Jerzy Łukaszewski: Rzeczywistość równoległa

dwa2014-08-10.

Traktowane przez niektórych jako „mniej istotne” wybory samorządowe nie zostały jeszcze oficjalnie ogłoszone, a już zaczynają wzbudzać emocje. Pomijam sam fakt, czy jest zgodne z ustawą o wyborach wystawianie bilbordów, wydawanie druków ulotnych o treści wyborczej przed ogłoszeniem tychże, bo w Polsce nie obowiązuje żadne prawo. W Polsce obowiązuje „ale…” „Ale” zastępuje każdy, najbardziej jasny i oczywisty przepis, a jeśli do tego dojdzie jeszcze „prawo moralne” lub „patriotyczny obowiązek”, to z powodzeniem zastąpią nawet konstytucję. Na usługach „Ale’go” pracują rzesze prawników, którzy zawsze są gotowi wytłumaczyć, że prawo mówi co innego niż mówi. Sorry, taki mają zawód.   

Czasem tylko zadaje sobie człowiek pytanie: do kogo mówią kandydaci? Czy naprawdę uważają obywatela za kompletnego tumana, który da się złapać na ich biadolenie o ciężkiej doli, której oni ulżą „pochylając się nad”? Minęło ćwierćwiecze wolnej Polski, ludziska powoli bo powoli, ale jednak przyzwyczajają się do nowych porządków i wiedzą więcej o obowiązkach radnych, wójtów, burmistrzów czy prezydentów miast. A ci swoje – „pochylą się” z narażeniem spodni na pęknięcie, „wysłuchają” ew. „wsłuchają się” itp., itp.

Wszelako zdarzy się czasem kandydat, który do tego stopnia wyłamuje się z tej szarości, że nie sposób nie zwrócić na niego uwagi. Tym bardziej, że to czym zaatakował obywateli w moim mieście daleko wychodzi poza codzienną, partyjną sztampę zarówno jeśli chodzi o swobodę posługiwania się faktami, jak i nowatorską nomenklaturą.

Młody i przesympatyczny (niestety – nudny jak flaki z olejem – pani Alino, dlaczego właściwie flaki z olejem są nudne?!) radny Horała z PiS wypełnia zadanie startowania na urząd prezydenta miasta. Robi to w sposób klasyczny dla tej partii, czyli tak, by broń Boże nie wygrać, a jednocześnie żeby nikt w partii nie mógł mu zarzucić, że się przestraszył i nie wystartował. Nie w tym rzecz.

Pies pogrzebany jest w tym, że w ulotce, którą straszy obywateli groźbą swojego startu, przedstawia dwóch kandydatów swego ugrupowania na radnych miejskich.

Jeden to „normalny PiS-owiec”, nic szczególnego.

Za to drugi…

Z konieczności nieco historii.

Nazwisko Józef Dambek znane jest każdemu miłośnikowi historii Pomorza. Postać ciekawa, choć niejednoznaczna, co do której zastrzeżenia zgłaszają do dziś nie tylko historycy, ale i zwykli mieszkańcy Kaszub. Jeden z organizatorów „Gryfa Pomorskiego” i jeden z jego dowódców. Obarczany odpowiedzialnością za zamordowanie Józefa Gierszewskiego, komendanta organizacji pod wyssanym z palca pretekstem. Tłem konfliktu były rozmowy mające doprowadzić do scalenia „Gryfa” z AK czemu przeciwstawiał się Dambek, który wybrał przymierze z organizacją „Miecz i Pług” współpracującą z gestapo, co doprowadziło w krótkim czasie do rozbicia „Gryfa”. Dodatkowo Dambek, mimo iż przed wojną szkolony przez polską „dwójkę”, zachował się nieprofesjonalnie przechowując dane osobowe wszystkich członków organizacji w jednym miejscu. W efekcie po jego rozpracowaniu przez gestapo kilkaset osób poszło do Stutthofu. Na Kaszubach ludzie to pamiętali i pamiętają.

Po ’89 roku jego krewniak, Roman Dambek rozpoczął intensywną kampanię na rzecz zmiany opinii o swoim krewnym. Kampanię tyleż intensywną, co pełną kłamstw, przeinaczeń i swoistej „polityki historycznej”.

Z czysto ludzkiego punktu widzenia można by to zrozumieć. Rodzina.

Sęk w tym, że Roman Dambek rozpoczął kampanię nie od ukazania zasług krewniaka, a chamskich i bezczelnych kłamstw mających opinii publicznej zohydzić postać zamordowanego J. Gierszewskiego.

Prowadząc badania i poszukiwania na Kaszubach niejeden raz spotykałem się z problemem Dambek – Gierszewski i mogę stwierdzić, że lekko licząc 90% moich rozmówców miało na temat Dambka zdanie, łagodnie mówiąc, krytyczne.

