Alina Kwapisz-Kulińska: Jak żyć, pracować i kochać można

2012-06-01. Najbardziej znany jest Władysław Szpilman. To jego się zwykle nazywa „warszawskim robinsonem”. Nie stała się powszechną wiedza, że po Powstaniu Warszawskim piwnice i ruiny kamienic ukrywały wiele osób, które – z różnych powodów – nie chciały Warszawy opuszczać. Trudno ustalić ich liczbę. Szacunki mówią o czterystu, a nawet tysiącu. Nie wszyscy przetrwali. Jedną z takich osób był doktor Henryk Beck, postać znana w przedwojennej Warszawie, wybitny lekarz-ginekolog i wykładowca, a przy tym bon vivant, erudyta, postać nietuzinkowa.

Urodzony we Lwowie

Wydany w roku 1939 „Urzędowy Spis: lekarzy, lekarzy dentystów, farmaceutów” podaje obok nazwiska, dwie daty – urodzenia i otrzymania dyplomu – a także specjalizację i adres zamieszkania. Nie było wówczas ustawy o ochronie danych osobowych. Znajdziemy tam wśród lekarzy o nazwisku Beck dwóch nas interesujących.

Pierwszy to pochodzący z Krakowa Beck Adolf, 1863, 1890, fizjol., Lwów, Asnyka 4. Drugi to Beck Henryk, 1896, 1920, położn., gin., Warszawa, Filtrowa 33. Jak z dat wynika, to ojciec i syn. Pierwszy jest uznanym fizjologiem, po studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim, profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza (UJK), jego dwukrotnym rektorem, autorem wielu prac naukowych, w tym cenionych na temat fizjologii mózgu (był pionierem badań elektroencefalograficznych). Można się domyślać, że był wybitnie zdolny, pochodził z rodziny biednego rzemieślnika. Syn poszedł w ślady podziwianego i uwielbianego ojca. Skończył szkołę w roku 1914. Data mówi sama za siebie. Jako maturzysta został zatrudniony w Zakładzie Anatomii Patologicznej UJK, przy zabezpieczaniu zbiorów. Podczas wojny pracował w szpitalach polowych Czerwonego Krzyża. Naturalne było, że w roku 1918 bronił Lwowa wśród Orląt. W roku 1920 bronił Polski jako lekarz pociągu sanitarnego. Za udział w walkach o Lwów oraz w wojnie z bolszewikami był odznaczony medalem „Orlęta” i Krzyżem Walecznych, otrzymał także Medal Niepodległości. Miał stopień kapitana. W roku zakończenia walk z Rosją uzyskał dyplom. Miesiąc po jego otrzymaniu ochrzcił się, za ojca chrzestnego mając przyjaciela domu, swojego mentora z uczelni, profesora Adama Czyżewicza; to w jego ślady idąc, wybrał ginekologię za specjalizację. Beckowie byli polskimi Żydami. Żydami ze Lwowa.

Pracował w Warszawie

Dr Henryk Beck rozpoczął pracę na uczelni lwowskiej. Do Warszawy ściągnął go prof. Czyżewicz, gdy w roku 1924 uruchomił Klinikę Położnictwa i Chorób Kobiecych Uniwersytetu Warszawskiego. Beck został asystentem. Uzyskał habilitację w roku 1927 (najmłodszy z doktorów habilitowanych!). W latach 1928–29 prowadził miesięcznik „Ginekologia Polska”, był przez dwa lata prezesem Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego. Od roku 1931 kierował oddziałem ginekologicznym w Instytucie Radowym im. M. Skłodowskiej-Curie. W roku 1935 objął ordynaturę Oddziału Ginekologicznego Szpitala Dzieciątka Jezus. Publikował znaczące prace naukowe i artykuły w prasie medycznej (np. w „Nowinach Lekarskich” z roku 1928 „Poronienie sztuczne ze wskazań lekarskich”), nauczał położnictwa w Szkole Pielęgniarskiej. Był ceniony jako operator i bardzo lubiany jako wykładowca. Jeden z lekarzy wspominał, że mówiło się nawet modo Beck, bo dla wielu studentów i asystentów stanowił wzór do naśladowania. Przeprowadził słynną w Polsce pierwszą operację zmiany płci – Smętkówny na Smętka. Wzywano go do przebywającej w Krynicy następczyni tronu holenderskiego. Pacjentki go uwielbiały.

