Agnieszka Wróblewska: Strajki nie tuczą

strajk2014-07-17.

Pocztówka z Francji

Syn moich przyjaciół z Grenoble, u których spędziłam ostatnio parę tygodni, mieszka w Paryżu. Wybierał się do nas na weekend, ale nie mógł powiedzieć, o której dojedzie, bo na kolei trwał strajk. Strajkujący obawiali się, że rząd chce wprowadzić reformy, które zmierzają do  prywatyzacji kolei. A chodzi o to, że rozpatrywana jest opcja, aby złamać monopol państwa na kolei, dopuścić tam konkurencję, a co za tym idzie zyskać nowe inwestycje. I chociaż w strajku brało udział tylko 14 proc. kolejarzy, wystarczyło żeby wycofać niektóre które pociągi z ruchu i zrobić ogólne zamieszanie w rozkładach jazdy.

Równocześnie trwały negocjacje ze związkowcami, którzy nie zgadzali się, żeby opóźnić datę przejścia na wcześniejszą emeryturę tym, co ciężko pracują. Rząd obiecywał ten przywilej od 2015 roku, a teraz chce termin przesunąć o rok. Tancerze np. idą na emeryturę w wieku 45 lat. Telewizja podała, że związkowcy trzasnęli drzwiami i opuścili salę.

Protest ogłosili też w tym czasie francuscy artyści. Nie gwiazdy aktorskie, a wyrobnicy sceny, aktorzy t.zw. drugiego planu – ci, którzy dostają role podrzędne, nawet statystów, ale bez których przedstawienia nie mogą się obejść. Pracują na ogół dorywczo, raz jest robota, raz nie ma, dlatego przysługuje im zasiłek dla bezrobotnych. Są jednak szczęściarze, którym dorywcze chałtury trafiają się często. A są i tacy którym byle jakiej chałtury nie warto brać, jest przecież zasiłek. I teraz rząd chce wprowadzić zasadę, że kwalifikować się do zasiłku może artysta, który wykaże się jakąś pracą w swoim zawodzie, tzn. przynajmniej przez cztery miesiące w roku coś zagra. Wymaganie skromne, ale jednak ograniczenie dotychczasowego przywileju – a więc strajk. Termin wybrali korzystny – akurat kiedy tam byłam rozpoczynał się w Avignon wielki doroczny Festiwal Teatralny. 950 zespołów teatralnych z całego świata wystawiało codziennie 1161 sztuk.

Konkurencja ogromna, każdy zespół staje na głowie żeby się wyróżnić i błysnąć, bo od tego jak błyśnie zależy jego powodzenia w najbliższym czasie. „Drugoplanowcy” dobrze więc celowali – bez nich trudno grać. Strajkowała wprawdzie zdecydowana mniejszość wyrobników sceny, ale i tak groźba była, że niektóre przedstawienia przyjdzie wycofać z programu. I głównie dotyczyło to przedstawień mniej prestiżowych, pokazywanych poza głównym nurtem, za to darmowych, a więc najbardziej masowych. Szantaż zadziałał. Mimo że w strajku brała udział zdecydowana mniejszość zainteresowanych sprawą, władza siadła z artystami do stołu. Także dlatego, że kiedy odwołano występy – bunt podnieśli widzowie, którzy do Avignonu zjechali.

Strajki są we Francji chlebem powszednim, Francuzi przywykli, że zawsze ktoś strajkuje i kiedy spytać przeciętnego obywatela, o co strajkującym chodzi, na ogół nie wiedzą. A strajki nie tuczą. Te w komunikacji są szczególnie dotkliwe dla ludzi i dlatego zdarzają się najczęściej. Strajk kontrolerów ruchu na lotniskach paraliżował ruch przez szereg miesięcy. Strajk przeciwko reformie systemu emerytalnego w samych rafineriach kosztował 230 mln euro. Dwa lata temu strajkowali związkowcy z przedsiębiorstwa, które zajmuje się dystrybucją prasy – nie chcieli reorganizacji, która może za sobą pociągnąć zwolnienia. Nauczyciele w szkołach podstawowych Paryża strajkują przeciwko wydłużeniu nauki w tygodniu z czterech dni do czterech i pół. Jak wiadomo uczniowie w podstawówkach francuskich od dawien dawne mają wolne środy, wykorzystywane głównie na zajęcia religijne i sport. Rząd Hollanda zdecydował, żeby jednak normalna nauka odbywała się przez cztery i pół dnia w tygodniu i chciał coś uszczknąć ze środy rano. Nie dało się tego wprowadzić w 2013 roku, teraz gminy mogą środowe poranki zamieniać na sobotnie zajęcia.

