Wiktor Jerofiejew: Czeka nas pół-stagnacja

2012-05-28.

Rozmawia Sławomir Popowski

„…Nasza najbardziej realna przyszłość to pół-stagnacja. To nam teraz grozi…”


– W Rosji znów zaczęło się gotować. Co spowodowało, że po putinowskiej „dekadzie stabilizacji” i czterech latach prezydentury Miedwiediewa, rosyjska polityka ponownie przenosi się na ulice.

– Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że putinowska stabilizacja okazała się fantomem. Gdy odchodził Jelcyn, Rosja tak naprawdę potrzebowała nie tylko stabilizacji, ale i modernizacji. Tymczasem przyszedł człowiek, który ze swoimi KGB-owskimi korzeniami był w stanie jedynie zakonserwować zastany układ; polityk, który nie podejmuje strategicznych decyzji, za to jest bardzo sprawnym i chytrym taktykiem. Jak przystało na oficera służby bezpieczeństwa. W końcu stabilizacja, to również sprawa bezpieczeństwa. I to nie przypadek, że ok 80 proc wyższych urzędników rosyjskich wywodzi się ze środowiska „czekistów”. W ten sposób zbudowano cały hierarchiczny model władzy.

Być może było to nawet potrzebne. Rosja to kraj bardzo zróżnicowany. W jej składzie są republiki, jak Baszkiria, Czeczenia, czy Inguszetia, w których bardzo trudno przedstawić sobie klasyczną demokrację. Ale i sami Rosjanie, zwłaszcza na prowincji, nie byli jeszcze gotowi do demokracji. Choćby dlatego, że ich doświadczenia w tej dziedzinie, mówiąc delikatnie, były bardzo skromne, a tradycja polityczna – zupełnie inna. Biegunowo inna. A potem przyszedł Miedwiediew – choćby i po to, aby przez cztery lata przypilnować kremlowskiego tronu – który otwarcie i głośno powiedział, że u nas wszystko jest złe…

– Właśnie o to chciałem zapytać. Niedługo po objęciu prezydentury w rosyjskim Internecie ukazał się jego głośny i bardzo krytyczny artykuł: „Rosjo naprzód”. Pojawiło się też nowe hasło programowe: „albo Rosja będzie się modernizować, albo czeka ją marginalizacja”. Myślisz, że była to własna inicjatywa Miediwiediewa, skoro dziś już wiemy, że cała ta „rokirowka”, zamiana miejscami na stanowisku prezydenta i premiera, od początku była grą, a sam Putin ani na sekundę nie oddał rzeczywistych sterów rządów?

– Miedwiediew miał swoją grupę wsparcia. W rzeczywistości ten głośny tekst, o którym wspominasz – „Rosjo naprzód” – napisał ktoś zupełnie inny, ale fakt: Miedwiediew go podpisał. Problem w czym innym: prawdą jest że Miedwiediew nazwał większość bolących miejsc, z jakimi boryka się Rosja; mówił o systemowym charakterze tych bolączek, ale nie zrobił nic, aby to zmienić. I jeśli już za coś go chwalić, to właśnie za to, że te problemy przynajmniej otwarcie wymienił. Teraz przychodzi Putin, który znów na pierwszym miejscu stawia kwestię stabilizacji, spokoju… Mówiąc inaczej: Miedwiediew chcąc nie chcąc rozkołysał łódkę, a Putin chce, aby – używając języka żeglarskiego – znów przyszedł „sztil”.

Ludzi – i to nawet tych, których tandem Putin-Miedwiediew mógł uważać za swoich zwolenników – przede wszystkim oburzyła cyniczna roszada, jaką zapowiedzieli jesienią ubiegłego roku. I był to już znak, że reżim słabnie. Później doszły jeszcze do tego fałszerstwa i manipulacje wyborcze. Ponieważ Putin szedł po władzę, to za wszelką cenę musiał wygrać wybory parlamentarne. Lokalne elity, które zdawały sobie sprawę, że jeśli wybory zostaną przegrane, to stracą wpływy i swoje stołki – chętnie mu w tym pomogły. Zresztą wprost tego od nich zażądano. Na masową skalę uruchomiono to, co w Rosji nazywa się „administracyjnym resursem”, dorzucając sfałszowane głosy wszędzie gdzie tylko się działo…

Robiło to paskudne wrażenie. Zwłaszcza, że postępowano tak właściwie otwarcie, nie licząc się z opinią wyborców, którzy poczuli, że traktowani są jak bydło. A ponieważ wymagało to zaangażowania wielu ludzi, to w końcu znaleźli się i tacy, którzy otwarcie o tym powiedzieli i zaprotestowali.

