Jerzy Łukaszewski: Co w nas siedzi?

bida2014-06-13.

Opozycja w Polsce ma święte życie. W zasadzie niczego nie musi robić. Rząd każdą pracę wykona za nią.

Po wielokroć mówiło się i pisało (tu w SO) o fatalnym braku umiejętności komunikacyjnych obecnego rządu. Naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego nikt ze sprawujących władzę nie posiadł umiejętności jasnego tłumaczenia prostych spraw, a chyba nawet nie widzi takiej potrzeby.

Niedawne występy naszego sejmu z korupcją/jej ściganiem w tle są tego doskonałym przykładem.

Człowiek siedzący przez telewizorem ma dwie rozbieżne wersje wydarzeń. Jedna to ta, że chodziło o łamanie prawa, przekroczenie uprawnień i ogólnie – o metody jakimi posługiwała się CBA pod kierownictwem Savonaroli naszych czasów.

Druga, że sprawa dotyczyła domu rzekomo posiadanego przez pp. Kwaśniewskich w Kazimierzu Dolnym.

I bądź tu mądry, skoro, jak się okazało po głosowaniu, nawet posłowie nie bardzo wiedzieli, o co chodzi i za czym głosują.

Korupcja jest twardym orzechem do zgryzienia, nie tylko w Polsce, ale można odnieść wrażenie, że u nas ona istnieje tylko i wyłącznie dzięki polityce, ponieważ paradoksalnie – polaryzacja sceny politycznej, na którą tak narzekamy, jest jedną z przyczyn wypływania na powierzchnię afer budzących oburzenie i niesmak w Polakach. Niesmak i oburzenie trwają średnio dwa dni. Później wszystko mija, zaciera się, traci na ostrości.

Sorry, taka nasza natura.

Są miejsca na ziemi, gdzie korupcja jest złem w przekonaniu powszechnym, są miejsca gdzie przyjmuje się ją jako rzecz naturalną. Polacy zajmują stanowisko pośrednie pomiędzy nimi. Stanowisko pośrednie polega na tym, że w naszym pięknym kraju potępia się korupcję z wielką stanowczością w przypadku, gdy sprawę za łapówkę załatwił ktoś inny. Powołanie CBA nie zmieniło u nas niczego w takim pojmowaniu problemu, a czasem wręcz przeciwnie – wsparło je nowymi przykładami.

Na problem spojrzeć można z różnych stron, także od strony historii.

Osobom szukającym okazji do dopieczenia wierzeniom religijnym podpowiem, że zachowania korupcyjne da się zaobserwować w najstarszych przejawach kultu religijnego, choćby w zasadzie do ut des, która cechowała wszystkie znane nam z antropologii próby kontaktu człowieka z bóstwem. Co ciekawe, jeszcze niektóre XIX wieczne zwyczaje zdają się nawiązywać do tej zasady. W tym wieku widywano na Rusi sytuacje, gdy proszony o coś gorliwie św. Mikołaj (rodzaj jockera wśród prawosławnych świętych), obdarowany sowicie i świecami i modłami – prośby nie spełnił, za co bywał „karany”. Ikonę swiatoho Mykoły obracano licem do ściany i tak „postawiony do kąta” święty odpokutowywał swoje karygodne zachowanie niesolidnego kontrahenta.

Jeśli przyjmiemy, że to człowiek stwarzał bóstwa, przynajmniej w znanej nam postaci, będąc konsekwentni musimy przyznać, iż obdarzył je cechami znanymi z autopsji. Wynikałoby z tego, że korupcja w takiej czy innej formie jest stara jak ludzkość i w zasadzie powinna być kultywowana, jako najstarsza z naszych tradycji, które przecież lubimy szanować.

Oczyma wyobraźni ujrzymy np. modelkę pozującą do statuetki Wenus z Willendorfu użyczoną pokątnie przez członka plemienia ludziom z sąsiedniej jaskini w zamian za najtłustszego mamuta na ichniej łące. Chociaż…nie, to chyba jednak inny rodzaj kontraktu. Ale nie tak znowu odbiegający od tego, o którym mówimy.

Sumeryjskie tabliczki z pismem klinowym zawierają opowieści instruktażowe, jak rodzic może załatwić przychylność dla swego dziecka ze strony nauczyciela goszcząc go odpowiednio w swoim domu.

Korupcja to jak widać problem stary, nigdy nierozwiązany i gdyby chcieć pisać jego historię nie bardzo byłoby wiadomo od czego zacząć.

