Alina Kwapisz-Kulińska: Pożar! Pożar! Coś nareszcie dzieje się!

szpieg mikrofon2014-06-21. Było obrzydliwie nudno (wciąż te zakupy i grille). Było coraz mniej śmiesznie. A za bardzo byle jak, niepatriotycznie, międzynarodowo, indyferentnie. Frustracja rosła. Para zaczęła wypełniać kociołek. Wszyscy ją znamy. Z telewizji. Z radia. Z internetu. Coś musiało się stać. Dlaczego teraz? A dlaczego nie?

Było za pięknie

Główna partia koalicji, PO, znienawidzona przez cała opozycję – od lewa do prawa – zaczęła obrastać w piórka. Odzyskiwać punkty tracone nieuchronnie podczas drugiej, precedensowej w Polsce kadencji rządów. (Już sam ten sukces o ból zębów przyprawia opozycję, bo jak to się ma do dwuletnich rządów PIS-u, nawet gdy dołączyć do nich rządy Jana Olszewskiego?)…

Tak więc PO zaczęła znów piąć się w górę. Między innymi dzięki sytuacji międzynarodowej. Ale i dzięki znanej do lat nieudolności partii opozycyjnych, dość żałośnie wiecujących na Majdanie. Ich niemoc obnażyły w pełni wybory do PE. Wprawdzie POPiS, a więc dwie główne siły w przeciąganiu liny, poszły łeb w łeb, ale jednak PiS musiał przełknąć gorycz porażki, siódmej czy którejś tam z rzędu.

Wcześniej szanowny prezes tej partii, Jarosław Kaczyński, nazywany przez zwolenników premierem, przekonał się, że tak dla niego ważna kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej nie rozpaliła ogniska tak, jak na to liczył. Fajerwerki towarzyszyły natomiast obchodom państwowym – 25-lecia pierwszych wyborów, które zakończyły eksperyment PRL-owski i włączyły Polskę do czołowych demokracji świata. Czego potwierdzeniem była wizyta prezydenta USA. I jego spotkania z osobami – z przyjmującym go prezydentem Komorowskim, namaszczonym przez PO, oraz z prawdziwym polskim premierem Donaldem Tuskiem i prawdziwym ministrem spraw zagranicznych. Czy tego było za dużo? A jeżeli tak, to komu? Nudę i zbrzydzenie normalnością przerwało upublicznienie „taśm prawdy”.

Wreszcie zrobiło się ciekawie

Podnieceni mniej lub bardziej szacowni weterani lub młodzi adepci mediów nagle znaleźli się w centrum zainteresowania. Ich wolny głos (od czego wolny?), łamiący się z emocji lub schrypnięty, zaczął wyznaczać standardy, jakich jeszcze nie było. Ktoś rzucił zapałkę. Ogień od razu wystrzelił. I wciąż się tli, za sprawą dorzucanych do niego stron wydartych z gazet (skoro się jeszcze drukuje na papierze…).

Wiadomo, że ktoś szykował pożar od dłuższego czasu. Na razie nie wiadomo, jak długiego, bo płoną tylko dwa domostwa. Może od wyborów w roku 2011? Znów wygranych przez „Tuska”, przez „ryżego kundla”, jak go – a jest to jedno z łagodniejszych określeń – nazywa anonim internetowy pod którymś ze 150 nicków, przez… kto chce, może sobie poczytać codzienny stek wyzwisk w największych portalach, w internetowych wydaniach najpoczytniejszych tygodników („Wprost” do niedawna do nich nie należało…) i gazet, mniej lub bardziej obrazkowych.

[box title=”Do przemyślenia” border_width=”2″ border_color=”#dd3333″ border_style=”solid” bg_color=”#eded93″ icon=”thumbs-up” icon_style=”border” icon_shape=”circle” align=”center”]Nawet jeżeli PiS nie jest siłą sprawczą podsłuchów, odpowiada za nie moralnie, używając w stosunku do rządu i osobiście do premiera oskarżeń o zdradę. Byłoby to śmieszne, gdyby nie to, że jest tak straszne.[/box]

Bez rozwikłania trasy, jaką szedł podpalacz, będziemy skazani na domysły. A kto mu dał do ręki zapałki?

Nagrywano nielegalnie

To pewne. Podobno dziennikarze z działów śledczych – a jakże, czyli tych mających odpowiednie kontakty z… z kim, koteczku? – dostali materiały z podsłuchów oraz wykonane na ich podstawie stenogramy, zawierające zaznaczenie celniejszych czyli budzących grozę partii wypowiedzi członków rządu. (Wężykiem, Jasiu, wężykiem).