Te trzy czynniki – Miedwiediew, rokirowka-roszada i jawne oszustwa wyborcze – stały się detonatorem masowych, jak na warunki rosyjskie, protestów. Przede wszystkim w Moskwie…

– No właśnie, mówiąc o tych protestach używamy wielkich słów: „Rosja się przebudziła”, „Rosja wrze”, ale pytanie: cała Rosja, czy tylko Moskwa, Petersburg i jeszcze kilka innych miast?

– Rzecz w tym, że sytuacja na tzw. prowincji jest o wiele gorsza niż w Moskwie. Niskie pensje, widmo bezrobocia itd. Różnica polega na tym, iż w okresie ostatnich dziesięciu lat w Moskwie, Petersburgu i jeszcze w kilku innych miastach ukształtowała się już klasa średnia. Innymi słowy pojawili się ludzie, którzy gotowi byli gotowi zaprotestować przeciwko tak jawnym oszustwom wyborczym, politycznym. Oczywiście, wydawałoby się, że sprzeciw powinien zacząć się na prowincji, gdzie – jak mówiłem – sytuacja jest znacznie trudniejsza, ale sęk w tym, że w przytłaczającej większości ludzie prowincji, to ludzie, którzy walczą o przetrwanie. Dla nich polityka jest rzeczą obojętną, skoro nie mają żadnej gwarancji przyszłości, a ich byt jest zagrożony i uzależniony od miejscowych układów, od władzy. Gdyby żyli lepiej, ich mózgi zaczęły by pracować, ale nie pracują. I taka w przytłaczającej większości jest Rosja. Niestety.

– Pytanie więc z innej strony. Lilia Szewcowa proszona o skomentowanie ostatnich wydarzeń i pytana co będzie dalej, odpowiedziała: władza będzie ta sama, ale Rosja jest już inna. To znaczy, jaka?

– Moim zdaniem to zbyt jednoznaczna odpowiedź. Jeśli mówimy, że Rosja się przebudziła, to na pewno dotyczy to tylko części jej obywateli. Większość być może nawet nie zauważyła tego, co się dzieje. Telewizja, tak mocno związana z władzą, robi wszystko, aby skompromitować opozycję, jej przywódców; przedstawia ich jako prowokatorów. I rzeczywiście, podczas demonstracji poprzedzającej „carską” inaugurację prezydentury Putina, było tam wielu, którzy rzucali w policję butelkami i kawałkami wyrwanego z ulic asfaltu. Tyle, że przysłał ich kto inny. Uważam to za fałszywy ruch władzy, ponieważ jedynie „podkręca” atmosferę i radykalizuje opozycję.

Z drugiej strony, ponieważ prowincja jest politycznie mało aktywna, to politycznie przegrywa ją również obóz Putina. Kiedyś było w nim coś „carskiego”, sakralnego, a teraz to poparcie – właśnie na prowincji – jest już coraz bardziej letnie, nie tak zdecydowane jak kiedyś. I nawet najbardziej proputinowskie media nie są w stanie wiele zrobić, aby zmienić ten już bardzo wyleniały wizerunek władzy. A skoro tak, to coraz więcej jest nieufności, ironii… Wreszcie, nie zapominajmy, że nie tylko „liberałowie” obrazili się na nieuczciwe wybory. Także komuniści, „Sprawiedliwa Rosja”…

– I twoim zdaniem Putin rzeczywiście słabnie?

– Tak. Jest coraz słabszy

– Krótko przed inauguracją Putina wydawało się jednak, że sytuacja się uspokaja. Rosyjscy komentatorzy pisali nawet, że fala demonstracji opada, zaś ruch protestu przechodzi w nowe stadium, przy czym nikt nie potrafił zdefiniować, w jakie?