Uczciwie trzeba przyznać, że historyczne próby jego rozwiązania szły raczej nie w kierunku likwidacji, a bardziej uregulowania możliwego do akceptacji przez ogół. We wspominanej przez niektórych z tęsknotą I Rzeczpospolitej (ale nie tylko, bo i w sąsiedniej Rosji także) nikt nie pytał: „jaką masz pensję?”, ale: „ile wyciągasz na swoim stanowisku?”. To pytanie starsi z nas pamiętają zresztą z całkiem nieodległych czasów.

Błędem byłoby mniemanie, że taka postawa jest charakterystyczna dla kraju w ruinie, dla powszechnego niedostatku itd. Nic bardziej mylnego.

W czasach kiedy I Rzeczpospolita opływała w dostatki będące przedmiotem zazdrości państw ościennych, korupcja kwitła bodaj najbardziej jawnie.

Czy zdaje ktoś sobie sprawę z tego, że najwyżsi urzędnicy państwowi pracowali za darmo? A dokładniej – nie pobierali pensji?

Staropolskie przysłowie powiada, że „kto ołtarzowi służy, z ołtarza żyje”.

A jak to wyglądało w przypadku państwowego „ołtarza”?

Na przykład tak, że o te urzędy zabiegano nie szczędząc sił i środków, wykorzystywano każdą nadarzającą się okazję do ich zdobycia, co czasami przybierało formy wręcz groteskowe.

Kiedy w 1633 roku zmarł wojewoda miński, Balcer Strawiński, przekazanie opuszczonych przez niego urzędów załatwiono w takim tempie, że wieść o tym szybciej dotarła do społeczeństwa, niż ta o śmierci wojewody. Tego samego roku na Wielkanoc zdziwić się musiał ksiądz dobrodziej odprawiający rezurekcje, gdy w pewnym momencie z kościoła zaczęli galopem wybiegać wierni. Dokąd biegli? Ano szukać wpływowych osób, które mogły pomóc w objęciu posady po zmarłym rano kuchmistrzu Jego Królewskiej Mości, którą to wieść ktoś rozpuścił w czasie nabożeństwa.

Urzędami handlowano, pobierając za ich odstąpienie pokaźne gratyfikacje.

Zamiana jednego urzędu na drugi wymagała wprawdzie absolutorium dla sprawozdania z poprzedniej funkcji, które dać mógł tylko sejm, ale…

W 1658 roku podskarbi koronny Bogusław Leszczyński ubiegający się o podkanclerstwo koronne poradził sobie z problemem w prosty sposób, choć nie bez problemów. W czasie obrad izby poselskiej jeden z przedstawicieli narodu zaczął krytycznie wyrażać się o Leszczyńskim i jego sposobowi sprawowania urzędu. Podskarbi zerwał się z miejsca i wrzasnął „ – A który to tam, taki syn, com mu nie dał?!”

Można? Można.

Mawiano, że szlachcic bez urzędu jest jak pies bez ogona. Sztuczna i hasłowa jedynie równość szlachecka powodowała głód urzędów i tytułów, które nie pozwoliłyby nikomu wyrastać ponad tłum. Tytułomania stała się naszą cechą narodową.

Dziadek śp. Melchiora Wańkowicza brał udział w jakimś zjeździe ziemian swojej okolicy i został wybrany jego marszałkiem, czyli kimś, kto miał poprowadzić obrady i pilnować porządku wystąpień.

Zjazd trwał … jeden dzień, ale do babci pisarza do końca życia nikt nie zwracał się inaczej, jak „pani marszałkowo”.

Nie nazwany „panem radcą” Galicyjczyk gotów był śmiertelnie obrazić się na zaczepiającego go człowieka.

Zagadujący mnie pod sklepem menel nie mówi „- Proszę pana, czy dałby mi pan na piwo?”, tylko „- Kierowniku, dwójka na piwko, co?”

Ten „kierownik” to pozostałość bardzo starego nawyku. Jako miłośnik spraw dawnych nie jestem w stanie odmówić, szanuję bowiem tradycję.

Ale przecież same „gołe tytuły” nie wystarczały. Przynajmniej nie wszystkim.

Kanclerz wielki koronny (tudzież podkanclerzy, bo ich kompetencje nie zawsze były precyzyjnie rozdzielone) twórczo rozwijali królewskie rozdawnictwo przywilejów. Podsuwając mu do podpisu gotowe formularze nie zapominali o sobie. I tak np. jeśli król dawał trzem kupcom krakowskim przywilej (wyłączność) na handel pieprzem, kanclerz wystawiał cztery, pięć, a czasem i więcej podobnych dokumentów. Jeśli nie zrobiła się awantura wśród zainteresowanych, sprawa przechodziła, a kanclerz miał na chlebek i omastę.

