Wojciech Mazowiecki: Historia z tabloidu. III RP według Krasowskiego

2012-05-27. Oto jak karykaturalnie wygląda nasza najnowsza historia polityczna, gdy jej analizę i ocenę sprowadza się do poziomu Jarosława Kaczyńskiego.

Próba zanegowania najnowszej historii Polski, choć w rozmiękczonej wersji prawicowej – oto czym jest książka Roberta Krasowskiego „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”. Powtarza on wiele, wydawałoby się, zużytych mitów. Krytykuje też prawicę, tyle że w sprawach dziś już nie do obrony – jak ocena rządu Olszewskiego czy bezwględność metod Jarosława Kaczyńskiego. Dając taki pozór obiektywności, stara się wytworzyć wrażenie świeżego spojrzenia.

Właśnie do tego przykłada najwięcej energii. Tam, gdzie czegoś się nie da udowodnić, gorąco przekonuje, że w historii III RP nic nie jest takie, jak nam się wydaje. Robi to stanowczo, acz z dużą ignorancją co do faktów. W efekcie stawia często sprawy na głowie – przede wszystkim wtedy, gdy na piedestał wynosi Lecha Wałęsę, co jest sprawnym zabiegiem marketingowo-publicystycznym (autor jest też wydawcą książki), ale wobec faktów – szyderczym i okrutnym.

Polityka to wojna?

Już na skrzydełku książki Krasowski reklamuje, że świeżość jego ocen wynika z chłodu historyka, z jakim się postanowił zabrać do nowego przemyślenia polityki III RP. Od owego „chłodu” zaczyna się też książka, tyle że dziesięć stron dalej autor wyznaje, że „nie ma sensu, by udawał akademickiego historyka, którym nie jest”. To ma uzasadniać, dlaczego nie będzie się tłumaczył, jak i skąd dokładnie przytacza w książce fakty, opinie i cytaty. Można więc je tylko przyjąć na wiarę lub wertować dawne gazety i ponad 30 pozycji, do których się ogólnie odwołuje na końcu.

Swoją wybiórczą opowieść Krasowski prowadzi przez pryzmat dzisiejszych zdarzeń i ocen – redukuje fakty do tych tylko, które uznaje za ważne. Uzasadnia to tym, że dopiero po skutkach wydarzeń można poznać sens polityki. Wychodząc więc od skutków – np. od oczywistej konstatacji, że mamy dziś marną klasę polityczną – automatycznie przenosi te oceny wstecz. Przykłada dzisiejszą nędzną miarkę do polityki i polityków z pierwszych lat III RP, który to okres traktuje jako przed-polityczny. Według niego, politycy dopiero się wtedy uczyli polityki, aż się nauczyli tego, co mamy dziś – więc tamte zachowania i zdarzenia traktuje raczej jako niedorozwój.

Oceny polityków i zdarzeń dyktuje mu przede wszystkim jego własny sposób postrzegania polityki. To najważniejsze, by zrozumieć, o co w tej książce chodzi. Krasowski pojmuje politykę jako ciągłą walkę każdego z każdym. Sprowadza ją do brutalnego i prostackiego poziomu, gdzie dobrym politykiem jest ten tylko, kto realizuje swoje cele za wszelką cenę.

Profesjonalna kastracja

O przeciwnikach Wałęsy pisze: „Nie rozumiano, że w demokracji nie ma ucieczki przed populizmem, że w demokracji z populizmem się nie walczy, ale się go używa”. O Unii Wolności: „stale potępiała populizm jako coś co zniszczy demokrację. Jednak w istocie krytykowała nie tyle populizm, ile profesjonalizm”. Rozstrzygające ma być spojrzenie z dzisiejszej perspektywy: „polityk, który (…) domaga się kastracji pedofilów, nie jest populistą, lecz profesjonalistą”.

O solidarnościowych elitach: zabrakło im cynizmu, „który jest warunkiem politycznej zręczności”; „Konieczność odgrywania roli autorytetu stłumiła w nich instynkt walki, zdusiła zdolność do brutalnej gry, do zimnego politycznego rachunku”.