– Nie zgadzam się z tymi opiniami. Myślę, że protesty społeczne przekroczyły już pewien poziom krytyczny i dziś nie ma już powrotu do tego, co było wcześniej. Dla młodego pokolenia to zupełnie nowe doświadczenie. Dla ludzi, którzy po raz pierwszy po latach znów wyszli na ulice, aby dać wyraz swojemu niezadowoleniu Putin przestał być już figurą sakralną, a skoro tak, to zmienia się również stosunek do władzy. I tego nie da się już zmienić, zatrzymać. Dlatego myślę, że władza znów spróbuje odwołać się do jakiejś formy przemocy. Kogoś posadzą, podobnie jak Chodorkowskiego; będą próbować podzielić ruch protestu, zdyskredytować go itd.  Niewykluczone, że w policji powołają  nowe departamenty, które będą wszystko śledzić, „rozpracowywać”, wprowadzać do ruchu swoich agentów i prowokatorów… Słowem stosować będą klasyczne metody KGB.

Nie zapominajmy jednak, że i sam ruch protestu ma wiele słabych momentów. Jego działacze domagają się uczciwych wyborów, co jest hasłem szczytnym, ale i ryzykownym, bo nie ma żadnej gwarancji, że ci nowowybrani okażą się lepszymi od Putina. Gdyby dziś w Rosji przeprowadzić uczciwe wybory do władzy, mogłyby dojść i siły znacznie gorsze od Putina: faszyści i nacjonaliści, a w republikach – separatyści, islamiści itp. Z tego trzeba zdawać sobie sprawę.

Poza tym, pod względem ideowym, opozycja jakby zatrzymała się w miejscu, a to spowodowało, że w jej szeregach do głosu zaczęły dochodzić siły radykalne. Będzie z nimi toczona ostra walka, ale to niewiele zmieni, bo – zgodnie z ogólną tendencją – pewnie dalej będą się radykalizowały. To z kolei może spowodować jeszcze ostrzejsze reakcje ze strony władzy i spirala będzie się nakręcać.

Uważam, że Rosja potrzebuje dziś oświeconego, bardziej „europejskiego” lidera, ale takiego nie ma…

– Przecież, powiem prowokacyjnie, macie lidera – Putina…

– No nie. Chodorkowski też jest potencjalnym liderem…

– …Ale żeby mógł nim zostać w realnym świecie należałoby go…

– … Uwolnić i włączyć do życia politycznego. Żeby tak się jednak stało, konieczna byłaby wcześniej zamiana na szczytach władzy. A to rzeczywiście jest mało prawdopodobne. Putin musi dziś bronić nie tylko tronu kremlowskiego, ale i wolności. Chodzi już nie tylko o majątek, ale i o jego własne bezpieczeństwo. Z drugiej jednak strony, nie zapominaj, że Putin, a potem Miedwiediew doprowadzili do tego – jeśli nie liczyć sprawy Chodorkowskiego – że Rosja, przynajmniej jak dotąd, jest wolna od strachu. Teraz dalszy bieg wydarzeń może być różny. Jeśli dodać do tego wszystkiego zagrożenia ekonomiczne i finansowe, odwrót od Europy w stronę wschodu itd, to jest duże prawdopodobieństwo, że nadchodzące lata będą dla Rosji przegrane…

– Putin będzie rządził sześć lat, a może i dwanaście…

– … Zgoda, ale tego nie możemy dziś prognozować. Co innego jest ważne. Każdy ma swoje ograniczenia. Prezydent też. Jego „korytarz możliwości” jest bardzo wąski. Demokracji on nie prowadzi, ale i wyleniały totalitaryzm też nie na wiele się zda, bo bez ideologii byłoby to trudne do zaakceptowania przez klasę średnią. Jeśli z kolei zwróci się w stronę Cerkwi i zechce zawrzeć z nią sojusz polityczny, to może ona zechcieć poprowadzić kraj w stronę Iranu. I byłby to bardzo trudny eksperyment, bo przecież w Rosji żyją ludzie i innych religii… Dlatego myślę, że nasza najbardziej realna przyszłość to pół-stagnacja. To nam teraz grozi.

– To jak oceniasz szanse obecnego ruchu protestu? Czy na jego bazie da się stworzyć, jakąś strukturę polityczną? Moim zdaniem to ważne pytanie, bo można spotkać się dziś i z takimi krytycznymi ocenami, że owe protesty bardziej przypominają coś w rodzaju happeningów, że protestującym brak jakiegoś spójnego programu i struktur, które byłyby w stanie zorganizować ruch protestu, jako przyszłą siłę polityczną.