Pan Roman Dambek potrafił przychodzić nieproszony na organizowane imprezy (np. pikniki rodzinne) i usiłować szerzyć swoją „prawdę”, narażając się czasami na wyproszenie, czego sam byłem świadkiem, jeszcze za życia śp. Franciszki Cegielskiej, naszej legendarnej pierwszej prezydent miasta, która nie mogła spokojnie odbyć spotkania z mieszkańcami, by zaraz na horyzoncie nie pojawił się p. Dambek.

Doprowadzał do awantur na Kaszubach usiłując stawiać krzyże i pomniki czczące jego krewniaka wbrew mieszkańcom i samorządom lokalnym.

Ciekawa jest utworzona przez m.in. niego strona internetowa nt. „Gryfa”. Są tam zdjęcia i życiorysy wszystkich przywódców prócz … Józefa Gierszewskiego.

byłoby co zamieszczać.

Oczywiście, to z pewnością jest przypadek. Z pewnością.

Szczerze mówiąc, nie interesowałem się wówczas jego politycznymi koneksjami, wystarczyło, by uznawać go za człowieka niesympatycznego, namolnego i niezbyt dobrze wychowanego. Dużo później dowiedziałem się, że związał się on z Porozumieniem Centrum i korzystał ze wsparcia tej partii w swoich dążeniach do zmiany znanej powszechnie historii, co jak się zdaje, pozostało wielu jej działaczom do dziś jako cecha charakterystyczna.

Takich ludzi w Polsce jest co nieco i pewnie nie zawracałbym głowy czytelnikom tą opowieścią, gdyby nie fakt, iż nasz lokalny PiS wystawia pana Dambka w tegorocznych wyborach.

Oczywiście – wolno mu, nie zamierzam zaprzeczać.

Ale…

W ulotce – agitce, którą mnie zaatakowano zza pocztowego węgła, znalazłem skrócony (chwała Bogu) życiorys kandydata. Życiorys, który wiele mówi o stosunku PiS do historii, szczególnie tej dotyczącej jej własnych członków.

Swego czasu nasłuchaliśmy się o śp. prezydencie Kaczyńskim – faktycznym założycielu „Solidarności”, głównym doradcy Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego (niewymienianym w oficjalnych dokumentach dla kamuflażu), o prezesie Jarosławie – zasług którego długo jeszcze nie zliczymy, bo wciąż pojawiają się nowe, nawet jeśli dotyczą znanych wszystkim, zamkniętych już (wydawałoby się) kart historii itd. itd.

Do tego się przyzwyczailiśmy.

Okazuje się, że kadra terenowa jest równie twórcza i nie odstaje poziomem od swojej centrali.

Z ulotki dowiaduję się, że pan Roman Dambek jako student II roku Politechniki Gdańskiej brał udział w … Powstaniu Grudniowym 1970 r.

Tak, to nie pomyłka. Tak jest tam napisane.

Gdybym był mieszkańcem innej części Polski, pewnie uśmiechnąłbym się i pokiwał głową z politowaniem Jako gdynianin i naoczny świadek tamtych wydarzeń na chwilę zamarłem.

Pamięć tamtych dni, pamięć kilkudziesięciu poległych i kilkuset poranionych na naszych ulicach ludzi jest u nas szanowana i nie zdarzyło się dotąd, by ktoś tak podle usiłował wykorzystać ją do lansowania swojej osoby i to w sposób urągający nie tylko historycznej prawdzie, ale zwykłemu zdrowemu rozsądkowi, że o poczuciu przyzwoitości nie wspomnę. Trudno mi znaleźć dostatecznie obelżywe słowo na takie postępowanie.

Analiza tekstu tego „życiorysu” powinna być w zasadzie dziełem psychiatry, historyk, nawet będący świadkiem opisywanych wydarzeń, jest chwilami bezradny.

Mamy więc nowe „powstanie”, które narodziło się po blisko półwieczu od swego zaistnienia.

Pomijam fakt kłamstwa o „uczestnictwie w walkach”, studenta Politechniki. O jakich „walkach” ten egzemplarz mówi? O zawierusze na ulicach Gdańska skonstruowanej przez esbecję, o inscenizowanym okradaniu sklepów skwapliwie nagrywanym nawet nie ukrywającą się kamerą?

Nawiasem mówiąc, ten film ukazał się raz przez przypadek w TV Gdańsk, po czym osoba odpowiedzialna za emisję wyleciała z pracy, ponieważ docelowo nie był on przeznaczony dla polskiego widza. Kilka dni później moja siostra oglądała go w TV… w Chicago.

Na ulicach Gdyni nie było „walk”. Była strzelanina do bezbronnych ludzi idących do pracy za namową p. Kociołka, członka jednej z dwóch grup w kierownictwie PZPR walczących o władzę. To były ofiary tej rozgrywki.

Po raz drugi strzały padły w okolicy dzisiejszego Urzędu Miasta dla zablokowania maszerujących Świętojańską robotników stoczni i portu.

