Andrzej Lubowski: Facebook na ratunek

2012-05-22. Lawina nowych multimilionerów pomoże łatać deficyt Kalifornii. Tam gdzie nie dał rady kulturysta Arnold Schwarzenegger ani buddysta Jerry Brown, z odsieczą idzie Facebook.

Jeszcze całkiem niedawno Kalifornia kojarzyła się przede wszystkim ze słońcem i bogactwem. Długo szczyciła się jednym z najlepszych systemów edukacji. Woda i elektryczność były tu tak tanie, że władze niektórych miast nie zawracały sobie głowy instalowaniem liczników zużycia. I nagle, kilka lat temu, tej krainie mlekiem i miodem płynącej zajrzało w oczy widmo bankructwa. Wprawdzie w praktyce żaden stan Ameryki, w przeciwieństwie do miast, nie może formalnie zbankrutować, ale Kalifornii zabrakło pieniędzy na płacenie rachunków.  Jak to możliwe? Najkrócej rzecz biorąc, Kalifornia wpadła w pułapki własnej roboty, a zmiany wynikające z globalizacji dopełniły reszty.

W latach 1970, w wyniku gwałtownego napływu ludności spoza stanu ostro w górę poszły ceny domów, i w konsekwencji podatki od nieruchomości. Wyższe podatki najbardziej uderzyły w ludzi o stałych dochodach. Zwłaszcza emerytów zaczęły dręczyć obawy, czy będą w stanie pozostać w domach, które kupili kiedyś za sumy znacznie niższe niż zaktualizowana ich wycena. Te obawy zaowocowały, w wyniku referendum, poprawką do stanowej konstytucji. W myśl tej poprawki zwanej popularnie Prop. 13, dla celów podatkowych wartość nieruchomości do czasu zmiany właściciela jest szacowana na poziomie wartości rynkowej z 1975 r. podnoszonej o stopę inflacji, ale nie więcej niż o 2 proc. rocznie. Co więcej, w myśl Prop. 13 żadnego podatku stanowego nie można podnieść bez 2/3 głosów w obu izbach parlamentu. A w stanowym parlamencie Republikanie, sztandarowo przeciwni wyższym podatkom, mają zwykle odrobinę więcej niż 1/3 głosów.

Ponieważ podatek od nieruchomości to podstawowe źródło dochodów dla rządów lokalnych i główny środek finansowania szkolnictwa, zaczęły się cięcia wydatków. Ucierpiały biblioteki publiczne, straż pożarna, lokalna policja. Aby zapełnić dziurę w budżecie, miasta zaczęły podnosić podatki od sprzedaży detalicznej i zabiegać o przyciągnięcie na swe tereny wielkich centrów handlowych. Rządy lokalne stały się bardziej zależne od pomocy rządu stanowego, a ten z kolei od podatków dochodowych, a nie od nieruchmości.

Kolejnego samobója Kalifornia strzeliła sobie w 1994 roku, kiedy morderstwo dwunastoletniej dziewczynki w małym miasteczku na północ od San Francisco stało się bodźcem dla zmiany prawa. Dla każdego, kto popełnił zbrodnię, a ma na swym koncie dwa brutalne przestępstwa jest w góry wyznaczona kara: dożywocie. Formuła zastąpiła sędziowskie rozważania co stanowi brutalne przestępstwo: rabunek z bronią w ręku, kradzież kotleta w supermarkecie czy rozpalenie ogniska w lesie.? Największym beneficjentem nowego prawa okazał się związek zawodowy strażników więziennych, bo im dłuższe wyroki, tym więcej więźniów, bo mniej ich wychodzi; im więcej więźniów, tym więcej więzień; im więcej więzień, tym więcej strażników, im więcej strażników, tym więcej składek związkowych. I wreszcie, im więcej składek związkowych, tym więcej pieniędzy na lobbing. Więc przy okazji związek załatwia dla swoich nowe przywileje. Jakby tego było mało stan stopniowo rozdmuchał inne gałęzie sektora publicznego. Związki zawodowe pracowników tego sektora nabrały siły, aby forsować swe interesy bez oglądania się ani na efektywność, ani na możliwości finansowe stanu.