– Zgoda. Nie ma struktur i żadnego konkretnego, wewnętrznie spójnego programu politycznego. Dzisiejsza opozycja to jedynie zjednoczona masa niezadowolonych. Są wśród nich i komuniści, i socjaldemokraci, i liberałowie, a pewnie nawet jakaś część faszyzujących nacjonalistów. Mimo wszystko twierdzę jednak, że protest może się rozwijać. I jeśli nawet dziś opozycja ogranicza się do organizowania demonstracyjnych, protestacyjnych spacerów czołówki literatów na moskiewskim bulwarze, to jest szansa na zbudowanie struktur na wzór waszej „Solidarności”. Nawiasem mówiąc, ta idea nawiązania do rozwiązań „solidarnościowych” jest dziś coraz bardziej popularna w kręgach rosyjskiej opozycji. Myślę więc, że jeśli dzisiejszej, ciągle jeszcze nie dość zorganizowanej opozycji uda się znaleźć jakieś strukturalne rozwiązania, jeśli uda się jej przełamać obecne podziały i zjednoczyć liderów, to będzie miała szanse wejść do realnej polityki, nie tylko tej ulicznej.

– Chciałbym „pociągnąć” ten wątek. W latach 80.tych, w końcowym okresie „pieriestrojki” na moskiewskie ulice również wychodziły wielotysięczne demonstracje, nawet liczniejsze od obecnych. Ich skład społeczny też był podobny: dominowała inteligencja i ówczesna, radziecka klasa średnia. I podobne były programowe hasła, sprowadzające się właściwie do jednego: zmienimy władzę i będzie lepiej. A jak to zrobić? Jaki program (poza samą zmianą władzy) będzie realizowany? – Nikt wówczas o tym nie mówił. Pojawił się natomiast charyzmatyczny lider – Borys Jelcyn – i wszyscy zawołali: będzie Jelcyn, będzie lepiej, Rosja stanie się demokratyczną. Teraz, kiedy zapytałem, kto może stać się nowym rosyjskim liderem, odpowiedziałeś bez wahania: Chodorkowski…

– … Powiedziałem: jednym z możliwych.

– Zgoda. Ale ostatnio spotkałem się też i z taką rosyjską opinią, że właśnie brak owego wyrazistego przywódcy jest szansą, bo rodzi nadzieję, że Rosja w końcu uwolni się od swojej klasycznej matrycy, myślenia w kategoriach, że oto przyjdzie dobry car, lider i będzie lepiej. Uważasz, że jest jakaś szansa na przełamanie tego przeklętego mechanizmu rosyjskiego wahadła, od rewolucji do dyktatury i z powrotem?

– … Jechaliśmy dzisiaj razem i za pierwszym podejściem, niejako z marszu, udało ci się  zaparkować samochód, choć wydawało ci się to niemożliwe. Coś podobnego jest i z Rosją; wierzę, że za kolejnym razem, może właśnie teraz, uda się jej wyjść z tego zaklętego kręgu. Dziś mamy relatywnie słabą opozycję, ale i władza prezydencka jest słabsza niż wcześniej. W takim państwie i społeczeństwie wszystko jest możliwe. I dobre, i złe.

A co do lidera? – Powinien to być przywódca, który będzie działał nie według racjonalnych, logicznych schematów Zachodu, lecz znajdzie to, co skupi wokół niego ogromną liczbę zwolenników. Nawiasem mówiąc, Jelcyn niczego szczególnego nie wymyślił, był bardziej charyzmatycznym przywódcą niż dobrym politykiem. Teraz takiego kandydata na lidera nie widzę. Są natomiast sympatyczni i rozsądni ludzie, jak Ryżkow, czy Niemcow. A co będzie dalej? – to zależy. Jeśli ceny na ropę zaczną spadać, to i rubel poleci w dół, a wtedy pojawią się problemy, bo Rosjanom znów coraz trudniej będzie wiązać koniec z końcem i poziom życia, dziś względnie dobry, zacznie się obniżać.