Akta, w tym przywileje na królewszczyzny pisane były tylko w jednym egzemplarzu. Metrykarze koronne nie zawsze zawierały całą treść dokumentu. Co robił szlachcic, któremu dokument zaginął, co mogło skutkować utratą całego majątku? Szedł do kancelarii z prośbą o odtworzenie pisma. Z prośbą. Też.

Podskarbi będący zwierzchnikiem królewskiej mennicy pilnował, by z dostarczonej ilości srebra wybito odpowiednią ilość monet. Zdarzały się przypadki, że najpierw trzeba było „wypróbować sztance”, czy moneta prezentuje się właściwie. Tak nakazywała troska o image władcy. A co począć z tymi „próbnymi” monetami? Pojęcia nie mam, nie jestem podskarbim.

Niezwykłą może się komuś wydać argumentacja usprawiedliwiająca te praktyki. Hetman Jabłonowski wspomina ją w pamiętnikach w wersji „- A jakaż z tego szkoda Rzeczpospolitej? Z nas to wszystko”. Kilkaset lat później słyszeliśmy podobne teksty w PRL. „Jaka kradzież? To przecież wszystko nasze, wspólne”.

Bywają rzeczy ponadczasowe i ponadustrojowe, jak widać.

Przyjaciel króla Sobieskiego, podskarbi Marek Matczyński sprzeniewierzył „na próbę” 200 tys. złotych, sumę na owe czasy zawrotną. Kiedy minął długi czas, a sam uzyskał sejmowe absolutorium, przyznał się do przeniewierstwa i pieniądze zwrócił. Chciał swym czynem pokazać niedoskonałość procedur i możliwości okradania skarbu państwa.

Tolerowany był zwyczaj, że podskarbi koronny … sam sobie wydzierżawiał cła i myta, płacąc do szkatuły królewskiej ryczałt, zaś resztę obracając na swój pożytek.

A cóż powiecie o referendarzach, do których obowiązków należało przyjmowanie skarg oraz próśb o audiencję u króla i decyzja, co z prośbą zrobić?

Nie mógł być nieczuły na „argumentację”, miał żonę i stadko dziatek nieletnich, nad którymi opieka wymagała nakładów.

Oczywiście, sytuacje takie bywały obiektem krytyki, ale jako się rzekło, na ogół ze strony tych, którzy na urząd się nie załapali.

Wspomniany hetman Jabłonowski, chodzący pomnik staropolskiej hipokryzji, użalał się nad smutną dolą państwowego urzędnika.

„…co zaś za obmowy i cenzury wycierpieli za żywota! Cenzurować urzędników i ministrów jest rzecz u nich (szlachty) statystyczna i potrzebna i mają ją … za godziwą i prawną. Ledwie nie każdy u nich hetman opressor, kanclerz wykrętacz, podskarbi złodziej, prymas szczęśliwy kiedy prostak, byle był rozumny et generosus – nasłucha się.”

Kiedy dziś słyszy się o tak nagłaśnianej „walce z korupcją” nieodparcie nasuwa się myśl, że jednak nie odbiegliśmy daleko od wzorców stworzonych przez naszych przodków. Wybucha jakaś „afera” korupcyjna i pierwsze, czym zajmują się nasze media, to sprawdzenie z jakiej opcji politycznej wywodzi się obwiniony.

Kiedy czyta się komentarze w internecie ma się wrażenie, że połowa internautów to bliżsi lub dalsi potomkowie hetmana Jabłonowskiego.

Nie znam metod skutecznej walki z korupcją. Chyba nikt nie zna.

Czasem jednak warto uświadomić sobie jak długą ona ma tradycję i że nie wzięła się znikąd.

Ponoć aby skutecznie leczyć chorobę, trzeba dobrze poznać jej genezę. 

O ile uzna się coś za chorobę, rzecz jasna.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. bisnetus 2014-06-13
  2. Jaruta 2014-06-13
  3. Jerzy Łukaszewski 2014-06-13
  4. Jaruta 2014-06-13
    • borowicz bogumiła 2014-06-16
  5. Jerzy Łukaszewski 2014-06-13
  6. Jaruta 2014-06-13
  7. Jerzy Łukaszewski 2014-06-14
  8. Jaruta 2014-06-14
  9. PIRS 2014-06-14
  10. Jerzy Łukaszewski 2014-06-14
  11. wejszyc 2014-06-14
    • bisnetus 2014-06-16
  12. john 2014-06-15
  13. Jerzy Łukaszewski 2014-06-15
  14. Waldemar Sikorski 2014-06-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com