Wówczas na arenę wkroczył muskularny gość z ekranu, Arnold Schwarzenegger, tym razem w roli gubernatora. Jako twardy szeryf obiecał zaprowadzić fiskalny porządek i dać zniewieściałym, jak mówił, parlamentarzystom, zastrzyk testosteronu. Podbił serca, zawładnął umysłami, zachłysnął się własną popularnością i zgłosił pod publiczne referendum pomysły, które szły w kierunku, na który – sądził – dostał mandat. A więc kroić wydatki. I przegrał. Zostawił po sobie jeszcze głębszą dziurę w budżecie niż ta, jaką zastał.  I elektorat, który niezmiennie cierpi na schizofrenię – chce świadczeń, ale nie chce za nie płacić. Na miejsce kulturysty przyszedł buddysta – Jerry Brown, który wiele lat temu siedział już w fotelu gubernatora, więc znał ludzi, mechanizmy i wszystkie sztuczki. I właśnie się okazało, że wprawdzie deficyt jest dziś mniejszy niż za Terminatora, ale wciąż ogromny. W najbliższym roku fiskalnym sięgnie 16 miliardów dolarów.

Dziś edukacja kuleje, a dwucyfrowa stopa bezrobocia – 11 proc. – jest znacznie wyższa, niż przeciętna dla kraju. Średnia cena nieruchomości spadła o blisko połowę w ciągu pięciu lat – z 484 tys. dol. wiosną 2007 r. do 251 tys. w kwietniu 2012 r. I choć wydatki na więziennictwo rosły cztery razy szybciej niż całość wydatków stanowych, to opieka medyczna w więzieniach Kalifornii jest na poziomie krajów Trzeciego Świata, i z tego powodu w zeszłym roku Sąd Najwyższy USA nakazał Kalifornii wypuścić na wolność niemal jedną czwartą więźniów.  Koszty i tak rosną, bo więźniowie się starzeją i wymagają więcej opieki medycznej.

Podobnie jak z całej Ameryki, tak i z Kalifornii w ostatnim ćwierćwieczu odpływał przemysł. Między 1990 a 2012 r. zatrudnienie w przemyśle skurczyło się o 700 tysięcy, a jego udział w całości zatrudnienia poza rolnictwem spadł z 16 do 9 proc. Gwałtownie zmniejszyła się przewaga dochodowa Kalifornijczyków nad amerykańską przeciętną. Dochód na głowę Kalifornijczyka, pół wieku temu o 25 proc. wyższy od średniej krajowej, jest dziś tylko o 5 proc. wyższy.

Istotną ulgą w tej sytuacji będzie giełdowy debiut Facebooka. Najwięksi bowiem jego udziałowcy mieszkają w Kalifornii i w Kalifornii płacą podatki. Eksplozja ich bogactwa przełoży się, według najświeższych szacunków, na dodatkowe 2 miliardy wpływów podatkowych dla stanu.  To wciąż mało zważywszy rozmiary dziury budżetowej, a poza tym trudno liczyć na nowego Facebooka co roku, ale 2 miliardy dolarów piechotą nie chodzą.

Gdy jeden z twórców Facebooka, urodzony w Brazylii Eduardo Saverin, zrzekł się obywatelstwa amerykańskiego, dosięgły go zarzuty, że zrobił to, aby uniknąć podatków. Saverin zaoszczędzi przynajmniej 67 milionów dolarów, ale twierdzi, że decyzję podjął prawie półtora roku temu, kierując się innymi względami. Niewielu przekonał. Ponieważ nie jest to odosobniony przypadek, senator Charles Schumer ze stanu Nowy Jork, zaproponował wprowadzenie 30 procentowego podatku od zysku kapitałowego w podobnych przypadkach. W myśl propozycji Schumera dodatkową karą dla osób podejrzanych o zrzeczenie się obywatelstwa w celu ucieczki od podatków byłby zakaz wjazdu do USA.