– Jesienią ub. r., po ogłoszeniu owej feralnej roszady, zamiany miejscami prezydenta i premiera, Lilia Szewcowa powiedziała, że w rosyjskich warunkach może to oznaczać tylko jedno – że od tej pory zmiana władzy w Rosji będzie możliwa tylko drogą rewolucji. Zgadzasz się z tą opinią?

– To smutne. Ale zależy o jakiego typu rewolucji mówimy. Jeśli aktywizują się radykalne elementy, kiedy rodzi się nienawiść, z reguły prowadzi to pojawienia się równie radykalnego, surowego reżimu. Nie sądzę, aby liberałom udało się nad tym zapanować. Przypomnijmy Rosję z 1917 r., kiedy do władzy doszli bolszewicy. Dziś groziłoby nam to samo ze strony partii nacjonalistycznych i komunistycznej.

Mówiąc inaczej, stoimy na rozdrożu. I bardzo trudno jest przewidzieć, w którą stronę pójdzie Rosja. Uważam jednak, że to co się stało w ostatnich miesiącach jest bardzo ważne. Już widzimy na ile cyniczny jest obecny reżim. I na ile bezradny, czego nie dostrzegaliśmy jeszcze do niedawna, pół roku temu.

To, co zdarzyło się w ostatnich miesiącach jest czymś nowym. Do rewolucji październikowej Rosja była bardzo kreatywna dzięki swojej warstwie oświeconej i tę warstwę potrafiła stworzyć. Obecnie – dla was to będzie nowość – też jest w stanie kreować nowe, pozytywne idee polityczne.

Po drugie – Rosja taka, jaką jest dzisiaj nie jest w stanie wrócić do przeszłości bez jakichś wielkich wstrząsów. Powodem może być albo Putin, który przeleje krew, albo dojście do władzy jakiejś radykalnej opozycji. Sądzę jednak, że wszystko będzie toczyło się jak dotąd. Protesty będą obejmować coraz więcej młodych, a ponieważ żyjemy w wieku internetu, facebooka i twittera to właśnie ta przestrzeń będzie wykorzystywana jako pole sporu ideowego i politycznego, miejsce w którym opozycja będzie się wyrażać i organizować.

– To jesteś optymistą, czy pesymistą?

– Myślę, że po tym co działo się w grudniu ub. r jest więcej powodów dla optymizmu. Choćby dlatego, że po raz pierwszy od dawna klasa średnia i inteligencja pokazały swoją siłę. Wcześniej była to grupa raczej zamknięta w sobie i praktycznie nie widoczna. Poza tym, ostatnie wydarzenia ujawniły, jak duży jest front sprzeciwu wobec władzy i Putina. Że obejmuje on nie tylko wspomnianą wyżej klasę średnią i inteligencję, ale także oligarchów, pisarzy i artystów.

– Są jeszcze jednak jeszcze i wpływowe siły bezpośrednio związane ze strukturami  siłowymi, które myślą zupełnie inaczej.

– Widzisz, rzecz nie w pojedynczych, konkretnych osobach. Problem polega na tym, że cały reżim opiera się na „czekistach”, że 80 proc kadry kierowniczej wywodzi się z tych środowisk. I oni nie chcą i nie mogą oddać władzy, bo nie wiedzą czym się to zakończy, kto pójdzie pod nóż, a kto trafi do więzienia. Dlatego będą walczyć o utrzymanie status quo do upadłego. Podobnie zresztą jak i opozycja. Dlatego tworząc polityczne struktury opozycyjne trzeba myśleć o tym, jak skutecznie walczyć o władzę, nie doprowadzając do ostateczności – tj. przelewu krwi. A do tego potrzebni są rozsądni ludzie. Są tacy.