O postkomunistach: „byli cyniczni i samolubni nie dlatego, że wywodzili się z PZPR. Byli po prostu politykami. I to oni wiedzieli, czym jest polityka, a nie ich naiwni krytycy”.

Okres po 1989 r. „to był jeden z największych sukcesów w dziejach Polski. Ale temu sukcesowi towarzyszyła bardzo przeciętna polityka”, bo „politycy pokroju Bismarcka byli wyjątkiem”.

Krasowski pisze z pasją. W porządku – ale po co wmawiać czytelnikom, że otrzymują chłodną analizę historyka?

Wałęsa upupiony

Kto jest prawdziwym pozytywnym bohaterem tej książki? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Wałęsa, którego Krasowski najrzadziej krytykuje, za to dość naiwnie chwali: „był jak mistrz szachowy, który gra symultanicznie z setką graczy i z każdym wygrywa”. Najgorsze wałęsowskie wpadki albo pomija (uznanie puczu Janajewa w Moskwie za sprawę wewnętrzną Rosji), albo broni w kuriozalny sposób. Cytuje np. jego antysemickie wypowiedzi z kampanii prezydenckiej w 1990 r. typu „Wałęsa ma polską krew i ma na to dokumenty”. A potem tak je komentuje: „ani nie był antysemitą, ani nie grał na antysemickich emocjach. On jedynie z całą swoją topornością włączył się w toczoną od dwóch wieków dyskusję o paradoksach żydowskiej asymilacji”.

Dziwnie tłumaczy też zachowanie Wałęsy podczas obiadu drawskiego: „to nie był żaden pucz”, a jedynie działanie „dramatycznie niezdarne”. Przypomnijmy, że chodziło o zorganizowanie przez prezydenta głosowania, w którym generałowie wypowiedzieli posłuszeństwo swemu zwierzchnikowi, ministrowi obrony.

Jeszcze trzy lata temu Krasowski pisał w redagowanym przez siebie „Dzienniku” (jednej z głównych gazet wspierających ongiś IV RP), że owszem, geniuszem politycznym Wałęsa był, ale tylko do 1989 r. – potem stał się „postacią dla polskiej polityki najbardziej szkodliwą”. Jeśli ktoś upominał się o Wałęsę, pozostawionego na boku po zakończeniu prezydentury w 1995 r., dla Krasowskiego był to tylko „jakiś sentymentalny jajogłowy”, bo „politycy dobrze wiedzieli, że dawna wielkość Wałęsy zamieniła się w czystą toksyczność, od której życie publiczne trzeba trzymać z daleka”. I przestrzegał: „nie wolno go zagłaskiwać (…), bo to jedynie ośmiela w nim potrzebę zaistnienia”.

Czemu więc sam go teraz zagłaskuje? Otóż, jak wyjaśnia, doznał olśnienia pod wpływem telefonu od Wałęsy. I gdy przystąpił do pisania z zamiarem schlastania Wałęsy, po prostu zmienił zdanie, „przyjrzawszy się faktom”. Ciekawe jakim? Tego nie wyjaśnia.

Uważny czytelnik może jednak odnieść wrażenie, że pozytywnym bohaterem książki jest przede wszystkim Jarosław Kaczyński ze swą wizją polskiej polityki, pod którą autor się podpisuje. Krasowski go krytykuje, ale tylko tam, gdzie już się go obronić nie da: za agresję czy za lustrację, także Wałęsy. Generalnie jednak Kaczyński „skalą talentu przewyższał wszystkich”. „Wirtuzoz gry politycznej, błyskotliwy demagog, świetny analityk, porywający ideolog”; „Rozumiał wszystko – państwo, społeczeństwo, gospodarkę, rywali”; „Z Kaczyńskim wszyscy intelektualiści przegrywali. Z Geremkiem włącznie”; „świetnie rozumiał masową wyobraźnię, wrażliwą na spiski, zdrady, agenturę, korupcję , układy. Tak więc z tej wrażliwości korzystał”.