Dla kondycji finansowej Kalifornii ważniejsze od tego, jaki los spotka pomysł nowojorskiego senatora jest to, czy akcje Facebooka pójdą w górę, a jeśli tak, to jak ostro, i czy wśród nabywców znajdzie się wielu rezydentów stanu. W którymś bowiem momencie ludzie będą sprzedawać akcje, a wówczas będą płacić podatki od zysków kapitałowych, jeśli takie osiągną. Na kilka dni przed giełdowym debiutem Facebooka General Motors, trzeci co wielkości reklamodawca na Facebooku zrezygnował z tych reklam twierdząc, że nie są skuteczne. Oznacza to utratę przez Facebooka 10 milionów dolarów rocznie, co stanowi kroplę w morzu wpływów. W zeszłym roku wpływy Facebooka wyniosły 3.8 miliarda dolarów, z czego 85% stanowiły wpływy z reklam. Otwarte jest pytanie, czy wycofają się także inni reklamodawacy. Eksperci od reklamy i wizerunku przypominają, że Facebook to nie tylko słup ogłoszeniowy, ale platforma dla kontaktu z klientem. Na przykład General Motors zamierza zachować swą obecność na Facebooku, ale nie chce płacić za reklamę. Analitycy giełdowi głowią się, czy podobnie nie pomyślą inni. Od tego bowiem zależy w niemałej mierze, czy zwariowana wycena Facebooka to meteoryt, który rychło spadnie, czy też dopiero początek wspinaczki po giełdowej drabinie.

Nowy wysyp Facebookowych milionerów już spowodował zwyżkę cen nieruchomości w Zatoce San Francisco. Przewdywanie, że lada moment pojawią się kupcy z walizką gotówki sprawiło, że domy są dziś w Dolinie Krzemowej średnio o 8 procent droższe niż rok temu. A za miesiąc pewnie jeszcze zdrożeją.

A co do strukturalnego deficytu w budżecie Kaliforni, dla którego trudno o szybką kurację, to nadzieja w tym, że powoli dojrzewa świadomość, że sprawy zaszły za daleko, że Kaliforniczycy strzelili sobie w stopę, i coś trzeba zrobić. Mało kto ma ochotę na wyższe podatki, ale pomysł gubernatora Browna, aby podnieść na siedem lat podatek dla osób o rocznych dochodach przekraczających 250 tysięcy dolarów, wspierają liderzy religijni. Szacuje się, że podwyżka ta objęłaby 3 procent ludności stanu.  Pod referendum w listopadzie 2012 trafi także zapewne inicjatywa przygotowana przez grupę profesorów Uniwersytetu Stanforda która ma na celu ograniczyć drakońskie ustawodawstwo karne, i „zarezerwować dożywocie” dla najcięższych przestępstw, takich jak morderstwo, gwałt i molestowanie dzieci.

Mimo lawiny długów spisywanie Kalifornii na straty byłoby arcy-ryzykowne. Z globalnym produktem w wysokości 1.9 biliona dolarów Kalifornia plasuje się na dziewiątym miejscu wśród potęg gospodarczych świata. Jest piątym na świecie producentem żywności. Przypada na nią połowa wszystkich amerykańskich inwestycji podwyższonego ryzyka – w zeszłym roku było to prawie 15 miliardów dolarów. Tu mają swe siedziby Apple, Intel, Google, Hewlett Packard, Cisco, Oracle, Walt Disney i Chevron.  I wreszcie tu urodził się Facebook.  Nie wysycha fontanna innowacji w Dolinie Krzemowej i nie zamiera fabryka snów w Hollywood. Na liście dziesięciu najlepszych uniwersytetów świata trzy (Stanford, Berkeley i California Institute of Technology) to uczelnie z Kalifornii. W pierwszej dwudziestce plasują się trzy inne uczelnie. Kalifornia będzie beneficjentem przesuwania się punktu ciężkości w światowej gospodarce z rejonu Europy i Atlantyku w kierunku Azji i Pacyfiku.

Wszystko to nie zmienia faktu, że przypadek Kalifornii obnaża pułapki popularnych społecznie inicjatyw o nie do końca przemyślanych konsekwencjach fiskalnych.

Andrzej Lubowski

 

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Roman Strokosz 2012-05-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com