Jerzy Łukaszewski: Jak zdobywa się elektorat

pis1112014-07-15.

Łatwe do przewidzenia fiasko „łączenia prawicy” przez Jarosława Kaczyńskiego jest po warszawskim mityngu tak oczywiste, że wierni nawet nie próbują pokrywać go jakimiś szczególnymi fajerwerkami inwencji, tak zawsze twórczej gdy idzie o maślenie przywódcy.

Pomysł na „zjednoczenie” Kaczyński ma zawsze ten sam – „ja rządzę – reszta słucha”, co sprawia, że sam zamiar już na starcie jest spalony i trudno mi uwierzyć (mimo wszystko), że on sam tego nie rozumie.

Moim skromnym zdaniem rozumie to doskonale, a ostatnie zabiegi wokół mitycznego jednoczenia nie były niczym innym, niż kolejną próbą zyskania milimetrów na drodze do wyśnionej władzy. Milimetrów, bo wiele nie ma już do zyskania i nie sądzę, by nawet w oparach obłudnych komplementów serwowanych mu na wszystkie posiłki dnia przez polityczne zera niezdolne do samodzielnego bytu łudził się, że ją kiedyś osiągnie.

Z szeregów partii pozbył się już wszystkich, którzy próbowali wdrożyć jakiekolwiek elementy marketingu politycznego, które kilka razy podniosły mu poziom poparcia do stanu nieosiągalnego na co dzień.

Stąd brak kogoś, kto podpowiedziałby co robić, ale co najważniejsze – czego nie robić szykując się do batalii o zwycięstwo. Oczywiście – jeśli on sam (co nie jest takie pewne) traktuje tę batalię serio.

Nikt mu nie podpowie, że należałoby w głębokiej szafie schować Hofmana, chama, prostaka odstręczającego swą butą i bezczelnością. Wyborca przecież wie, że głosując na Kaczyńskiego głosuje na Polskę rządzoną przez Hofmanów, oślizgłych Błaszczaków, pannę Pawłowiczównę czy trapioną wiecznym bólem żołądka panią Szydło, która nie odróżnia krzywej wzrostu od ogona foki, a mimo to kreuje się ją na eksperta od spraw ekonomii. Ci ludzie w pobliżu prezesa sprawiają, że nawet najwięksi zwolennicy patrzą z obawą na możliwość jego zwycięstwa.

Nikt nie podpowie prezesowi, że w polityce można lekceważyć przeciwników, można mieć w nosie nawet zwolenników, ale jednego trzeba wystrzegać się jak ognia – śmieszności.

A śmieszność towarzyszy orszakowi prezesa od zawsze. Nie przypominam sobie takiego wysypu satyry bodaj od czasów PRL jak wówczas, gdy do władzy doszedł PiS. Przypadek? Nie sądzę. Wprawdzie zwolennicy tej partii próbowali tłumaczyć to zjawisko na różne sposoby (też śmieszne), ale nic nie zdołało ukryć faktu, że sam prezes i jego legiony byli i są zwyczajnie chichotogenni.

Nieporadność w najprostszych sytuacjach, przedstawiana jako „szczerość i otwartość” bywa jeszcze śmieszniejsza, niż bez tego tłumaczenia. Nieznajomość zachowań, które przeciętnemu Kowalskiemu mamusia wbiła do głowy, traktując dobre wychowanie jako podstawę komunikacji społecznej, powodowała nieraz w przeszłości incydenty, z których jedni się śmiali, drudzy patrzyli na nie z zażenowaniem, a jeszcze innych zwyczajnie trafiał szlag.

Na dodatek, jeśli ktoś pamięta, jedną z pierwszych decyzji śp. prezydenta Kaczyńskiego było zwolnienie szefa protokołu, co już samo w sobie świadczy o jego (ich) stosunku do świata. Śp. ktoś wmówił braciom, że są doskonali z definicji i to oni są wzorem dla świata, a nie świat dla nich. I tak zostało.

