Wojciech Mazowiecki: Nowy ton w polskim Kościele

2012-05-23. Opublikowany pod koniec marca dokument polskiego Episkopatu „W trosce o człowieka i dobro wspólne” został odebrany przez media głównie jako tradycyjne potępienie współczesnego świata i rozpychanie się Kościoła w życiu publicznym. Nie do końca jest to uzasadnione.

Oczywiście, jest tu wiele argumentów przewidywalnych, brzmiących jak mantra. Podobnie, jak przewidywalna była krytyczna reakcja mediów. Niestety, debata w Polsce toczy się w sposób schematyczny i zniechęcający– nim ktoś otworzy usta, już wiadomo, co powie.

Biorąc pod uwagę to, do czego Kościół nas przyzwyczaił w III RP, trzeba zauważyć, że w stanowisku Episkopatu znalazło się sporo ocen i stwierdzeń nowych. Zwłaszcza, jeśli chodzi o politykę i jakość debaty publicznej, a także w odniesieniu do mediów. Problem w tym, że ten nowy ton Kościoła miesza się ze starym, co ułatwia tradycyjną krytykę i bagatelizowanie wysiłku biskupów, próbujących przezwyciężyć także własne błędy.

Może to niepoprawny optymizm, ale ten dokument budzi nadzieję. Coś się nowego w polskim Kościele pojawia i to wreszcie oficjalnie – choć jednocześnie stare trzyma się dobrze.

Polityka to dobro wspólne

„Prosimy o przyjęcie tego słowa jako wyrazu naszej troski o dobro wspólne, jako głos ponad podziałami politycznymi i ideologicznymi” – piszą we wstępie biskupi. Poświęcają temu rozdział „Etyczne standardy w życiu publicznym”. Przypominają, że nauczanie społeczne Kościoła definiuje politykę właśnie „jako roztropną troskę o dobro wspólne”. A to oznacza, „że polityka nie może być uprawiana z myślą o dobru jedynie określonej partii politycznej czy grupy interesu, ale powinna mieć w centrum uwagi dobro całej społeczności”.

Już samo wzniesienie się ponad podziały i przypomnienie „dobra wspólnego” jest bardzo ważne i w III RP precedensowe. Brakowało tego wcześniej – i w latach 90. ubiegłego wieku, i niedawno – gdy Kościół nie reagował w ogóle na próby wikłania go w rozgrywki partyjne, zarówno przez polityków, jak i wielu duchownych, w tym hierarchów. Jeśli komuś brzmią w uszach jątrzące wezwania wielu przedstawicieli Kościoła, typu, że w Polsce katolik powinien głosować na katolika, doceni tę deklarację neutralności. Dobrze, że to oczywiste, bo kiedyś dla Episkopatu przynajmniej oficjalnie tak oczywiste nie było.

Biskupi krytykują: „Troski o dobro wspólne nie można zastąpić troską o popularność partii politycznych w sondażach”. I przypominają, że „sprawowanie władzy politycznej winna cechować postawa służby”. Brzmi to niedzisiejszo, staromodnie. Zwłaszcza w epoce gloryfikowania spin doktorów, skuteczności rozumianej jako „wyrolowanie” wroga czy polityki sprowadzonej do nieustającej gry – co mamy dziś i po lewej, i po prawej stronie.

Trudno się też nie zgodzić z oceną poziomu i języka debaty politycznej w Polsce: „Traktowanie konkurentów politycznych jak wrogów, których należy zwalczać za pomocą wszystkich możliwych środków, staje się niemal standardem życia politycznego. Szczególny niepokój budzi język publicznej dyskusji politycznej, pełen agresji i wzajemnych oskarżeń, nierzadko posługujący się kpiną, drwiną, a także wulgaryzmami. Moralna dyskredytacja przeciwników, rzucanie podejrzeń, brak szacunku dla przeciwnika politycznego staje się powszechną praktyką”.

I dopiero w tym kontekście pojawia się dobrze znana nam ze strony hierarchów krytyka: „Niepokój budzi także wzmagający się atak na Kościół w celu zbicia kapitału politycznego”.

Jednak sprowadzenie całego dokumentu tylko do tego – a tak się stało w relacjach mediów i wypowiedziach polityków krytykujących Kościół – jest nieporozumieniem.