Mniej pracować, więcej zarabiać, wcześniej dostawać emeryturę. Kto by nie chciał być pięknym, młodym i bogatym? Czasem wydaje się, że Francuzi nie chcą przyjąć do wiadomości, że młodość i majętność ich mocarstwa przywiędła nieco. I co gorsza – nie wierzą, że po to aby wyjść na prostą powinno się raczej rezygnować z mocno tam rozbudowanych przywilejów socjalnych, niż bronić ich jak niepodległości nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi. Może dlatego nie są zadowoleni z żadnych rządów, które sobie wybierają, bo nikt nie umie przywrócić dawnej potęgi nad Sekwaną. Szybko rozczarował ich François Hollande – obiecywał pięknie i teraz ma za swoje. Dziwić może, że obiecywał m.in. obniżać podatki kiedy kasa jest pusta. Dwa miliony Francuzów miało płacić mniej, a milion miało być w ogóle od płacenia zwolnionych.

Kiedy pytam sympatyków partii socjalistycznej dlaczego władza, którą wybierali, im się nie sprawdziła, mówią, że socjaliści są w rozpadzie, bo ciągle się kłócą. No i te niespełnione obietnice. Nie tylko w gospodarce, gdzie bezrobocie rośnie. Były też atrakcyjne obiecanki z zakresu ekologii – ograniczenie energii atomowej i szukanie nowych źródeł zasilania. Były obietnice z obyczajowego podwórka, też nie wszystkie do spełnienia. No i rząd nie ma pomysłu co zrobić z gospodarką.

A gdyby założyć że miałby pomysł? Czy są takie pomysły, które to społeczeństwo nawykłe egzekwować swoje prawa na ulicy, zgodziłoby się poprzeć, o ile wymagałyby zaciskania pasa, albo rezygnacji z socjalnych przywilejów? Nie po to przecież wybierali socjalistów, żeby się wyrzekać socjalnego dorobku.

Francuską gospodarkę, piątą pod względem wielkości na świecie i drugą w Europie, dotknęła recesja. Na razie w łagodnej formie, ale zadłużenie ciągle rośnie, dług publiczny zwiększył się od 2008 roku o ponad 40 procent i wynosi dziś ponad 90 proc. PKB. Sytuacja jest nie o wiele lepsza niż we Włoszech, o których dwa lata temu mówiono, że mogą być bankrutem. Deficyt budżetu zmniejszył się wprawdzie od 2010 roku, ale ciągle wynosi blisko 5 proc. i małe szanse żeby udało się osiągnąć wymagane w UE 3 proc. W ciągu ostatnich dwóch lat dynamika produkcji przemysłowej pozostaje ujemna. Symboliczne 0,1 – 0,2 proc. przyrostu udało się osiągnąć jedynie w dwóch miesiącach ub. roku. Rośnie bezrobocie, bez pracy jest ok. 4 mln Francuzów. Co siódmy Francuz w wieku produkcyjnym zapisany jest w urzędzie pracy. Pod względem udziału w eksporcie Francja należy do najgorszych w Unii, wyprzedza ją tylko Grecja.

A przy tym gospodarka nie ma dostatecznego wsparcia od własnych konsumentów. Próbowaliśmy kiedyś zjeść lunch w Grenoble na jednej z uliczek starego miasta – kilka niedawno jeszcze czynnych restauracyjek było zamkniętych, a lokale wystawione na sprzedaż. Moi przyjaciele mówili, że bankructwo sklepów jest tam teraz na porządku dziennym.

Według Centre for Economic and Busines Research do 2028 roku Francja spadnie z piątego na trzynaste miejsce w światowym rankingu.

