Greg Grandin: Fordlandia. Henry Ford i jego miasto-państwo w amazońskiej dżungli

2012-06-15. Wydana przez Świat Książki „Fordlandia” Grega Grandina to pasjonująca opowieść biograficzna o Henrym Fordzie – genialnym inżynierze, właścicielu imperium motoryzacyjnego, oskarżanym o antysemityzm wrogu Wall Street i międzyna­rodowej finansjery, pracodawcy płacącym robotnikom stawki dwukrotnie wyższe niż kon­kurencja, despotycznym ojcu i wielkim dziwaku.

W latach 20. XX wieku Ford – największy wówczas producent samochodów na świecie -kupuje w Amazonii szmat ziemi, by zbudować tam „małą Amerykę”. W tropikalnych la­sach zakłada plantacje kauczukowca, buduje nowoczesne osiedla, drogi, szkoły. Gubi go jednak pycha i arogancja. Indianie Guarani nie potrafią pracować w surowym fabrycznym reżimie, na plantacjach zagęszczone kauczukowce padają ofiarą zarazy. Henry Ford, który zawsze i wszędzie pokonuje wszelkie trudności, przegrywa bitwę z amazońską dżunglą i z mentalnością jej rdzennych mieszkańców.

Autor tej opowieści, Greg Grandin, jest profesorem historii na New York University i pracownikiem naukowym Stowarzyszenia Guggenheima. Był członkiem komisji ONZ badającej zbrodnie popełnione w Gwatemali w czasie wojny domowej i autorem artykułów, współpracującym m.in. z „The Los Angeles Times”, „The Nation”, „The New Statesman”, „The London Re-view of Books”, „HarperY” i „The New York Times”.

Książka ukazała się w tłumaczeniu Jerzego Górskiego, wieloletniego korespondenta polskich mediów w USA

Dla naszych czytelników wybraliśmy fragment z „Wprowadzenia”

Wszystko w porządku

(…) Amazonia jest jedną wielką, zniewalającą człowieka kusicielką: ci, którzy o niej piszą, nie mogą się oprzeć wrażeniu, że w ich rozumieniu i odczuciu dżungla jest nie tylko systemem ekologicznym, lecz także metafizycznym miejscem na ziemi, gdzie człowiek poddaje się pewnej próbie i sprawdza się; miejscem skłaniającym człowieka do narzucenia przyrodzie swojej woli po to tylko, aby przekonać się o swojej całkowitej bezsilności. Dziewiętnaste- i dwudziestowieczni odkrywcy lub misjonarze często przedstawiali dżunglę jako uosobienie immanentnego zła tkwią­cego w naturze lub jako zła, które człowiek nosi w sobie. Kenneth Grubb, pastor Kościoła anglikańskiego, przedzierając się w 1930 roku przez brazylijską dżunglę, napisał, że tropikalne lasy deszczowe „wyzwalają w człowieku najgorsze instynkty, brutalizują uczucia, czynią go zatwardziałym i budzą w nim wszelkie złe i plu­gawe żądze”. Artykuły Theodore’a Roosevelta, po raz pierwszy drukowane jako korespondencje w piśmie „Scribner”, także przedstawiają Amazonię jako miejsce wrogie człowiekowi, „gdzie złowieszcze zjawy” czają się „w martwej ciszy dżungli”. Prastare drzewa nie przewracają się same, aby zgnić na ziemi, lecz są „mordo­wane”, duszone w śmiertelnym uścisku pnączy. Roosevelt przedstawił deszczowe lasy tropikalnie jako miejsce prawie niezamieszkane przez „istoty ludzkie”. Opisał wyzwania, jakie stawiają one człowiekowi, uznając je za całkowicie naturalne i wy­nikające z samej istoty dżungli, a zarazem jako coś nadprzyrodzonego. Posłużył się barwnym opisem zachowań piranii, „ryb żądnych krwi”, a także okrutnych, wysysających krew ofiar nietoperzy-wampirów. Dżungla jest „całkowicie obojętna wobec wszelkiego zła i dobra – pisał Theodore Roosevelt. – Ma jakiś cel albo nie ma go w ogóle, nie zważa na ból lub zgryzotę kogokolwiek”. Czytelnikowi nie-obeznanemu z teologiczną prawdą, że piekło to brak Boga, Roosevelt pozostawił , niewiele wątpliwości co do wniosków, jakie pośrednio wyciągał z tej analogii: roz­począł swoją relację od siedemnastostronicowego szczegółowego opisu zdradziec­kich węży żyjących w amazońskiej dżungli.