Bo z dotychczasowych przekazów wiadomo, że nagrywano z upodobaniem tylko członków rządu i tylko tych związanych z PO. A więc z jedną z partii koalicyjnych. Czy nie nagrywano polityków PSL-u? A może oni spotykają się tylko po domach i w gabinetach lub zgoła pod prysznicem przy włączonym radiu? Choć nagrywać można przecież nie tylko przy kotlecie, czego jakiś czas temu doświadczył obecny minister Marek Sawicki (z racji nagrań przez jakiś czas stracił stanowisko, ale wrócił), a w nieco innych okolicznościach – były premier Józef Oleksy.

Dlaczego więc upubliczniane są – i zapowiadane, bo ta tajnie kręcona „Gra o tron” ma mieć nowe odcinki, nie wiadomo od jakiego czasu nagrywane – tylko nagrania ministrów PO? Pytanie chyba naiwne, a na pewno retoryczne. Aby na nie odpowiedzieć, trzeba złapać podpalacza. Czyli tego, który podłożył ogień. I nie mam na myśli ręki, która gdzie trzeba położyła pluskwy czy dyktafon (jakoś tak pamiętam, że to ulubiony gadżet b. ministra rządów PiS-u Ziobry). Ale tego, kto nagrywanie wymyślił. Niezależnie do intencji, to w świetle prawa przestępca.

Słowa uwolnione

Zainspirować go mogło nagranie prywatnego życia senatora i znanego autora scenariuszy Krzysztofa Piesiewicza. Wolne media i niezależne dziennikarstwo kazały nagrania, uzyskane nielegalnie przez szantażystów, opublikować na pierwszych stronach niektórych gazet. Jako sensację. Wobec oskarżeń senator zawiesił swoje członkostwo w klubie partii, z której ramienia startował (PO). W kolejnych wyborach nie startował.

Jako pendant do jego sytuacji przypomnę, także pokazywaną w mediach, niedawną kompromitację Przemysława Wiplera, posła z partyjki Zbigniewa Ziobry, która wypączkowała z PiS-u. (Przepraszam, nie pamiętam jej nazwy, a zresztą i nie wiem, czy nadal istnieje. Zdaje się, że z tej zapomnianej przez mnie partii zresztą odszedł i obecnie dumnie, jako forpoczta, reprezentuje partię Korwin-Mikkego). Jego nie nagrano potajemnie. Z monitoringu pochodzą obrazy, na których nietrzeźwy awanturował się i szarpał z policją na ulicy Mazowieckiej. W polityce nadal jest obecny, ba, moralizuje, i owszem. Na temat standardów prawa. Wolność prasy, jak widać, jemu posłużyła. W redakcji tygodnika „Wprost”, który publikuje nielegalne nagrania polityków PO, pojawił się z kombatantem polskiej lewicy Piotrem Ikonowiczem. Jest zadyma – są obrońcy praw wszelakich.

Posłowie wespół z licznymi przedstawicielami mediów występują w obronie tajemnicy dziennikarskiej i prawa do wolności słowa. Jakby ktoś zabraniał im wypowiadać na co dzień i od święta teksty i insynuacje znane od lat! Których słuchać już się nie chce. Ale dziś, proszę bardzo, dmuchają na ogień i go podsycają, pięknie pokazywani w mediach zblokowanych w niechęci do „Tuska”. Bo to ona łączy wszystkich. Od monarchistów po szczerych proletariuszy. Od Palikota (nazwy jego partii o rekordowo szybko straconym kapitale społecznym też nie staram się zapamiętać; pamiętam tylko, że głupia), poprzez SLD po PiS. Jak wiadomo, najbardziej zasłużony w walce o uwolnienie słowa i w ogóle wszystkiego, co się da.

Dowodem konferencja prasowa zorganizowana przez premiera Donalda Tuska w dzień świąteczny o godzinie ósmej rano. Jak wiadomo, dla wielu dziennikarzy to bardziej niż świt. Zjawili się jednak wszyscy i jeszcze za mało im było premierowych wyjaśnień. Domagali się, aby mogli przykładać premierowi jeszcze z kilka godzin. Bo zwyczajowe zadawanie pytań zamieniło się w batożenie premiera. (Swoją drogą, wyobraziłam sobie, jak podobny zmasowany atak zniósłby premier Kaczyński. Podczas niedawnej konferencji zapytany, dlaczego pisze list do prezydenta, którego nie uznaje, wysłał dziennikarkę po odpowiedź do jej „zleceniodawców”, po czym obraził się i dostojnie wyszedł).