Życie prywatne

Żona dr Becka

Długo pozostawał kawalerem. Atrakcyjny mężczyzna prowadził ciekawe życie, realizując się nie tylko zawodowo. Uprawiał sporty (w młodości grał w piłkę w Pogoni Lwów), jeździł autem, nawet w wyścigach, dużo podróżował. A także – malował. Utalentowany był wszechstronnie. Grał na fortepianie. Pozostawił piękne zdjęcia. A także przeszło tysiąc rysunków – zwykle były to małe akwarelki, powstawały nawet na receptariuszach. Tworzyły jakby pamiętnik ich autora: przedstawiał w nich i komentował życie. Także to codzienne, wspierając kolażami subtelną kreskę rysunku i delikatną barwę akwareli. Malował rodzinę, siostrę (została żoną prof. Kazimierza Zakrzewskiego, historyka starożytności, pochodzącego ze znanej rodziny profesorskiej; miał być rozstrzelany w Palmirach), a wreszcie, od 27 grudnia 1937, żonę.

Została nią pełna uroku młoda lekarka Jadwiga z Trepków, pochodząca z Sosnowca. Jej pierwszym mężem był niejaki Paweł Drat, pochodzący z łódzkich Niemców student medycyny, potem WSH, zdaje się drobny kombinator, niebieski ptak. Podczas okupacji miał się opowiedzieć jako Niemiec. Miał chodził w mundurze, uczestniczyć w aresztowaniach niedawnych kolegów. Niedopasowane małżeństwo zakończył rozwód. Z pierwszym mężem łączył ją ślub w kościele ewangelickim. Ślub z Henrykiem był katolicki. Byli do siebie dopasowani jak dwie połówki jabłka. Wszystko robili razem, co zostało uwiecznione na akwarelkach – np. podróże, które były ich pasją. Jadwigi dane z „Urzędowego Spisu lekarzy” są takie: Dratowa-Trepka Jadwiga, 1909, 1934, gin., Warszawa, Pl. Żelaznej Bramy 8 (widocznie nie były zaktualizowane).

Podobno podczas okupacji były mąż wiedział, że i gdzie Jadwiga ukrywa męża obecnego, i ich nie wydał.

Czas straszny

Wojna przerwała idyllę. Ucięła pięknie rozwijające się życie. Doktor Beck, w stopniu kapitana, znów bierze udział w obronie miasta – tym razem Warszawy. Kontynuuje pamiętnik rysunkowy. Na obrazku zatytułowanym „Mobilizacja” żona podaje mu mundur. „Pożegnanie z nauką” przedstawia opuszczane książki. Zamek Królewski na obrazku płonie. Z Warszawy kapitan Beck trafia do twierdzy brzeskiej. Stamtąd do Lwowa. Aresztują go Rosjanie, od wywózki ratuje żona. Od lipca 1940 jest kierownikiem oddziału położniczo-ginekologicznego II Szpitala Lwowskiego. Gdy za rok, wygoniwszy Sowietów, wchodzą Niemcy, jego życie zostaje złamane. Zaczyna się ukrywać. Nadal rysuje, przedstawia straszliwe pogromy Żydów z lata 1941 roku, maluje siebie i ojca wypatrujących spokojnego miejsca na globusie. Tragedia dopełnia się latem roku 1942.

Gdy rozpoczęły się wywózki Żydów na śmierć, zagroziły jego ojcu, zbliżającemu się do osiemdziesiątki. Wybitny profesor, lekarz, humanista, zażył truciznę, aby uniknąć ostatecznego pohańbienia. Są świadectwa, że pomógł mu w tym syn. Jakkolwiek było, musiał wiedzieć, że ukochany ojciec nie widzi innego ratunku. Na jednym z rysunków z tego strasznego roku jest adres rodzinnego domu: Asnyka 4; czy tam się ukrywali?

Doktorowi Beckowi pomaga żona. Uciekają ze Lwowa. Wracają do Warszawy. Tu następuje, znany każdemu z ukrywających się po „aryjskiej stronie”, ciąg adresów, opuszczanych pośpiesznie mieszkań, szereg ludzi dobrej woli i szereg kanalii. Najpierw Beckowie mieszkają u siostry Henryka, w domu profesorskim przy ul. Brzozowej. Potem na Żoliborzu, przy Słowackiego. Szantażowanym dają schronienie przyjaciele rodziny Maria i Stefan Maggenheimowie (on: przedwojenny dziennikarz, związany z PPS-em, zm. w 1950; pośmiertnie on i żona odznaczeni tytułem Sprawiedliwi wśród Narodów Świata za pomoc w ocaleniu żydowskiego chłopca). Potem były kolejne adresy, m.in. mieszkanie u Otylii Charwat, o czym wspomina się w tomie „Ten jest z ojczyzny mojej” Władysława Bartoszewskiego i Zofii Lewinówny.