Także ostatnio ci, którzy szczęśliwie przeżyli spotkanie ze śmiertelnie niebez­piecznym żywiołem pierwotnej dżungli, często odczuwają potrzebę dociekania głębszego znaczenia ukrytego w jej niepojętej surowości. Chcą widzieć w niej pro­bierz w jakimś sensie pomagający rozwikłać zagadkę ludzkiego postępu. Niemiec­ki reżyser filmowy Werner Herzog, zmagając się z wielkimi trudnościami podczas kręcenia w 1982 roku filmu Fitzcarmldo, powiedział: „Jeżeli swoim postępowa­niem sprowokujemy przyrodę, ona nie pozostanie dłużna, odwzajemni się, po prostu odda nam cios”. Uparte próby Herzoga, aby pokazać wewnętrzny przymus stawiania sobie wyzwań, jakim kieruje się główny bohater jego filmu, którego gra Klaus Kinski, i jego homeryckie zmagania z przeciągnięciem 340-tonowego stat­ku rzecznego przez górę w Amazonii (fabułę filmu oparto na biografii Carlosa Fermina Fitzcarralda Lopeza, któremu nie zabrakło rozsądku, aby rozmontować statek przed dalszą podróżą), skłaniają go do zastanowienia się nad brakiem jakich­kolwiek norm etycznych panujących w świecie przyrody: „Kinski zawsze utrzy­mywał, że przyroda jest pełna erotycznych żywiołów. Ja nie widzę w niej tak wiele erotyki. Zauważam, że więcej jest w niej sprośności. (…) Tutaj przyroda jest pełna groźnych gwałtownych żywiołów, jest nikczemna. Nie dostrzegam tutaj nic ero­tycznego. Widzę natomiast rozpasane cudzołóstwo, duszenie i dławienie oraz wal­kę na śmierć i życie o przetrwanie (…) po prostu zgniliznę. Oczywiście mnóstwo tutaj nieszczęścia i bólu, ale takie nieszczęście i ból są z nami wszędzie. Pełne bólu są tutaj drzewa i ptaki. One nie śpiewają, one po prostu skrzeczą z bólu”.

Lecz Henry Ford oraz kobiety i mężczyźni, których wysłał, aby zbudowali osiedla, okazali się głusi i całkowicie nieczuli na tego rodzaju głosy, metaforyczne ostrzeżenia, powtarzane do znudzenia oczywiste prawdy na temat Amazonii. Był jakiś niezwykły upór w ludziach pochodzących ze Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych, w inżynierach, lecz także w drwalach i traczach; wielu z nich pra­cowało w zakładach drzewnych Forda ulokowanych na Górnym Półwyspie stanu Michigan. Usiłując zmierzyć się z dżunglą, ludzie ci nie zmienili swego nastawie­nia wobec żywiołów przyrody. Spoglądając w niebo, widzieli padlinożerne sępy. Taki widok zazwyczaj skłaniał przedzierających się przez gąszcz tropikalnych lasów do zadumy nad przemijaniem i nietrwałością ludzkiego życia. Jednak ci twardzi przybysze rodem z Michigan zamiast sępów oczyma duszy widzieli gołębie krążące nad domami Detroit. Dla wielu pracowników zespołu Forda życie w nadrzecznej puszczy stawało się coraz bardziej uciążliwe. Monotonia życia w tych warunkach obezwładniała człowieka, niektórzy zapadali na zdrowiu i umierali. Zamiast skła­niać do moralnej refleksji lub myślenia o grożącej im śmierci przyroda Amazonii napełniała dusze pionierów Forda tęskną melancholią, pragnieniem, aby odtwo­rzyć w brazylijskiej dżungli minioną Amerykę – Amerykę, w której budowie kon­cern Forda odegrał niemałą rolę.