Taka sytuacja miała miejsce w Polsce jeszcze na przełomie lat 50 i 60 tych, kiedy to nawet w filmach przedstawiano prostaków jako wzór szczerego, socjalistycznego człowieka, a każdy kogo można było podejrzewać o znajomość elementów savoir vivre’u był osobnikiem wg schematycznie budowanych scenariuszy – podejrzanym.

Film polski dość szybko wyzbył się tej maniery, ale niektórym została do dziś.

To jest może i spora grupa, ale co ważne – nie powiększająca się i z tego prezes powinien zdawać sobie sprawę.

Tymczasem uśmiecha się błogo, gdy panna Pawłowiczówna robi z siebie w sejmie ordynarną idiotkę jakby nie rozumiejąc, że jej zachowanie rzutuje bezpośrednio na JEGO odbiór w społeczeństwie.

Cieszy się, gdy posiadacz najbardziej miedzianego czoła w polskiej polityce – Jacek Kurski pojawia się ponownie w gronie wielbicieli i nawet nie próbuje udawać, że chodzi mu o co innego, niż dostęp do paszy.

Rozmawia z ludźmi tak nielojalnymi jak Gowin, który jeszcze będąc ministrem PO prowadził z nim rozmowy deklarując bliskość „ideową i polityczną”, rozumiejąc chyba, że ludziom nielojalnym wierzyć nie można, niezależnie od okoliczności i czasu. Na dodatek ów okaz nielojalności teraz, już po gorącym wyznaniu wzajemnej miłości (nieskonsumowanej ze względu na szczegóły) zdradza kulisy swoich rozmów z prezesem, w tym rzecz tak fundamentalną w wyznaniu jarosławnym, jak niewiara prezesa w zamach smoleński, co może być nie do strawienia dla wielu wyznawców żoliborskiego Guliwera.

Prezes ma w odwodzie drugą grupę wyborców, którzy co prawda nie pałają do niego jakimś szczególnym uczuciem, za to szczerze i dogłębnie znienawidzili Tuska i jego drużynę, a więc gotowi są oddać głos na każdego, byle odsunąć od władzy źródło ich frustracji.

To elektorat chwilowy, bo po ew. sukcesie gdy zabraknie spoiwa, jakim jest nienawiść do PO, nie będzie niczego, co mogłoby zatrzymać ich na dłużej w objęciach gomułkowskiego klonu. By ich zatrzymać prezes musiałby przedstawić jakiś sensowny program przebudowy Polski, a tego nie zrobi z wielu powodów. Najważniejszym jest brak umiejętności, o czym przekonał się sam kiedy na krótko władzę zdobył. Walką z politycznym przeciwnikiem nie zadowoli elektoratu na zbyt długi czas. Od czasu do czasu potrzebne są konkrety, a te w życiu codziennym dość mocno różnią się od rzucania haseł bez pokrycia, lub na tyle ogólnych, że każdy widzi w nich to co akurat chce.

Jest jeszcze i trzecia grupa ew. wyborców, którą na swoje potrzeby nazwałem ET, co jednak nie ma nic wspólnego z sympatycznym stworzonkiem ze znanego filmu, a jest skrótem od Elektorat Tajemniczy.

Tajemniczy, bo taki, o którego preferencjach i ich motywach niczego właściwie nie wiadomo, co z kolei nie daje się zakwalifikować jako elektorat, na który polityk może liczyć.

Znam osobiście jeden egzemplarz ET, a to co mogę o nim powiedzieć nie brzmi zachęcająco i gdybym parał się polityką, wolałbym go nie mieć w gronie zwolenników.

Charakterystyka: egzemplarz prowadził ze mną rozmowy rozmaite, sprawiając wrażenie przyjaciela, z którym się rozumiemy. W ich trakcie, powołując się na swoją znajomość z braćmi K. opowiadał mi wiele niemiłych rzeczy na temat Jarosława obrzydzając mi tę postać do reszty. Następnie znalazłem jego nazwisko w … komitecie wyborczym tegoż.

Takich egzemplarzy jest dużo więcej. Czy dają oni prezesowi rękojmię czegokolwiek? Na pewno nie.