Zarazem Krasowski potrafi być wredny wobec pierwszego bohatera. Odmalowując trafnie jego sylwetkę i pokazując tkwiące w nim sprzeczności, tak oto nagle kończy: „Wałęsa był paradoksem, który dziś w świetle najnowszej wiedzy najlepiej ujmuje to największe napięcie w jego biografii – a zatem były agent, który obalił rządy generałów”. A zatem, ot tak, bez dowodu – agent.

Gdzie indziej łaskawie go rozgrzesza: „Zapewne mógł Wałęsa kilku osobom zaszkodzić, jednak bez wątpienia nie był typem kapusia. Przez cztery lata dostał 13 tysięcy złotych”. Aż by się prosiło o jakieś twarde źródła na wsparcie tej śmiałej tezy, ale ich po prostu nie ma.

W zakończeniu Krasowski przyznaje się do równorzędnego podziwu: „Pierwsza epoka polskiej demokracji miała tylko dwóch dojrzałych polityków – Wałęsę i Kaczyńskiego”.

Jednak Wałęsa jest mu potrzebny głównie do ustawiania wokół niego najważniejszych osi konfliktów z pierwszych lat III RP: Wałęsa – Mazowiecki; Wałęsa – „lewica” solidarnościowa; Wałęsa – Bielecki; Wałęsa – Olszewski czy Wałęsa – lewica postkomunistyczna.

Zdumiewa za to dbałość o minimalizowanie konfliktów wokół Kaczyńskiego. Jeśli Krasowski już musi go konfrontować z ówczesnym prezydentem, to miękko i nie tak bardzo wdeptując w glebę jak pozostałych oponentów Wałęsy. W starciu z nimi to zawsze raczej Kaczyński miał rację.

To upupianie Wałęsy trochę przypomina upupianie z okresu wojny na górze. Wtedy Wałęsę zagłaskiwano na użytek polityki, dziś – na użytek polityki historycznej.

Stare kotlety i parę nowych

Nie ma Krasowski problemu ze wskazaniem bohaterów negatywnych. Są nimi – tradycyjnie dla prawicowego patrzenia na świat – żółw Mazowiecki i przemądrzała Unia Wolności (wcześniej Demokratyczna). Do tego towarzystwa dorzuca Krasowski kolejnych premierów sprzeciwiających się Wałęsie, najbardziej spośród nich krytykując nieudolnego Olszewskiego – co tylko dla prawicowej publicystyki jest nowością.

W tym towarzystwie znaleźli się też postkomuniści. Krasowski nie ukrywa jednak podziwu dla ich pragmatyzmu (słusznie nazywanego też oportunizmem) i zdolności przystosowania się po upadku komunizmu. Zgodnie z jego koncepcją podziwu dla polityki brutalnej, są oni chwaleni jako ci, którzy szybciutko opanowali sztukę przywalania przeciwnikowi. Walczyli w niesłusznym celu, ale bili się skutecznie.

Tradycyjna jest diagnoza punktu wyjścia. To nie „Solidarność” obaliła komunizm, on się przecież skończył sam, i to w całym imperium, ale nikt tego w porę nie zauważył – dziś już wiemy, że „europejskie pole minowe można było bezkarnie przemierzyć rześkim galopem”. Gorbaczow przecież odwołał doktrynę Breżniewa. „a zatem zrezygnował z użycia Armii Czerwonej w obronie komunizmu”. A zatem jaka szkoda, że Krasowski nie wspomniał tylko, gdzie i kiedy Gorbaczow to uroczyście ogłosił. „Przez ponad rok, gdy wszyscy będą hasać po ziemi niczyjej pozostawionej po komunizmie, Mazowiecki ostrożnym krokiem sapera będzie się skradać po rzekomym polu minowym” – stawia twardo sprawę autor.

