dom. Mieszkaliśmy we Włodzimierzu. Mama kupiła ten dom, bo pojechała za ojcem.

Jak byłam mała, do przedszkola chodziłam, tam zachorowałam, potem tam byłam w domu dziecka. Chodziłam tam do szkoły. Było tam dobrze. Urodziłam się 18 grudnia 1946 roku. 48 lat już teraz będzie jak tu jestem. W Rosji mieliśmy wszystko tak jak tutaj: wiśnie, kartofle… Do Polski ściągnęła nas ciotka. Ja nawet ojca nie widziałam na oczy. Nawet nie wiem, jak wyglądał. Chciałabym go poznać, ale gdzie go znajdę? On jest teraz pochowany w Rosji. Ja byłam naprzód w Lublinie w domu dziecka. Później chodziłam do szkoły. Byłam w Domu Pomocy Społecznej w Matczynie jak miałam 13 lat. Po 5 latach musiałam się przenieść tutaj. DPS w Kaniem przyjmuje tylko ludzi od 18. roku życia.

Zofia: Jak miałam 13 lat wyjechałam do Stanów. Mieszkałam tam 3 lata. W New Jersey. Chodziłam tam do szkoły, do 7 i 8 klasy podstawówki i rok do zawodówki. Dwa lata kończyłam zawodówkę tutaj. Jak wróciłam. W Chełmie na Lwowskiej. Krawiecka szkoła tam była i uczyli nas też gotować. Moi adoptowani rodzice i rodzeni nie żyją. Mam troje dzieci swoich mam: dwie córki i syna. Najmłodsza ma 17 lat. Mieszka w rodzinie zastępczej za Hrubieszowem. Do Stanów ściągnął mnie mojego ojca brat rodzony. Adoptował mnie. Ten dom w Arizonie stryjenka sprzedała, gdzie ja mieszkałam. Wiza, paszport wszystko było zrobione i mnie zabrała. Nie płakałam, nie tęskniłam za ojcem. Jak wróciłam szukał mnie ojciec na Okęciu. Nie poznał mnie z walizkami. Później matka adoptowana nie chciała mnie już wziąć do Ameryki. Podobało mi się w Stanach. Tam fajnie było. Stryjek nieboszczyk elektrykiem był. Stryjenka nieboszczka bardzo papierosy paliła i guza miała w środku i zabiło ją to gówno. To już 30 lat jak tu przyjechałam.

Święta to wielkie przeżycie

Opiekunka: Maria zazwyczaj jest zabierana do domu na święta, do siostry, do Hrubieszowa. Zofia jak wielu innych zostaje w domu. Święta to w ogóle wielkie przeżycie. Są one zawsze bardzo uroczyste. Robimy dekoracje. Zawsze dom jest udekorowany świątecznie jakimiś tam ozdobami. Jeżeli chodzi o posiłek, to zawsze jest przy białym obrusie, ze stroikami przy stołach. Przed posiłkiem składamy sobie życzenia. Jeżeli to jest Boże Narodzenie, to przed świętami organizuje się spotkanie opłatkowe dla podopiecznych. Ksiądz przychodzi, odprawia mszę. Po mszy każdy dostaje opłatek. Wszyscy sobie składają życzenia. Jeśli chodzi o Wielkanoc, to tak samo się u nas odbywa: w sobotę po święceniu pokarmów przychodzi ksiądz, dziewczyny malują jajka, pieką na terapii zajęciowej ciasta, baby drożdżowe. Tak się przygotowujemy. Właśnie terapia zajęciowa tak współpracuje i pomaga, żeby nie zabrakło żadnego elementu świątecznego. No a potem, jeżeli chodzi o same posiłki, to też staramy się, żeby były uroczyście. Dziewczyny się bardzo szykują. Opiekunki pomagają im się uroczyścieodświętnie ubrać. Nadaje się rzeczywiście taki charakter święta. No i zawsze, tak jak w domu, to one też mają i dużo ciasta, owoców, jakieś skromne prezenciki.

Opiekunka: Czy sprawiają problemy? Nie ma żadnych problemów. Maria ( ta z Rosji) jest bardzo zżyta ze środowiskiem. Ma swoje stałe prace. Wiesz, ona jest już tu 48 lat i to miejsce traktuje naprawdę jak dom.

Niedługo pojadę do miasta

– Piętnastego mam imieniny. Będzie impreza. Takie święto jest tylko raz do roku. Za kilka dni pojadę do miasta zrobić zakupy. Muszę sobie kupić zegar (tu podciąga rękaw i spogląda na zegarek). Ten cały czas staje, a po co mi taki?

Niedługo pojadę do miasta i kupię sobie kurtkę. Chcę, żeby była na guziki.

A ja? Ja tęsknię za rodziną. Chciałabym ją częściej widywać.

O czym marzę? Ja mam marzenie tylko pojechać do domu.

O czym marzysz?

Kiedyś chciałam mieć ładny dom…

– O czym marzę? (cisza) A o czym mam marzyć? Nie ma nic takiego.

Dla jednych cicha przystań, dla drugich smutna konieczność. Dzień podobny do dnia, miesiąc do miesiąca. Dla nich czas się zatrzymał. Marzenia? Te również są na miarę okoliczności. Zegarek. Kurtka. Jest jednak coś, co stale towarzyszy podopiecznym DPS-u w Kaniem. Jest to tęsknota za bliskimi. W każdej wypowiedzi pojawiają się słowa o rodzinie: dobrej, kochającej, która zaprasza do siebie i sama odwiedza. I rzeczywiście czasem tak bywa, ale bywa też zupełnie inaczej. Nikt jednak nie skarży się na matkę, która nie chciała zająć się chorym dzieckiem, ani na stryjenkę, która nie zabrała do Ameryki, gdy dowiedziała się o ciąży. Córka, która nie chce odpisać na list matki, jest przez nią rozgrzeszona. Rodzina jest potęgą, jest skałą, na której opiera się życie podopiecznych. I to również jest stałe.

Imiona podopiecznych zostały zmienione.

Joanna Wójcik, Zespół Szkół w Lisznie

 

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. Jerzy Łukaszewski 2014-06-03
  2. Sauelios 2014-06-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com