I to w zasadzie wszystko. Nie mający zdolności multyplikacji elektorat twardy, elektorat anty-PO i ET.

Nie da się z tego zbudować 40 i więcej procentów w jakichkolwiek wyborach.

Nowe pokolenie szuka już gdzie indziej. Lepiej, gorzej, ale szuka i z pewnością nie przyklei się do gwardii prezesa, którą traktuje na równi z Tuskiem. I to pokolenie rośnie i będzie rosło w siłę.

Jakby więc nie patrzeć, prezes jest już zachodzącym słoneczkiem polskiej prawicy i to co oglądamy, to jego ostatnie promyki, które nie są już w stanie ogrzać nikogo, choć (jak to zwykle o zachodzie) stwarzają pozory niezwykłej intensywności i malują obrazy imponujące nasyceniem barw.

Jeśli w Polsce ktoś jeszcze rozumie, co to jest prawica, to sam dostrzeże, że ona dopiero powstaje. Jeszcze jest w gnieździe lęgowym, dopiero uczy się kwilić, ale nie ma już nic wspólnego z prezesem i jego akolitami.

Pomijając więc fakt, że PiS to taka prawica, jak ze mnie biskup, nie on będzie rozdawał karty w jej przyszłym „jednoczeniu”. Jego stać co najwyżej na upokarzanie Ziobry, na współpracę z najbardziej zacofanymi gremiami polskiej hierarchii kościelnej (choć założę się, że i ona mu nie wierzy), ale już nie na stworzenie czegokolwiek pozytywnego w polskiej polityce.

Prezes zmarnował najlepsze lata nie nauczywszy się niczego, bo ktoś kiedyś wychował go w poczuciu własnej, niekwestionowanej doskonałości. A kto się nie uczy, ten się cofa, proste.

Nie nauczył się przede wszystkim tego, jak się zdobywa elektorat. Wykorzystał i wciąż wykorzystuje grupy, które i bez niego prezentowałyby postawę antysystemową, w gruncie rzeczy – antypolską, ale to nie on je zbudował i nie on je zdobył. One istnieją niejako obok niego i mimo niego. Chwilowe zachwyty i czołobitność miną szybciej, niż mu się zdaje.

Za rok będziemy świadkami wielkiego upadku małego człowieka. I nie o wzrost mi w tym przypadku chodzi.

Większych szkód nie wieszczę. Padające ruiny mają jednak mniejszą siłę upadku od solidnych budynków.

Jak to kiedyś ktoś rzekł patrząc na zegar siedzący na nocniku – czas robi swoje.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

35 komentarzy

  1. wilski 2014-07-15
  2. W.Bujak 2014-07-15
  3. wejszyc 2014-07-15
    • Qstan 2014-07-16
  4. Aleksy 2014-07-15
    • andrzej Pokonos 2014-07-16
      • Aleksy 2014-07-16
  5. Anna 2014-07-15
  6. Qstan 2014-07-16
  7. jw 2014-07-16
  8. W.Bujak 2014-07-16
    • andrzej Pokonos 2014-07-16
      • Aleksy 2014-07-17
    • Qstan 2014-07-18
  9. White Whale 2014-07-16
    • Qstan 2014-07-18
  10. W.Bujak 2014-07-16
    • andrzej Pokonos 2014-07-16
      • Aleksy 2014-07-16
        • andrzej Pokonos 2014-07-16
        • Aleksy 2014-07-17
        • andrzej Pokonos 2014-07-18
    • Qstan 2014-07-18
  11. jw 2014-07-16
    • andrzej Pokonos 2014-07-16
    • Qstan 2014-07-18
  12. jacek2 2014-07-16
    • Qstan 2014-07-18
  13. slawek 2014-07-17
  14. W.Bujak 2014-07-17
  15. jw 2014-07-17
    • andrzej Pokonos 2014-07-18
      • Aleksy 2014-07-18
  16. W.Bujak 2014-07-18
  17. Qstan 2014-07-22
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com