Chrześcijański obowiązek uczestnictwa w polityce

Biskupi piszą mocno, ale prawdziwie o polityce wywołującej dziś zniechęcenie: „Realizowany w naszym życiu politycznym model przyjaciel-wróg z etycznego punktu widzenia jest nie do przyjęcia. Takie nieetyczne postępowanie negatywnie oddziałuje na obywateli. Zniechęca do udziału w życiu politycznym, a przecież w państwie demokratycznym udział obywateli jest nieodzowny. Radykalizuje też nastroje społeczne i powoduje powstawanie podziałów opartych na głębokiej wzajemnej niechęci. W obu tych przypadkach jest to działanie godzące w dobro wspólne naszej ojczyzny”.

Jednocześnie przypominają, że świeckim nie wolno rezygnować z udziału w życiu publicznym. Powołują się na słowa Jana Pawła II, że żadne zarzuty wobec polityki – nawet „dość rozpowszechniony pogląd, że polityka musi być terenem moralnego zagrożenia”„nie usprawiedliwiają sceptycyzmu i nieobecności chrześcijan w sprawach publicznych”.

Wzywają polityków, by kierowali się „prawym sumieniem i cnotami: roztropności, męstwa, umiaru i sprawiedliwości”. I tłumaczą: „rozwiązania, które wymagają wyrzeczeń, nigdy nie sa popularne w oczach opinii publicznej. W tej sytuacji wierność podstawowym przekonaniom i walka o ich wprowadzenie wymagają od polityka cnoty męstwa”; „Ostatnie lata pokazują, jak bardzo potrzeba jest politykom cnota umiaru, która oznacza rezygnację z posługiwania się wszystkimi możliwymi środkami w sporze z przeciwnikiem politycznym”.

Wreszcie apelują do całego społeczeństwa: „aby głosować zawsze na osoby, które nie lekceważą cnót politycznych i zasad moralnych”. I równocześnie do polityków: „by odważnie podnosili standardy moralne życia publicznego i nie bali się wprowadzać do niego etyki cnót politycznych”. Bo „tylko tak uprawiana polityka nie będzie zniechęcała obywateli do aktywnego udziału w życiu politycznym”.

Być może, wiele osób odczyta w tym zmodyfikowane wezwanie do głosowania tylko na katolików, ale to byłoby nadużycie. Nie można bowiem ani odmówić biskupom prawa do tak ważnej oceny, ani nie zauważyć dbałości o sformułowania, by nikogo tu nie urazić.

Dokument chwali kompromis jako cnotę umiaru. Jednak, nie do końca: „Dziś, niestety bardzo często miesza się kompromis polityczny konieczny w praktyce pokojowego współżycia obywateli z kompromisem w kwestiach wiary i prawdy. Pragniemy zatem przypomnieć politykom chrześcijańskim, że porzucenie wartości i zasad nie prowadzi do postępu. Jest to tylko zamazywanie różnic i markowanie porozumienia z powodu oportunizmu lub tchórzostwa. Kompromis ma granice etyczne. Wyznaczają je te działania, które w każdych warunkach są złe”.

Ten fragment sprawia chyba największą trudność w przełamywaniu nieufności do hierarchów i budzeniu nadziei, że coś zaczynają w życiu publicznym rozumieć. Biskupi pozostają jednak dogmatyczni, gdy widzą jakiś kompromis polityczny tylko jako zagrożenie „w kwestiach wiary i prawdy”. I tu już cnota umiaru, nie znajduje ich uznania. Szkoda, ale nie można mieć przecież wszystkiego od razu.

Krytyka mediów

„Dziennikarze ze względu na siłę oddziaływania narzędzi, którymi się posługują, są odpowiedzialni za standardy etyczne w życiu publicznym oraz za kształtowanie opinii publicznej” – piszą biskupi. Zastrzegając, iż „w społeczeństwach demokratycznych media odgrywają ważną rolę kontrolną” i że nieraz „media przyczyniały się do promocji dobra”, ostro je krytykują.

W medialnym świecie może niepokoić, że tzw. wskaźniki oglądalności stały się jedynymi wyznacznikami standardów”, a „odkąd informacja stała się towarem, coraz trudniej o rzetelność w pokazywaniu obrazu świata”.

„Obserwujemy w Polsce, i nie tylko, zjawisko tzw. tabloidyzacji mediów”. Dokument piętnuje manipulacje, operowanie półprawdą, stronniczość, brutalizację przekazu oraz „warsztat pracy dziennikarskiej, który kreuje rzeczywistość, zamiast ją relacjonować, komentować, wyjaśniać”. Niestety, lekarstwo na ten stan rzeczy biskupi widzą jedynie w promocji prasy religijnej (co pewnie wynika z ich „zawodowego” ograniczenia). Ale jednocześnie ostrzegają twórców mediów katolickich, iż „nie mogą pozwolić sobie na brak profesjonalizmu”.