Takie kiepskie, ale odległe prognozy mogą skłonić władze do decyzji, których wolała dotychczas unikać – np. odważniej wpuszczać na swój rynek obcy kapitał i sprzedawać obcym nawet perły rodzimego przemysłu. Niedawno po długich wahaniach i negocjacjach rząd francuski zdecydował się sprzedać amerykańskiemu General Electric jedną z cenniejszych swoich pereł, potężny koncern Alstom produkujący m.in. urządzenia stosowane w elektrowniach jądrowych. Amerykanie dali nie tylko najlepszą cenę, 17 bln dol., czyli znacznie więcej niż oferował Siemens czy Mitsubishi, ale przystali też na francuskie warunki, między innymi 20 proc. udziałów rządu w firmie, rozwój miejsc pracy itp.

Potrzebne są zapewne i dalsze odważne decyzje, bo mniejsze przedsiębiorstwa we Francji padają, albo uciekają za miedzę do Belgii czy Monaco, gdzie podatki są niższe, a wymagania socjalne mniejsze. – Jeśli dalej w takim tempie przemysł będzie się tu kurczył, staniemy się krajem rentierów – mówią Francuzi.

Moi przyjaciele, Polacy, naukowcy, mieszkają we Francji już ponad trzydzieści lat. Byli stypendystami w instytutach Grenoble, kiedy wybuchł w kraju stan wojenny i zdecydowali się tam zostać z dwójką małych dzieci. Ale kontaktu z krajem nigdy nie tracili, czują się Polakami, dzieci już dorosłe i dawno po studiach ciągle mówią po polsku. Parę lat temu kupili w Warszawie mieszkanie, co parę miesięcy przyjeżdżają, częściowo tu nawet pracują. We Francji też jeszcze pracują w swoich instytutach, ale bez pieniędzy, od kiedy przeszli na emeryturę.

Postęp jaki Polska zrobiła, doceniają nawet bardziej niż potrafimy sami docenić, a jednak mówią, że po każdym powrocie z Warszawy do Grenoble czują coś na kształt ulgi, że znaleźli się w kręgu wyższej cywilizacji. Pytam co ich najbardziej razi na warszawskim bruku.

Śmieci na ulicach, nierówne chodniki, o które się potykają, nachalne reklamy na ulicach. Także niezrozumiałe pomysły administracji – na przykład co rok muszą chodzić do urzędu dzielnicowego po nowy papierek na miejsce do parkowania. Nie wiadomo – po co i dlaczego, a takich niezrozumiałych pomysłów jest więcej. Razi brak logiki w wielu działaniach urzędników, niedawno przez niejasny system informowania o opłatach za coś tam, zamiast zaległych 84 złotych musieli zapłacić 2 tysiące. To są oczywiście drobiazgi, ale przypominają że jednak dzielą nasze kraje długie lata stabilności i ładu demokratycznego tam, a rozchwiania politycznego i społecznego tutaj.

Moje wrażenia w zetknięciu z Zachodem są teraz zupełnie inne od tych, jakie nas powalały w latach PRL-u, kiedy udawało się tam znaleźć z paroma dolarami w kieszeni. Nie mówię już nawet o sklepach i dostępności towarów, bo na tym polu różniło nas wszystko, a nie różni dziś nic. Wszelkie dobra są w zasięgu ręki, tak u nas jak i tam, stosownie do zamożności rzecz jasna. W ciągu jednego pokolenia stało się to naturalne, a było nieosiągalne.

Francja jest krajem znacznie bogatszym od Polski i to utrwalane przez wieki bogactwo widzi się nie tylko w przepychu wspaniałych pałaców, także w uroczych starych miasteczkach. Tu może najbardziej widać skąd się wywodzimy i z jakim wianem próbujemy dołączyć do bogatych. U nas to co stare, to liche drewniane chałupki przy głównych ulicach, u nich – średniowieczne kamieniczki ciągle żyją. Po pierwsze bogaci byli od zawsze, po drugie mieli spokojny czas i stabilne pieniądze żeby o swoje domy zadbać.

Z niejaką satysfakcją natomiast zobaczyłam na francuskiej wsi, że można tam spotkać taki sam dziadowski bałagan w obejściach jak u naszych chłopów. Ogrodzenia wiązane drutem, góry żelastwa czy innych rupieci , które mogą się kiedyś przydać. To nie jest rzecz jasna reguła, ale przecież i na naszych wsiach, koło nowych chałup rosną już kwiaty, a nie gnojówki.