Tu ważna rzecz, której „walczący” pan Dambek może nie wiedzieć plotąc swe bzdury. Tłum w Gdyni, w odróżnieniu od gdańskiego (szybko nauczony doświadczeniem sprzed dwóch dni) był doskonale zorganizowany i otoczony własną strażą, nie dopuszczającą nikogo poza znanymi sobie. Nie było możliwości, by do niego dołączyć. Oni tego sobie nie życzyli z ostrożności. I mieli rację.

Ten tłum z nikim nie walczył. Niósł na drzwiach ciało zabitego kolegi do budynku Rady Narodowej. Nie doniósł.

Gdzież więc „walczył” pan kłamca Dambek?

Strzały rozproszyły zbierających się w okolicy ludzi w kierunku wzgórza przy kościele franciszkanów i torów kolejowych. Uciekający ukryli się za kolejowym nasypem, nie zawsze skutecznie, bo strzały padały i z helikopterów i z dachu budynku Rady Narodowej.

Byłem wówczas maturzystą jednego z gdyńskich liceów. Można powiedzieć – młody, nie wszystko widział, nie wszystko zrozumiał.

Byłem wystarczająco dorosły, by rozróżnić ostrzał od walki, to naprawdę nie jest to samo. Kilka osób z mojej rodziny obserwowało wydarzenia z innego, niż ja miejsca i nikt nie zauważył „walk”.

Gdzie więc i z kim „walczył” pan fałszerz historii Dambek? Chętnie posłucham. Mój szkolny kolega, który został wtedy kaleką na całe życie z pewnością także.

Dalsze „fakty” z życiorysu kandydata wywołują już wyłącznie pusty śmiech.

„W kilka lat po grudniowej tragedii jako uchodźca polityczny…”

A którędy to pan kłamca Dambek „uszedł”? Przez zieloną granicę, czy może z paszportem PRL, którego mu jakoś bezpieka zapomniała zatrzymać? A dlaczegóż to? Takiemu „powstańcowi”? Takiemu walecznemu tytanowi stanowiącemu groźbę dla systemu?

Głupia jakaś ta bezpieka była.

No, chyba że się dobrze kamuflował, jak nie przymierzając Lech Kaczyński w 1980.

Pytam, bo słowo „uchodźca” w moim słowniku jęz. polskiego coś znaczy i nie da się go używać w dowolnym kontekście.

Wszystko to może i nie byłoby warte uwagi, gdyby nie fakt, że tacy ludzie, jak ten wciskają się coraz szerszą falą do naszej polityki, bez wstydu, bez zahamowań, licząc na niewiedzę, na brak pamięci oraz na to co jest naszym niezaprzeczalnym, wspólnym dziełem – kompletnym upolitycznieniem wszystkich obszarów życia codziennego z papierem toaletowym włącznie.

Polityka tak nas rozdzieliła, że to co z początku było tylko przedmiotem żartów – odmienne rzeczywistości – staje się faktem dostrzegalnym coraz częściej. Istnieją w nich różne historie, różni bohaterowie, różne wartości, różny przebieg tych samych wydarzeń.

Grozą może napawać fakt, że osoby starsze ode mnie i pamiętające tamte wydarzenia czytają podłe kłamstwa takich dambków i … wierzą w nie. To naprawdę jest oznaka groźnej choroby społecznej.

Obawiam się , że nawet diagnoza fachowców może w tym wypadku zawieść. To już nie jest zwyczajna mitomania. Ta znajdująca rzeszę odbiorców wymazujących z umysłu własne wspomnienia to coś dużo groźniejszego.

I uwaga ostatnia. Może to i nie moje zmartwienie, ale błąd robi na dłuższą metę partia, która przygarnia pod swe skrzydła takich ludzi. Myli się sądząc, że ich można „opanować, wtłoczyć w ramy, zdyscyplinować”. Nie można. Kiedy ich własne dążenia będą sprzeczne z chwilową (jak to w polityce) linią partii, oni odwrócą się od niej i staną się dla niej zagrożeniem większym, niż tradycyjny przeciwnik. Jak zawsze, gdy mamy do czynienia z zachwianą psychiką.

A nam zostaną dwie, a może i więcej rzeczywistości równoległych.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. andsol 2014-08-10
  2. narciarz2 2014-08-10
  3. Jerzy Łukaszewski 2014-08-10
  4. Demetria 2014-08-11
  5. Alina Kwapisz-Kulińska 2014-08-11
    • Jerzy Łukaszewski 2014-08-11
  6. W.Bujak 2014-08-11
  7. slawek 2014-08-11
  8. Jaruta 2014-08-11
  9. Jerzy Łukaszewski 2014-08-11
  10. Jaruta 2014-08-11
  11. Jaruta 2014-08-11
  12. Jerzy Łukaszewski 2014-08-11
  13. slawek 2014-08-11
  14. jmp eip 2014-08-16
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com