To trwa dwa lata. Ukrywanie się, stałe poczucie zagrożenia, nie przeszkadzają w pracy dla Polski, dla konspiracji AK-owskiej. Zdolności plastyczne pozwalają ilustrować wojskowe instrukcje dla żołnierzy podziemnego państwa. Żona i siostra Henryka są zaprzysiężonymi żołnierzami AK. On nie przestaje rysować swego pamiętnika; powstają humorystyczne obrazki wyśmiewające niemiecką propagandę, żałosną okupacyjną rzeczywistość. Datą 29 czerwca 1944 jest opatrzona akwarelka zatytułowana „Wizja pożogi”: przedstawia łuny pożarów nad miastem ruin. Wizja się urzeczywistniła.

Najpierw jednak 1 sierpnia wybucha powstanie. Można się ujawnić, znowu być na pierwszej linii. Doktor Beck zostaje kierownikiem powstańczego szpitala na rogu Chmielnej i Marszałkowskiej. Jest dowódcą służby sanitarnej na odcinku Warszawa-Zachód. Ratuje życie młodym żołnierzom. Wciąż rysuje, opatrując dramatyczne prace nazwiskami ginących (Stanisław Idziak, Zbyszek Longin, Niezabitowscy, Barański, siostra Irena, siostra Niemira…). Rysunek przedstawiający przysięgę na tle orła zawiera pseudonimy: Born, Wilczyca; czy należą do Becków?… Gdy powstanie zamiera, zamierają znowu nadzieje na przeżycie wojny.

Pod ziemią

W tygodniku „Stolica” z roku 1970 znalazłam historię, jaką Beckowie w roku 1945 opowiedzieli swojemu przyjacielowi sprzed wojny Adamowi Słomczyńskiemu. Bo, na przekór wszystkiemu, jeszcze raz przeżyli. Rozważając, co robić, natknęli się na grupkę ludzi, którzy upatrzyli sobie, nadające się na kryjówkę piwnice i zdecydowali się pozostać w wyludniających się runiach Warszawy. Postanowili więc i oni zaryzykować i przyłączyć się do nich, razem z dr Schindlerem (pseud. dr Dżima) i sanitariuszką Julią (Wilak-Niewiedziałowa). Kolejne akwarelki i rysunki ukazują płonące miasto i unoszącą się nad nim śmierć, a wreszcie – dwie schylone sylwetki podążające w czeluść podziemi. To Jadwiga i Henryk Beckowie. Zeszli w ruiny 5 października 1944. W piwnicach kryli się do 19 stycznia 1945.

Kryjówka ich i grupy osób – było ich 35, zmarła jedna – mieściła się między ulicami Śliską 7 a Sienną 22. Pozostawali w niej 110 dni. Nazwiska prawie wszystkich są znane, część pozostawiła wspomnienia. Po doktorze Becku pozostał pamiętnik w postaci poruszających obrazków.

Podobno po upadku powstania doktor się załamał. Jeszcze raz, kolejny raz, wsparła go żona. To ona, jak się można domyślać, dawała mu oparcie, siłę potrzebną do przeżycia. Jak wspominała Julia Wilak-Niewiedziałowa: Był między nami i profesor uniwersytetu, i analfabeta grecki Dario [uwolniony przez powstańców z obozu Gęsiówka], byli przemysłowcy i rzemieślnicy, był starzec sześćdziesięciopięcioletni i chłopiec mający siedem lat. Tak różnorodny skład na pewno nie ułatwiał współżycia. Były kłótnie, nerwy, groźby, nawet złodziejstwo (rysunek zatytułowany „A wokół mimo wszystko są i kradnące sroki” przedstawia czarno-białego ptaka z pierścionkiem w dziobie).

