Jerzy Łukaszewski: Wybory w niedzielę? Grzech!

dem22014-07-11. Jeśli któryś z czytelników uzna powyższy tytuł za prowokacyjny, lub  co gorsza – żartobliwy, pomyli się tak w jednym, jak i w drugim przypadku.

Tytuł wziąłem z przedwojennych gazet, w których odbywała się dyskusja na ten temat.

Zaczęła się, jak to zwykle bywa, od głosu „oburzonego czytelnika”, co zapewniało gazecie na starcie pozór obiektywności.

Czytelnik pisał:

„… z bólem serca przeczytałem w Gazecie, że wybory maja odbyć się w niedzielę, 25 kwietnia. Więc ty Polaku gwałć niedzielę dla spraw świeckich, gdy żyd w sobotę może się całkowicie oddać swym praktykom religijnym – bo w szabas nie wolno urządzać wyborów. Czy to niebolesne? A 25 kwietnia w św. Marka odprawiamy procesje o urodzaj, o zachowanie od nieszczęścia itd. Jak tu pogodzić jedno z drugim? Jak robotnik ma iść najpierw pieszo kawał drogi najpierw do kościoła, a potem jeszcze na wybory, może na drugą wieś?”

Nie znalazłem w tej gazecie innych tego typu listów, ale musiała ich być z pewnością masa, a przynajmniej gazeta dawała to do zrozumienia, skoro pełnomocnik rządu d/s wyborów uznał za stosowne odpowiedzieć. Komisarz Wacław Wyczyński „…w związku z licznymi protestami” tłumaczył, że po pierwsze o dacie wyborów stanowi pkt.1 ordynacji, po drugie tylko sejm jest w stanie zmienić prawo, po trzecie wybory zawsze odbywały się w niedziele i jakoś dotąd nikt nie protestował.

Kiedy dziś od czasu do czasu wybucha dyskusja na temat pracy w niedziele, warto sobie przypomnieć takie incydenty. Walka o „wartości” trwa od dawna i to co widzimy dziś nie wzięło się znikąd.

Z końca XIX wieku pochodzi notatka prasowa protestująca przeciw polowaniom organizowanym w niedziele. Przytoczę w całości, bo ładna.

„… w okresie zimowym często słyszymy o głośnych i licznych polowaniach z nagonką w dnie niedzielne.

Od samego rana bawią się myśliwi ze wsi i z miasta, polując na różne leśne stworzenia. Wynajęci ludzie biegają po lesie i wypłaszają zwierzynę dla myśliwych, a napędzają sobie grzechu do duszy. Czyż panom myśliwym i naganiaczom wolno łamać święto i dawać zgorszenie innym?

Nie wolno torować drogi do komunizmu, jak nie wolno za liche wynagrodzenie sprzedawać swego katolickiego sumienia.”

Oczywiście, człowiek złośliwy zapytałby, za jakie wynagrodzenie można je sprzedawać, skoro za liche nie, ale na szczęście nie trafił się wówczas nikt aż tak złośliwy.

A bywały notatki, które aż biły po oczach bezdusznością i brakiem miłości bliźniego.

Opracowując temat nadmorskich kurortów w XIX wieku znalazłem notatkę donoszącą o utonięciu na Zatoce Gdańskiej w niedzielny poranek dwóch wioślarzy, których łódź wywróciła się na fali.

Notatka zawiadamiała, że topielcy po pierwsze byli protestantami (w domyśle: kara boska), a po drugie gwałcili zakaz świętowania dnia świętego i przestrzegała przed podobnymi praktykami.

Ani słowa współczucia, żadnego słowa pociechy pod adresem rodzin. Tylko wykazanie, jak kończy się grzeszne życie człowieka nie przestrzegającego przykazań.

Jeszcze nie tak dawno byłbym skłonny uznać te wygrzebane w starej prasie notatki za historyczne ciekawostki. Dziś widząc obłęd w oczach kobiet rzucających się na szyję panu Chazanowi, widząc, że co drugi szpital w Polsce jest „pod wezwaniem”, że przestrzegająca prawa prezydent stolicy straszona jest przez biskupa ekskomuniką, nie widzę już w tych notatkach ciekawostek, ale logiczny ciąg.