– Jeśli jednak nie rewolucja, to co? Kolejna „pieriestrojka”? Z tym związane jest jeszcze jedno pytanie. Weźmy hasło modernizacji. Z jednej strony mówimy: tak, Rosję trzeba reformować, ustanowić nowe reguły gry, ale – z drugiej strony – słyszymy też: wiemy dobrze czym zakończyła się ostatnia fala liberalizacji – rozpadem Związku Radzieckiego. I jeszcze jedna rosyjska antynomia: sami Rosjanie mówią o sobie: „my dogoniajuszczaja stran” – kraj, który stale musi nadrabiać cywilizacyjne opóźnienia wobec Zachodu. I jeśli tego nie zmienimy, jeśli Rosji nie zmodernizujemy, to znowu, jak wiele razy w przeszłości, wpakujemy się w rozwojową, historyczną ślepą uliczkę. Więc konieczne są reformy, ale co wtedy z marzeniem o Imperium. Kiedy carowi Aleksandrowi II przyniesiono projekt Konstytucji, on – największy liberał wśród rosyjskich władców, car-reformator, jak o nim mówiono – odpowiedział, że nigdy takiej Konstytucji nie podpisze, bo to będzie koniec Imperium. Pytanie więc: jak teraz uporać się z tym dylematem, który w zmodyfikowanej wersji także dzisiaj stoi przed Rosją?

– To imperialna pułapka, w którą raz za razem wpada Rosja. Pułapka polityczna. W przypadku liberalizacji rzeczywiście nie można wykluczyć rozpadu Rosji. Nikt tego nie chce, a władza gra właśnie na tych strachach. Ale też nikt nie może zagwarantować, że to się nie stanie.

– Tak właśnie przegrał Gorbaczow. Nie można było demokratyzować systemu, bez demokratyzacji Imperium, a to oznaczało dać prawo samostanowienia Litwinom, Łotyszom, Ukraińcom itd. I proces „poszoł”… Dziś w Rosji też się mówi: jesteśmy odłamkiem, ogryzkiem Imperium…

– Dokładnie tak. Tyle, że teraz rzecz idzie nie o dawne, radzieckie republiki bałtyckie, ale o Kaukaz, czy separatystów w Tatarstanie. Sęk w tym, że Rosja w dzisiejszej postaci jest mało atrakcyjna, brakuje jej tego co nazywa się soft power. Wlk. Brytania  mogła pożegnać się z imperium, ale jego dawne części do dziś pozostają w brytyjskiej wspólnocie. W przypadku Rosji byłoby to niemożliwe. Sęk w tym, że w ramach normalnego procesu demokratycznego rozwiązanie tego problemu jest praktycznie poza zasięgiem rosyjskich możliwości. Byłoby to możliwe jedynie gdyby był silny lider…

– I wracamy do początku, znów o wszystkim ma decydować silny przywódca…

– Tak

– I możemy tylko liczyć, że okaże się on jednocześnie wielkim i szczerym demokratą.

– Tak. W latach 90. nasi demokraci byli zbyt naiwni. Przychodzili wtedy do mnie – nazwiska pominę – i skarżyli się, przecież nie będziemy walczyć z Żyrinowskim, który obiecuje to, czego nigdy nie będzie w stanie wypełnić. A ja im tłumaczyłem, że to złe podejście, że muszą uczynić swój program bardziej atrakcyjnym dla wyborców, bo jeśli tego nie zrobią, to przepadną. I przepadli.

Dziś bez lidera byłoby bardzo trudno. Być może za 6 lat Putin odejdzie. Niewiele już może obiecać. Putin kaput. zapamiętaj.

– To jeszcze jedno. Po raz pierwszy mamy do czynienia z ciekawym zjawiskiem: nie czekając na pojawienie się nowego przywódcy młodzi ludzie, krytycznie nastawieni wobec władzy, sami zaczęli walczyć o mandaty w na szczeblu lokalnym. I wygrywają! W Moskwie na 1500 nowych mandatów, 500 zdobyli właśnie kandydaci niezależni. Czy to nie jest dobry przykład demokracji budowanej od dołu? Z drugiej strony, bardzo mnie zasmuciłeś mówiąc podczas jednego ze spotkań, że 80 proc Rosjan jest jeszcze bardziej konserwatywna, aniżeli Putin.

– Rzeczywiście tak twierdzę. Putin wcale nie jest tak konserwatywny, jak gotowi jesteśmy sądzić. Nawet jego doświadczenie NRD-owskie, gdzie pracował, jako oficer KGB, to było jednak doświadczenie europejskie. Zgoda, jego retoryka jest zdecydowanie anty-zachodnia, ale uwierz mi: to tylko retoryka.