Ale przetrwali. Potrafili współpracować. Zasypali wejście. Wykopali studnię. Utrzymywali czystość, a mimo to dręczyła ich plaga robactwa – rysunek zatytułowany „Plagi pod ziemią – pchły, wszy, wreszcie potworne muchy”. Poszukiwali pożywienia (z czasem wychodzono nocą na powierzchnię). Jak zanotował Adam Słomczyński, Beckowie mieli 5 kg kawy, skrzynkę wody mineralnej oraz sporo leków. Były zapasy octu, jakiegoś tłuszczu kosmetycznego (na nim przygotowywano jakieś posiłki), na szczęście świec i karbidu. W podziemiach z początku dręczył ich upał – od pożarów. Potem zaczęło się zimno. Gdy spadł śnieg, zaniechano wychodzenia w ruiny. Kilka razy podziemny bunkier zamierał, słysząc odgłosy z powierzchni – rysunek „Cicho, zgasić ogień, słychać kroki”. Raz Niemcy odkryli bunkier sąsiedni.

14 stycznia odnotowali wzmożony ruch samochodów, 15 – wzmożony ostrzał artyleryjski. 16 – była cisza, 17 – przerażający łoskot, a potem cisza rozsadzająca głowę. „Bolszewicy w Warszawie” – taki komunikat dotarł do bunkra.

Na powierzchni

Adam Słomczyński wspominał: Któregoś dnia w początkach lutego 1945 r. niespodziewanie odwiedzili nas prof. dr Henryk Beck z żoną Jadwigą. (…) Oboje wyglądali nieźle. Pracując już w szpitalu przy ul. Kowelskiej na Pradze – pełni byli jak najlepszych nadziei. Przytaczał słowa doktora: Po bunkrze nie jestem w stanie nałapać powietrza i radości życia. Jesteśmy oszołomieni, wprost upici, po tym wszystkim, co przeżywaliśmy tak niedawno.

Dr Beck został ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego. Spędzał tu trzy czwarte doby (mieszkał z żoną w budynku szpitalnym). Wracał do swoich pasji, np. hodował kaktusy. No i rysował. Budzące się życie w nowych realiach nie było łatwe, także ze względu na nowe porządki. Janina Jaworska, autorka jedynej książki (książeczki) o doktorze Becku, zawierającej cykl jego rysunków, przytacza list doktora do żony o tym świadczący, okrojony, jak można się domyślać, ze względów cenzuralnych u początku lat 80.

Szansą dla Becków jest propozycja przeniesienia się do Wrocławia i odtworzenia tam Wydziału Lekarskiego. Dr. Beckowi zaproponowano objęcie Katedry Ginekologii i Położnictwa. Propozycję przyjął.

Ostatni rozdział

Do Wrocławia pojechała Jadwiga urządzać dom i organizować klinikę. Zachowały się listy małżonków z tego okresu, pisane przez zakochanych w sobie ludzi. W lutym wszystko było gotowe. Rysunek ma tytuł „Droga do Wrocławia”, pokazuje drogowskaz z nazwą miasta. Tutaj mieli się czuć dobrze, w gronie ludzi, jak Henryk, związanych z jego rodzinnym Lwowem, opuszczonym w strasznych okolicznościach. Profesor Beck objął katedrę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Wrocławskiego oraz kierownictwo Kliniki Położnictwa i Chorób Kobiecych. Rysował i tu. Zachowały się prace o tytułach: „Ruiny Wrocławia”, „Pierwsze wrażenia – Breslau”. Wreszcie te zawodowe, o tytułach: „Hirszfeld – witam we Wrocławiu”, „Rozmowa” (między Ludwikiem Hirszfeldem, dr. Tadeuszem Baranowskim i autorem). Rozpoczął operowanie, pacjentki podobno za nim jeździły. Zachował się film, który każdy może dzisiaj obejrzeć w internecie, przedstawiający operującego prof. Henryka Becka. Był jedną z gwiazd tworzącej się uczelni.

Odwiedzał Otylię Chorwat, tę przyjaciółkę, która chroniła go podczas okupacji. Czy wspomnienie tego sprawiło, że zasłabł? A może były to schody. Janina Jaworska przywołuje takie wspomnienie prof. Tadeusza Bulskiego, przytaczającego słowa zasłyszane u starszego małżeństwa lekarzy: Doktorze, niech pan oszczędza serce, wspinając się po schodach do chorych. Schody najczęściej zabijają lekarza. Doktor Beck znał tę przestrogę, powtarzał podobno często, że schody zabijają lekarza. Dotknął go rozległy zawał serca. Był 23 marca 1946 roku.

W kilka godzin po tragicznej wiadomości o zgonie męża Jadwiga weszła w ruiny Wrocławia i zażyła truciznę. Znaleziono ją po dwóch dniach półsiedzącą, opartą o drzewo. Podobno tak sobie obiecali: odejść razem.