A jak się już wszyscy tym rześkim galopem wyhasali, to pewnie się nam tylko przyśniła interwencja czołgów radzieckich w Wilnie (styczeń 1991) czy pucz Janajewa w Moskwie przeciw Gorbaczowowi, znów z czołgami na ulicach (sierpień 1991).

Inny odświeżony przez Krasowskiego nieprawdziwy mit mówi, że „S” nie podzieliła się w wyniku wojny na górze, bo była już podzielona wcześniej. Tak, podziały były, ale Krasowskiemu nie pasuje do z góry założonej tezy równie oczywisty fakt, że wojna na górze je zaogniła i spowodowała szybszy rozpad wielkiej „Solidarności”.

Wreszcie, najgorsze, bo niesprawiedliwe dla całej polskiej klasy politycznej i po prostu fałszywe twierdzenie Krasowskiego: „mitem jest opowieść, że kolejne rządy zbudowały nad Wisłą demokrację i kapitalizm”. A kto to niby zrobił? Społeczeństwo przeciwstawiane przez Krasowskiego politykom. Gdyby rzeczywiście tak było, że politycy nic nie zdziałali, autor nie mógłby pisać, że Polska raz się modernizowała (o dziwo, za Mazowieckiego i Bieleckiego), a innym razem z tego rezygnowała (o dziwo, za Wałęsy, po dojściu do władzy komunistów).

Kto jeszcze dokonał tego, czego autor odmawia polskim politykom? To proste jak słońce: „Zachód: Waszyngton, Berlin, Paryż, Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy”. Hmm, czy my tego już gdzieś nie słyszeliśmy? U Leppera i innych populistów (pardon, profesjonalistów)? Nie pobrzmiewa to czasem jakimś kondominium?

To Zachód wymusił kierunek reform i to w całym regionie – twierdzi Krasowski. Właśnie dlatego nasi politycy-amatorzy są tacy prowincjonalni, bo wydaje im się niesłusznie, że mieli na coś wpływ.

Jeśli ktoś dotąd uważał inaczej, to na szczęście autor wytłumaczył nam „intelektualną pułapkę”, którą „pokomunistyczna rewolucja zastawiła na nasze poznanie”: „Jej skala nadała politykom format bogów, utrudniając ich racjonalną ocenę”. Uff.

Sprzeczności i błędy

Teorię „rześkiego galopu” Krasowski uzasadnia tak: „Antoni Dudek dotarł do ekspertyz przygotowanych przez KPZR, w radzieckim MSZ i Wydziale Zagranicznym KC KPZR. Wynika z nich, że już na początku 1989 roku Kreml liczył się z utratą władzy przez komunistów, nie tylko w Polsce”. Tymczasem Dudek pisał: „Zakładano, że kraje Europy Środkowej pozostaną członkami Układu Warszawskiego, a partie komunistyczne – ograniczając swój dotychczasowy monopol władzy – nie doprowadzą do jej całkowitej utraty” [podkreślenia WM]. To poważna różnica.

Krasowski uważa, że wszystkie groźby ze strony starego aparatu „od początku do końca były wymyślone”. Dowodzić tego ma brak dowodów: „Dudek – pisze – po 15 latach zadał sobie trud i starannie przeszukał wszystkie dostępne materiały na temat nastrojów w wojsku i aparacie bezpieczeństwa. Nie znalazł żadnej informacji potwierdzającej ślad buntu”. Jest to równie błyskotliwy dowód, jak ten, który co pewien czas jest wysuwany na potwierdzenie tezy, że Rosjanie nie planowali interwencji w grudniu 1981 r. Ale nawet i w tym wypadku Dudek, który dla Krasowskiego jest autorytetem absolutnym, przedstawia to mniej kategorycznie: „jak dotąd nie znaleziono żadnego poważnego dowodu na przygotowywanie owego »podmuchu«” [reakcji betonu partyjnego].

Z ocenami i interpretacjami prof. Dudka często się nie zgadzam, on jednak postępuje ze źródłami uczciwie – można zweryfikować, na jakiej podstawie wyciąga wnioski.