Powiem tak: Putin dziś to swego rodzaju sposób na przetrwanie Rosji w jej dotychczasowym kształcie, na zakonserwowanie obecnego układu i modelu rozwoju. Ale Rosja się zmienia. Może najszybciej w Moskwie, gdzie życie stało się rzeczywiście coraz bardziej interesujące, ciekawe. I to chyba nie jest przypadek, że właśnie w Moskwie popularność Putina jest dziś tak niska; że podczas wyborów prezydenckich trzeba było przywozić ludzi z innych części kraju ludzi, aby oddali swój głos na Putina. Bo inaczej – i to w samym centrum Rosji – groziła mu wyborcza kompromitacja. Moskwa, która wyraźnie się przebudziła, wskazuje dziś wektor dalszego rozwoju. I to budzi moją nadzieję.

Szczerze mówiąc to żal mi trochę Miedwiediewa. I pewnie ciebie zaskoczę, ale twierdzę, że podczas swojej prezydentury, przez to, że zaczął po imieniu nazywać problemy, a w rezultacie rozkołysał łódkę – naprawdę wiele zrobił dla Rosji. Powiem więcej: być może kiedyś zatęsknimy nawet za tym maleńkim, ale bezsilnym człowiekiem.

– Nie miał żadnych szans…

– Tak, to prawda. O ile mi wiadomo, mniej więcej na rok przed zakończeniem kadencji Miedwiediewa jego otoczenie namawiało go, aby tak prosto nie oddawał władzy. Ale nie odważył się na taki krok, wolał pozostać lojalny wobec przyjaciela Putina, który na cztery lata oddał mu prezydenturę. I mimo wszystko coś się za jego czasów zmieniło – Rosja się przebudziła. Za to obecna władza zrobi wszystko, aby spacyfikować narastający ruch protestów i warto za tym śledzić, bo to ludzie z wielkim doświadczeniem w prowadzeniu spec-polityki.

– A co potem?

– A potem zapanuje cisza i spokój, letarg przypominający śmierć, pół-stagnacja.

– Nowa epoka zastoju?

– Zastój to już jest. Ale może być i inna droga – „irańska”. Ogłoszą narodziny nowej wielkiej cywilizacji i każą jednoczyć się wokół cerkwi, podporządkowując się jej zasadom. Słowem, zatriumfuje nacjonalizm i historia potoczy się jak za czasów Aleksandra III. A wiemy, czym się to zakończyło: 1905 r i kolejną rewolucją.

– Znowu przyjdą bolszewicy?

– Nie sądzę. Bardziej mnie niepokoją nacjonaliści. Są jeszcze bardziej radykalni.

– To w końcu uda się zatrzymać to przeklęte „rosyjskie wahadło” – od rewolucji do zniewolenia i z powrotem?

– Rosja ma już swoją średnią klasę, ma mądrych ludzi, specjalistów, w tym i oligarchów. Są więc instrumenty

– To już na sam koniec, zupełnie prywatnie: od dwóch dni jesteś w Warszawie. Nie masz jeszcze dość pytań, o to co dzieje się w Rosji?

– Nie. To taki nie kończący się łańcuch. Moi kalifornijscy przyjaciele, przy toaście, kiedy stukamy się kieliszki, mówią „na zdorowie”… Miałem już tego dość więc powiedziałem, że po rosyjsku  tak się nie mówi; to toast polski, a nie rosyjski. U nas tak mówi mama, albo babcia, kiedy dziękujesz im za obiad, albo ciastko. No i co? – Po roku znowu byłem w Kaliforni, a oni po dawnemu znów podnoszą toast: „na zdorowie”. Okazuje się, że są stereotypy silniejsze od wszystkiego. Coś podobnego jest z Polakami. Stale zadają te same pytania, ale poza nielicznymi wyjątkami, właściwie sposób myślenia o Rosji się nie zmienia. Są pytania, ale odpowiedzi przyjmuje się do wiadomości tylko wtedy, gdy są zgodne z tym, w co wierzy pytający. Dla Polaków, cokolwiek by się u nas nie działo, Rosja pozostaje krajem strachu i strasznej historii – krajem, od którego nie należy oczekiwać niczego dobrego. I – paradoksalnie, w jakimś sensie – pewnie pomaga to Polakowi zachować swoją polskość. Czuje, że żyje na granicy cywilizacji, a tę swoją próbuje chronić przed mrozem ze Wschodu…

Sławomir Popowski

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. Roman Strokosz 2012-05-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com