Jeśli o różnicach mowa, to widać je wyraźniej w mentalności, a przede wszystkim w stosunku do ekologii. Moi gospodarze bardzo pieczołowicie segregują odpadki, na działce pielęgnują kompost, do którego przywożą też roślinne odpadki z miasta. Zbierają papierowe torebki po opakowaniach żeby je przy okazji przekazać właścicielce straganu z warzywami na wiejskim bazarze. Starannie czytają receptury na opakowaniach żywności i wybierają tylko to co zdrowsze. Ktoś na ogrodowe przyjęcie przyniósł truskawki, goście nie bardzo się nimi częstowali – truskawki są podobno silnie pryskane – dopiero kiedy gospodyni powiedziała, że to owoce z własnej działki, wszyscy się na nie rzucili.

Własne działki z marchewką – moda, która u nas panowała w czasach niedoboru, dziś jest raczej w zaniku. Owszem, działkowcy bronią swoich działek pracowniczych przed każdą próbą ich uszczuplenia, ale nie dlatego, że chcą mieć koniecznie własne marchewki. Ten kawałek własnej ziemi w mieście to bardziej relaks niż pożytek. We Francji, w środowisku naukowców spotkałam przy letnich domach prawdziwe sady i ogrody. Kwiaty owszem, ale także pełen asortyment warzyw, dorodne owoce.

W nowej Polsce rozmnożyły się w miastach bujnie domy jednorodzinne – ok. 20 proc. Polaków już tak mieszka, trzy razy więcej niż w innych krajach Unii Europejskiej. A w całym kraju w domach z ogrodami żyje tu ok. 52 proc. ludzi. I w tych ogrodach coraz bardziej dominują rośliny ozdobne. Rzuciliśmy się na kwiaty łapczywie, to wyrosło z potrzeby luksusu, którego nam skąpiono. I z tej potrzeby wyrosła w kraju potężna branża ogrodnicza. Pamiętam, że w latach 70. było w Warszawie jedno centrum ogrodnicze przy Alei Krakowskiej, stało się godzinami w kolejce po sadzonki, a z krzaczków na żywopłot, które tam kiedyś kupiliśmy, nie przyjął się żaden, bo były przesuszone. Teraz na urządzanie ogrodów Polacy wydają ok. 10 mld zł rocznie i jest to jedna z nielicznych branż, która mimo kryzysu notuje wzrost sprzedaży.

Dalej o różnicach. Ulicą, przy której mieszkają moi przyjaciele, puszczono tramwaj. Wielka inwestycja, nowa linia znacząco poprawi komunikację w mieście. Roboty wykończeniowe trwają, a ja obserwowałam jak pracują drogowcy. Różnica wyraźna na naszą niekorzyść. Mam takie hobby, że ilekroć przejeżdżam obok prac drogowych liczę – ilu robotników coś robi, a ilu odpoczywa. Stosunek pierwszych do drugich jest przeciętnie jak 1:5. W Grenoble pracowali wszyscy, było ich znacznie mniej i szybko po sobie sprzątali, tak że efekt był widoczny z godziny na godzinę. A poza tym – sam fakt, że wprowadza się nowe linie tramwajowe kosztem miejsca dla samochodów także o czymś świadczy.

Na pożegnanie wybrałam się na targ po sery. Targi z żywnością w miastach należą do francuskiej tradycji, są imponujące – wielki wybór, niezawodna jakość. Handel kwitnie do 12, a potem w ciągu pół godziny znikają stragany, służba miejska zlewa wodą ulicę, która błyskawicznie zamienia się w parking. Przed stoiskiem z serami bez pomocy przyjaciół stałabym bezradnie – bo czym się ma kierować polski barbarzyńca w wyborze, kiedy widzi przed sobą co najmniej sto rodzajów francuskich serów, a wszystkie wyglądają wspaniale?

Najlepsze na świecie francuskie sery po francuskim obiedzie z francuskim winem i można na chwilę zapomnieć – o co to mieliśmy znowu strajkować?

Agnieszka Wróblewska

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. W.Bujak 2014-07-17
  2. Andrzej K D 2014-07-18
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com