Spuścizna

Henryka Becka wspominał Stefan Maggenheim, kolejny ze Sprawiedliwych wśród Narodów Świata: Był człowiekiem głębokiej wiedzy i wielkiej skromności. Prosty, uprzejmy w obejściu, posiadał ogromny wdzięk, którym jednał sobie ludzi. Toteż wśród uczniów, których zdołał już wielki zastęp wychować, a wśród nich wielu znanych lekarzy, wśród kolegów i pacjentów, i tych wszystkich, którzy go bliżej znali, był niezmiernie ceniony, szanowany i lubiany. Podczas pogrzebu profesor Stanisław Krzysztoporski powiedział: Para małżeńska – Jadwiga i Henryk – jak z pięknej powieści. Oboje w miarę młodzi, a urodziwi, przez życie przeszli zgodnie, w miłości i przyjaźni, otoczeni szacunkiem i miłością wszystkich, z którymi się stykali. Służyć mogą jako wzór, jak żyć, pracować i kochać można. Zasługi bojowe każdego z Nich znaczne i uznane. Prace naukowe Profesora, Jego działalność pedagogiczna – wielka. Pozostawił po sobie sporą garstkę uczniów, dla których był niedościgłym mistrzem. Cechowała Go w pierwszym rzędzie skromność. Był cichy i żenująco grzeczny, bardzo taktowny, uważający, by nikogo nie urazić. Opanowany przy operacjach, w których wykonaniu był artystą-wirtuozem. (…) Wierzył w ludzkość i człowieczeństwo, chociaż życie nie oszczędziło Mu w czasie okupacji zaznania całej goryczy życia z poniżaniem godności ludzkiej. Przetrwał ten ciężki, koszmarny czas przy wydatnej pomocy i poświęceniu Jadwigi, która cudów odwagi dokazywała.

Po pogrzebie rodzina zabrała rzeczy zmarłych, były to: 2 obrazy, 2 kieliszki kryształowe, 6 filiżanek porcelanowych do kawy, 2 poduszki, 2 męskie płaszcze, 1 męskie ubranie, 4 pary butów, 1 lampa. I kufer osobistych rzeczy Jadwigi.

Akwarelki i obrazy Henryka Becka – ponad tysiąc prac – są przechowywane w Głównej Bibliotece Lekarskiej w Warszawie. Kilka razy niektóre były wypożyczane na wystawy, np. tę z okazji XVII Krajowego Zjazdu Polskiego Towarzystwa Historii Medycyny i Farmacji we Wrocławiu w 1994 roku czy organizowaną w bibliotece Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze. Część wstrząsających rysunków z okresu ukrywania się w ruinach Warszawy jest przechowywana w zbiorach Żydowskiego Instytutu Historycznego. Tylko one zostały pokazane światu we wspomnianej publikacji Janiny Jaworskiej. Tylko one.

Cały dorobek artystyczny doktora Becka pozostaje w archiwach. Pozostaje nadzieja, że postępująca dość sprawnie cyfryzacja bibliotek pokaże go światu. Warto, aby biblioteki postarały się o fundusze na ten cel i zrealizowały to szybko. Bo na wydanie w albumie chyba nie ma co liczyć. Także na zorganizowanie wartościowej – artystycznie i historycznie – wystawy. Na razie postaci Jadwigi i Henryka są znane chyba tylko historykom medycyny. W Muzeum Powstania Warszawskiego znajdziemy biogram doktora: pseudonim „Nekander”, lekarz, kapitan. oddział „Bakcyl” (Sanitariat Okręgu Warszawskiego AK) – IV Zgrupowanie „Gurt” – szpital polowy Sienna 59, po kapitulacji nie poszedł do niewoli – ukrywał się w runiach Warszawy („Robinson warszawski”); miejsce śmierci – 1946, Wrocław. Jadwigi w tej bazie nazwisk nie ma. Nie wspominają o nich notki o „robinsonach warszawskich”.

Grób doktorostwa Jadwigi i Henryka Becków znajduje się we Wrocławiu, na cmentarzu św. Wawrzyńca.

Alina Kwapisz-Kulińska

Korzystałam m.in. z książki Janiny Jaworskiej „Henryka Becka »Bunkier 1944 roku«”, Ossolineum 1982; z niej pochodzą ilustracje. Zdjęcie grobu za zgodą strony Dynamiczny Herbarz Rodzin Polskich (www.genealogia.okiem.pl), autorstwa Wandy Kardasz.

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. andrzej Pokonos 2012-06-05
  2. Julka 2012-06-05
    • andrzej Pokonos 2012-06-06
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com