Jeśli wiceminister rządu uważa, że Konstytucja Polski nie mówi, że nasz kraj ma być państwem świeckim i nadal jest wiceministrem, to mam wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie.

I to nie do czasów przedwojennych, bo wtedy jednak potrafiono wynegocjować ze Stolicą Apostolską konkordat znacznie lepszy, niż dzisiejszy. Cofnęliśmy się znacznie dalej.

Konkordat z 1925 roku mówił, że „wszyscy obecni biskupi muszą złożyć przysięgę na wierność państwu polskiemu. Biskupem może być tylko ten duchowny, któremu nie sprzeciwi się Prezydent Rzeczypospolitej

Wyobrażacie to sobie dziś?

Wyobrażacie sobie, że hierarchia złoży ze stanowiska biskupa na żądanie władz państwa za udowodnione naruszenie prawa?

A takie zapisy były w tamtym konkordacie. Podobnie jak i te mówiące o kontroli państwa nad systemem nauczania religii w państwowych szkołach, jak przepisy ograniczające majątek duchownych itp.  28 paragrafów spisanych w języku francuskim regulujących całość stosunków państwo – Kościół.

Dziś prof. Sadurski ostrzega przed „cichą rewolucją” w tych stosunkach.

A arcybiskup Gądecki „marzy o tym, by Państwo i Kościół stanowiły jedno”.

Marzyć oczywiście wolno, ale jeśli coś takiego się dzieje, po cichu, bez wiedzy wyborców, to znaczy, że niebezpieczny proces przekształcania Polski w państwo wyznaniowe jest w trakcie, tylko my czasem nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Jeśli na dodatek ma wsparcie polityków (a z tego, co można się zorientować – większości z nich) to znaczy, że jego szanse na powodzenie są ogromne.

Zwłaszcza, że rzecz opiera się nie tylko na cynizmie i hipokryzji polityków, ale i wsparciu części inteligencji ukazywanej maluczkim jako wzór do naśladowania.

Reżyser Zanussi Krzysztof, wraz z żoną, zauważyli we wsi Bochotnica (tam gdzie mieszkała sławna Esterka kazimierzowa), że tubylcy skłonni są do spożycia tudzież przywłaszczania i postanowili im pomóc. Chwała im!

Jak można pomóc ludziom bez pracy, bez środków do życia?

Rozwiązanie jest tylko jedno – budując kościół!

O tym, żeby nakręcić film zatrudniając tubylców jako statystów i dać im zarobić na życie, katolicki reżyser nie pomyślał. Przecież nie wiadomo na co wydaliby zarobione pieniądze. Lepiej więc zapewnić im „duchowe wsparcie”.

Kiedy mieszkańcy Bochotnicy oburzyli się na treść ulotki rozpowszechnianej przez żonę reżysera, w której dawała ona wyraz swej pogardzie dla miejscowych, tłumaczyła, że… ulotka znalazła się we wsi przez pomyłkę. Była przeznaczona do czytania przez innych! Kosmos obłudy i hipokryzji! Plus chamstwo i prostactwo.

A przecież Zanussi to jest nazwisko! Można się na nie powoływać, podawać za przykład itd.

Zawiadomienia do prokuratury o „obrazie uczuć religijnych”, niedefiniowalnych, niesprecyzowanych w kodeksie, nie dających się udowodnić, to już u nas norma. I nikt z wodzów nawet nie pomyśli, że czas by było coś z tym zrobić. A ponoć od tego mamy sejm. Od tego, a nie od okładania się po twarzach i licytowania się, jak gówniarze kto się kogo boi.

Daleko zaszliśmy w naszej wolności. Uczmy się sypać kwiatki, bo jeszcze długa procesja przed nami.

Jerzy Łukaszewski

 

 

 

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. arko 2014-07-11
  2. jw 2014-07-12
    • de mowski 2014-07-12
    • beel 2014-07-12
      • Qstan 2014-07-12
  3. Aleksy 2014-07-12
  4. Andrzej K D 2014-07-12
  5. Jaruta 2014-07-12
  6. Qstan 2014-07-12
  7. Qstan 2014-07-12
  8. arko 2014-07-12
  9. Jaruta 2014-07-13
  10. Jerzy Łukaszewski 2014-07-13
  11. Sroka 2014-07-13
  12. Jaruta 2014-07-13
  13. arko 2014-07-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com