Od pierwszych stron teorię o wielkości Wałęsy zasadza Krasowski na założeniu, że nie był on agresorem w wojnie na górze, lecz „ofiarą napaści”. Jednym z kluczowych na to dowodów ma być exposé Mazowieckiego, w którym „nie wspomniał Wałęsy, co Wałęsę potwornie zabolało”. Tyle że Krasowski dwa wystąpienia Mazowieckiego przestawił jako jedno, podczas którego premier miał jednocześnie zasłabnąć, potem żartować na temat swego stanu zdrowia, mówić o „grubej linii” i wreszcie na koniec odwoływać się do Boga, co było precedensem w polskim Sejmie.

Gdy 24 sierpnia 1989 r. Mazowiecki mówił o „grubej linii”, nie wygłaszał exposé, lecz krótkie przemówienie przed powołaniem go na premiera. Dopiero 12 września wygłosił exposé przed powołaniem rządu (z pozostałymi elementami, o których wspomina Krasowski), ale wtedy wspomniał Wałęsę wyraźnie („Z inicjatywy przewodniczącego NSZZ Solidarność Lecha Wałęsy powstało porozumienie z ZSL i SD, prowadzące do utworzenia rządu”).

Nie jest też prawdą, że Mazowiecki nie przedstawił Wałęsie wcześniej składu rządu, ani to, że Wałęsa „chciał wziąć udział w formowaniu gabinetu” i w tej sprawie „doszło do ostrego starcia”. Prawdą jest natomiast, że takie żądania i sugestie co do stanowisk wysuwał wtedy Jarosław Kaczyński (także dla siebie), który bardzo chciał być pośrednikiem między Wałęsą a Mazowieckim. Jednak panowie się porozumiewali skutecznie bez Kaczyńskiego.

Publicysta powinien znać fakty, które komentuje. Te przeinaczenia Krasowskiego budzą podejrzenie, że upupianie Wałęsy ma służyć gloryfikacji historycznej wersji Kaczyńskiego.

Kompromitującym błędem jest inny „dowód” Krasowskiego: Wałęsa „Wujca próbował odwołać elegancko, jednak treść jego listu przemilczano. Ujawniono natomiast i wyrwano z kontekstu ripostę na szyderczą odpowiedź Wujca” – pisze. Chodzi o słynny faks Wałęsy do sekretarza Komitetu Obywatelskiego Henryka Wujca: „czuj się odwołany”. W związku z tym Krasowski przytacza w całości i „elegancki” list Wałęsy, i „szyderczą” odpowiedź Wujca. Ale nie jest prawdą, że coś przemilczano. Całość korespondencji opublikowała już nazajutrz, na drugiej stronie, „Gazeta Wyborcza”.

Dęte jest wytłumaczenie przyczyn konfliktu Kaczyński-Geremek, jakoby ten drugi miał utrącić kandydaturę pierwszego na marszałka Senatu. Ta teza jest wręcz obraźliwa dla Kaczyńskiego, bo jego ambicje szybowały już wtedy znacznie wyżej.

Krasowski często wygłasza w różnych miejscach tezy ze sobą sprzeczne. Potrafi pochwalić Mazowieckiego za skuteczną taktykę wobec Niemców, która zmusiła ich do uznania naszej zachodniej granicy. Zarazem gani go za zaniedbanie sprawy wycofania wojsk radzieckich z Polski, nie widząc związku jednego z drugim. Jałowe jest to ciągłe wypominanie pierwszemu rządowi III RP, jakich to frontów nie otworzył, przy jednoczesnym niezauważaniu, na ilu frontach jednocześnie już walczył. Zaczynała się reforma Balcerowicza, toczyła walka o nasz udział w konferencji „2+4” w sprawie zjednoczenia Niemiec. Droga do tego wiodła przez przekonanie do polskich racji każdego z uczestników konferencji, w tym ZSRR. Tak trudno to zauważyć?