Przyznajmy, to nie są jednostronnie postawione problemy polskich mediów. Także i ten: „Patrzymy z niepokojem na upolitycznienie mediów publicznych, które stają się w coraz większym stopniu narzędziem propagandy jednej ze stron debaty publicznej”. Choć tu akurat krytyka przychodzi zdecydowanie za późno.

I jeszcze jedno bardzo ważne stwierdzenie: „Nie każdy ma prawo do pełnej prawdy o drugim. Dobro wspólne wymaga, by osoby pełniące służbę publiczną były poddane medialnej kontroli swoich poczynań. Zawsze jednak należy mieć na uwadze godność i dobro konkretnych osób i dobro wspólne”. Czyż nie jest to krytyka – co prawda, inaczej wyrażona – mowy nienawiści i totalnego łamania prawa do prywatności?

Miejmy odwagę rozmawiać

Media słusznie wyłowiły czytelne tradycyjne aluzje i konkretne pretensje biskupów. Ograniczanie się do tego jest jednak jałowe i do niczego nie prowadzi. Dokument Episkopatu jest jak polski Kościół: na każde świeże stwierdzenie krytycy zaraz znajdą w nim dobrze znane argumenty pouczających nas hierarchów. Tyle że zdecydowanie ciekawsze wydaje się to, co nowe. To, co może łączyć ludzi z różnych stron. Dlatego dla każdego, kto ma ambicję wypowiadać się w sprawach publicznych, powinna to być lektura obowiązkowa – w całości.

Jak podkreśla biskup Józef Kupny, szef Rady ds. Społecznych Episkopatu, która dokument przygotowała, chodziło o to, by zastanowić się nad wartościami podstawowymi, które spajają społeczeństwo i gwarantują pokojowe współżycie oraz zaprosić wszystkich do rozmowy – przede wszystkim katolików, oczywiście, ale nie tylko.

Trzeba przyznac, że to się udało. Możemy teraz ten dokument zbyć w sposób tradycyjny, tak jak na to zasługują nasi zadufani w większości hierarchowie. Ale może lepiej skorzystać z zaproszenia do rozmowy i wykorzystać ten nowy ton, który jednak przebił się w polskim Episkopacie. Także po to, by rozmawiać o roli w życiu publicznym Kościoła, przykładając do niego te miary, które biskupi dziś proponują – pierwszy raz po 1989 roku.

Wciąż bowiem do wyjątków należy, by w tym duchu wypowiadali się poszczególni przedstawiciele Kościoła. Tak jak ostatnio biskup polowy Józef Guzdek, który 3 maja w warszawskiej katedrze mówił: „Przebaczyć, wcale nie znaczy zgadzać się na zło. Przebaczyć, to znaczy wykorzenić z serca pragnienie zemsty. Możemy się różnić, ale szlachetnie. Nawet intensywność sporów może być duża, ale trzeba je toczyć tak, żeby jednak ostatecznie można było usiąść i razem zaplanować dalsze wspólne działania dla dobra wspólnego”.

Prosił media, polityków, ludzi dobrej woli, by odpowiedzialnie korzystać z daru mowy, by krzykiem nie zastępować myślenia. Apelował jednak głównie do „wyznawców Chrystusa”: „Nikt z nas nie ma monopolu na miłość Ojczyzny. Rezygnacja z wyniszczającej walki, w trosce o dobro wspólne w imię prawdy, jedności i harmonijnej współpracy, na tym etapie dziejów, jest wyrazem prawdziwej miłości Ojczyzny”. I zapraszał: „Do źródła prawdy i wolności płynie się zawsze pod prąd. Pod prąd społecznego przyzwolenia i płytkiej opinii. Pod prąd ludzkiej słabości. Pod prąd źle rozumianej wolności. Miejmy odwagę płynąć pod prąd!”

Powinniśmy jednak mieć odwagę i dać się zaprosić do takiej rozmowy.

Wojciech Mazowiecki 

Gazeta Wyborcza, 22.05.2012

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. hazelhard 2012-05-23
  2. Roman Strokosz 2012-05-23
  3. narciarz2 2012-05-24
  4. narciarz2 2012-05-24
  5. narciarz2 2012-05-24
  6. hazelhard 2012-05-24
  7. narciarz2 2012-05-25
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com