Premiera Tuska smagano bezlitośnie, tak jakby to on, metodą znaną z rządów PiS-u, gdy premier dyktował, kogo wyprowadzić w kajdankach o szóstej rano, osobiście wyznaczył i nasłał siepaczy na red. Sylwestra Latkowskiego (znanego rygorystę w przestrzeganiu dziennikarskich standardów) i całą obsadę tygodnika „Wprost” (pionierów w walce o wolność słowa). Premiera, który wykazał się niebywałą wprost cierpliwością, skarciła nawet zasłużona dziennikarka mediów polskich Monika Olejnik. Wyartykułowała odważnie i z przytupem, że dziś całe środowisko dziennikarskie jest przeciw niemu. Skąd to red. Olejnik wie? Czy tak nisko ceni kolegów, że uważa ich za stado baranów? Którzy jak niegdyś w obronie pewnego niezbyt uczciwego dziennikarza dadzą się zamknąć w malowniczej skądinąd klatce przed Sejmem?

Premier apelował o ujawnienie przez media (czyli chyba tygodnik „Wprost”, ale może któreś z mediów jeszcze bardziej niezależnych, a nawet wręcz niepokornych; dziwne, że nie do nich poszedł autor nagrań!) wszystkich podsłuchów. Dla tych, którzy ich dokonali, może to być mniej korzystne niż skazywanie znienawidzonego „Tuska” na walkę z cieniem. Rozłożoną do wyborów, w zależności od rozwoju sytuacji niewykluczone, że przyśpieszonych. Publikowanie nagrań po kawałku jest na pewno atrakcyjniejsze dla podupadającego tytułu „Wprost” niż opublikowanie za jednym zamachem wszystkiego. Podobno dziennikarze dostali nagrania za darmo. Nietrudno wnioskować, że stały się dla niech kwoką znoszącą złote jajka. Pozbędą się jej z ochotą? Czy będą jej podsypywać ziarno, aby lepiej się niosła? W imię świętej ochrony dziennikarskiego źródła, rzecz jasna. Może coś jeszcze przyniesie?

Z rozmysłem nie wnikam w treści zdobyte z podsłuchów. Społecznie mogą być cenne. Obnażanie nieprawidłowości i nieczystej gry w obozie rządzących jest zawsze potrzebne. Bo nikt nie powinien stać ponad prawem. W tym miejscu zakładam, że zarówno autor podsłuchów (zwracam uwagę, że jakoś nikt nie kreuje go na Juliana Assange’a, czy Snowdena, bądź co bądź występujących pod nazwiskami), jak i dziennikarze-demaskatorzy zaczęli od najmocniejszego akordu. Czyli od największej obnażonej niegodziwości. Więcej w niej dymu niż ognia. Co będzie w nagraniach kolejnych? Jakie wina i jakie menu? Jakie grube słowa i jaki obraz politycznej kuchni?

Mnie nagrania dziwnie przypominają materiały chroniących PRL-u Służb Bezpieczeństwa, dziś chronione pieczołowicie w Instytucie Pamięci Narodowej. I te, i tamte opisywały wycinek rzeczywistości i były skierowane przeciw komuś. Młodzieży dopowiem, że wcale nie w interesie społeczeństwa, choć tak mu wmawiano. Przypomnę, że i wtedy byli dziennikarze, którzy z nich korzystali. A dziś? Dziennikarze bez żenady zamieszczają gotowce nie wiadomo przez kogo i w jakim celu im wręczane. Rzecz jasna, czynią to w imię wolności słowa. No cóż. Coś nareszcie pali się. Kogo spali na popiół? To dopiero będzie  opowieść!

Alina Kwapisz-Kulińska

Print Friendly, PDF & Email

26 komentarzy

  1. nathan gurfinkiel 2014-06-21
  2. W.Bujak 2014-06-21
    • Alina Kwapisz-Kulińska 2014-06-21
  3. andrzej Pokonos 2014-06-21
  4. W.Bujak 2014-06-21
  5. narciarz 2014-06-21
  6. A. Gregosiewicz 2014-06-21
    • Alina Kwapisz-Kulińska 2014-06-21
  7. Marian. 2014-06-21
  8. Jaruta 2014-06-21
    • Marian. 2014-06-21
      • Alina Kwapisz-Kulińska 2014-06-21
  9. A. Gregosiewicz 2014-06-21
  10. Alina Kwapisz-Kulińska 2014-06-21
  11. A. Gregosiewicz 2014-06-21
    • Alina Kwapisz-Kulińska 2014-06-21
  12. A. Gregosiewicz 2014-06-21
  13. 0toosh 2014-06-21
  14. Alina Kwapisz-Kulińska 2014-06-22
  15. Jerzy Łukaszewski 2014-06-22
  16. A. Gregosiewicz 2014-06-22
  17. SAWA 2014-06-22
  18. Jerzy Łukaszewski 2014-06-23
  19. sugadaddy 2014-06-23
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com