Warto, przeglądając „Gazetę Wyborczą” z tamtego czasu, przeczytać analizę Janusza Reitera, późniejszego ambasadora Polski w RFN, który pisał 14 lutego 1990 r., dlaczego z wycofaniem wojsk ZSRR z Polski nie należy się spieszyć: „Zachodni politycy są gotowi zrozumieć obawy wielu Polaków związane ze zjednoczeniem Niemiec, ale nie potrafiliby pojąć, dlaczego naród, który boi się jednego sąsiada, zraża do siebie drugiego”.

Więc jeśli już stawiać taki zarzut pierwszemu rządowi III RP, byłoby znacznie uczciwiej mówić, iż nie było to zaniedbanie czy strach przed „Ruskimi”, lecz świadomy wybór metody nacisku na Niemców. A Mazowiecki już w marcu 1990 r. mówił publicznie, że wycofanie wojsk radzieckich z Polski jest przesądzone.

Wrażenie nierzetelności potęgują błędy w datach czy miejscach zdarzeń. Autor podaje często hipotezy, których w ogóle nie konfrontuje z faktami. Pisze np. o „gwałtownym” wzroście wpływów formacji drapieżnych – KPN czy Solidarności Walczącej – przed wyborami 4 czerwca 1989 r. Nie potwierdza tego jednak ani wynik wyborów, w których KPN startowała przeciw drużynie Wałęsy, ani wysoka frekwencja, mimo apeli SW o bojkot wyborów.

Trudno też nadążyć za efektownymi, ale pustymi figurami retorycznymi. Jak można napisać, że 4 czerwca stał się zdarzeniem przełomowym „przez przypadek”, a chwilę dalej, że wtedy komuniści polscy „po raz pierwszy na własnej skórze poznali druzgocącą siłę kartki wyborczej”?

Walka klas, pogarda

Jak na prawicowego publicystę zaskakujące jest marksistowskie ujęcie przez Krasowskiego konfliktu politycznego w III RP, przebiegającego według niego zgodnie z podziałem klasowym: salon-szlachta-inteligenci-elity kontra masy-naród-zwykli ludzie.

W podsumowaniu Krasowski stwierdza: „Elity abdykowały. Uciekły w kawiarnianą dyskusję, w którą wciągnęły miliony Polaków” – co przypomina trochę narzekanie peerelowskiej propagandy z czasów Gomułki.

Kwintesencją zła elit są politycy UW: „Twardą grę polityczną widzieli jako erupcję plebejskości, dzikiej i barbarzyńskiej. Uważali, że są obrońcami standardów w polityce”, tymczasem „na politykę próbowali narzucić standardy zupełnie jej obce. Standardy inteligencko-szlacheckiego salonu”.

Atak Wałęsy na elity jest dla Krasowskiego całkowicie usprawiedliwiony: „Winowajcą nie był Wałęsa, oskarżany potem o wszczęcie antyinteligenckiej kampanii, ale intelektualiści, którym zabrakło wyobraźni, aby dostrzec, że właśnie takie reakcje prowokują. Jeszcze przez wiele lat język polityczny Unii powszechnie będzie postrzegany jako ekspresja klasowej pogardy”. Szkoda jedynie, że nie podaje żadnego cytatu, który by tej pogardy dowodził. Tymczasem, to jego stwierdzenia wyglądają na pogardliwe.

Uderzające jest, jak silnie to uczucie Krasowski wyraża wobec konkretnych osób. Zbigniew Bujak to bystra kwiaciarka Bernarda Shawa, „która po roku pracy nad dykcją i manierami stała się wytworną damą”. Dlaczego? Bo skończył studia, zrobił doktorat i wszedł do środowiska warszawskiej inteligencji, przyjął jej kody.

Krasowski zarzuca mediom, że „z założenia pogardliwie traktują chłopów i wieś”. A sam o Waldemarze Pawlaku pisze, że „nie miał elementarnej wiedzy”; „władzę w Polsce przejął polityk niedojrzały, którym kierował nie rozum, lecz instynkt, banalny chłopski konserwatyzm”.

Według Krasowskiego „Balcerowicz w życiu publicznym poczuł się nadczłowiekiem”, ale nie daje na to żadnego argumentu, poza trudnym charakterem wicepremiera, co może i jest prawdą, ale zupełnie nie na ten temat.

Podobnie traktuje nieżyjącego Bronisława Geremka: „onieśmielał, przy nim ludzie czuli się mali i głupi”, a „jego wyniosłość bywała arogancka”. Twierdzi, że Geremek uruchomił bezwzględną krytykę Zdzisława Najdera, gdy Wałęsa powołał go w lutym 1990 r. na szefa Komitetu Obywatelskiego. I insynuuje: „Po raz pierwszy otoczenie Geremka zastosowało strategię, którą potem będzie powtarzać wobec swoich przeciwników: przedstawiania ich jako ludzi pozbawionych opozycyjnych zasług”. Tu wyjątkowo dobrze widać, jak na jakości analiz Krasowskiego odbijają się dzisiejsze teorie Kaczyńskiego.

Z lubością bierze Krasowski odwet na politykach, do których antypatii nie kryje. Przedstawia ich jako nieudaczników. Szczególnie mocno daje wyraz swemu cierpieniu z powodu pochwał dla Tadeusza Mazowieckiego i jego rządu coraz częściej się pojawiających wraz z upływem czasu.

A w lustrze autor

Co z tego, że czasem w tym, co pisze Krasowski, jest rzeczowa krytyka? Że „lustracja nigdy nie była państwową koniecznością. Ani bezpieczeństwo, ani interes państwa jej nie wymagały”; była tylko „potrzebą środowiskową”.

Że ma rację pisząc, iż UW „wolała być sumieniem polskiej polityki niż jej realnym władcą”. Że potrafi pochwalić jej środowisko, którego nie cierpi, za weryfikację służb: „to była jedna z ładniejszych kart najnowszej polskiej historii (…). Wbrew podejrzeniom prawicy resorty siłowe okazały się ważnym filarem młodej demokracji”.

Że potrafi świetnie scharakteryzować lewicę (postkomunistyczną) po 1989 r., rzeczowo i bez ideologii. Że umie ostro i trafnie skrytykować nawet Kaczyńskiego.

Ta książka mało nam mówi o politykach i polityce polskiej lat 1989-95, której analizą Krasowski ma ambicję się zajmować. Nawet nie ma w niej dzisiejszych ocen Wałęsy dotyczących wojny na górze, które są mocno odległe od tego, co mówił w tamtym czasie. A przecież o to podobno chodziło, by sens tamtej polityki ujawnił się po latach.

Więcej nam ta książka opowiada o jej autorze i jego fobiach. O meandrach duszy prawicowego publicysty. Bo z jednej strony doskonale rozumie on obiektywną wymowę faktów, ale z drugiej nie może się do tego przyznać, więc uprawia ekwilibrystykę słowno-pojęciową na użytek swojej wizji świata. Po gazetach, po polityce przyszedł czas na tabloidyzację naszej historii. W tej dziedzinie Krasowski, jako były redaktor „Faktu”, jest profesjonalistą.

W jednym trzeba mu przyznać rację. Na pewno udało mu się pokazać, jak karykaturalnie wyglądałaby nasza najnowsza historia polityczna, gdyby wszystkie kryteria polityki i jej analizy sprowadzić do poziomu Jarosława Kaczyńskiego. To jest prawdziwie świeże spojrzenie, ale chyba nie o takie Krasowskiemu chodziło.

Wojciech Mazowiecki 


Robert Krasowski, „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne 2012

Gazeta Wyborcza, 26-27.05.2012

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. spróbujMy 2012-05-27
    • Cezary Bryka 2012-05-27
      • spróbujMy 2012-05-28
        • Cezary Bryka 2012-05-28
  2. Anna Malinowska 2012-05-27
    • kuba 2012-05-28
    • markor 2012-05-28
  3. kuba 2012-05-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com