Ford w owym czasie unikał zbyt dramatycznych rozważań na temat warun­ków panujących w Amazonii, miał jednak świadomość zagrożenia, jakie dżungla stanowiła dla jego ambitnych zamierzeń. Jego niepokój budziła nie tyle nieprzy­jazna przyroda, ile obawa, że nie zdoła odtworzyć w Amazonii wizji Ameryki, która na jego oczach tak szybko przemijała w ojczystym kraju. Wizja ta narodziła się z jego doświadczenia wyniesionego z wiejskiego klimatu i tradycji na farmie w Dearborn. W jego mniemaniu upoważniała go ona do wykorzystania bogactwa i wiedzy przemysłowca dla ratowania i pielęgnowania cnót wiejskiej społeczności oraz znalezienia lekarstwa na schorzenia dręczące wielkie aglomeracje miejskie. Henry Ford miał sześćdziesiąt lat, kiedy wpadł na pomysł założenia Fordlandii -lub w brazylijskiej odmianie języka portugalskiego Fordlandii, z przeciągłym ak­centem wyróżniającym długie samogłoski. Ostatnie trzy litery wymawiało się, przeciągając – „jeeah”. Fordlandia była ostatnim ryzykownym pomysłem genial­nego przemysłowca na najlepszą organizację społeczeństwa.

Jego ideał życia opierający się na pewnych wartościach miał akcent roman­tycznej rycerskości. Ford uwielbiał szarmancki styl bycia. Widać to szczególnie w jego pomysłach na organizowanie ludziom wolnego czasu. Jego idea, związana z budową Fordlandii, nie była więc z całą pewnością pomysłem awanturniczym w przeciwieństwie do ekspedycji militarnych, do życia na niebezpiecznym pogra­niczu czy odkrywania i badania dżungli; aczkolwiek niektórzy, jak na przykład Theodore Roosevelt, opiewali takie warunki życia, uważając, że hartują one czło­wieka i wzmacniają jego charakter. „Człowiek, który ciężko pracuje – powiedział swego czasu Ford – powinien móc odpoczywać w wygodnym fotelu, rozkoszować się ciepłem kominka, cieszyć się miłym otoczeniem”. Właśnie dlatego w Amazonii Ford chciał zbudować dla swych brazylijskich pracowników domy w stylu charakterystycznym dla okolic Cape Cod w stanie Massachusetts oraz nalegał, aby hodowali kwiaty, uprawiali warzywa, jedli pszenny chleb i niełuskany ryż. Major Lester Baker, attache wojskowy USA w Brazylii, który po przebyciu setek kilome­trów w dżungli dotarł do Fordlandii, uznał, iż miasto to jest swego rodzaju oazą, „snem” rodem ze Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych. Jest elektrycz­ność, sieć telefoniczna, ludzie mają automatyczne pralki i lodówki. Menedżero­wie w Fordlandii, aby propagować purytański styl życia, wprowadzili prohibicję -a przynajmniej usiłowali ją wprowadzić – mimo że prawo brazylijskie nie zakazy­wało sprzedaży alkoholu. W żłobkach usiłowano karmić dzieci mlekiem sojowym, ponieważ Ford nie cierpiał krów. W weekendy odbywały się potańcówki, czytano Williama Wordswortha i Henry’ego Longfellowa. Tubylcom, miejscowym pra­cownikom w większości urodzonym i wychowanym w Amazonii, wyświetlano filmy dokumentalne o afrykańskich i antarktycznych ekspedycjach, na przykład relacje z wyprawy admirała Richarda Byrda z 1929 roku na biegun południowy. Pokazywano także krótkometrażówki reklamujące wycieczki turystyczne do Parku Narodowego w Yellowstone, jak również zaprezentowano nowoczesną karoserię modelu Lincoln Zephyr. Wychodzący w stanie Michigan dziennik „Iron Moun-tain Daily News” napisał, że „Henry Ford przeszczepił spory kawałek dwudziesto­wiecznej cywilizacji do Amazonii i stworzył dobrobyt, jakiego tubylcy w tym kraju nigdy nie zaznali”.

W ciągu niemalże dwudziestu lat Henry Ford wydał dziesiątki milionów dola­rów, zakładając w Amazonii nie tylko kolejną plantację kauczukowców (pierwsza została zniszczona przez zarazę roślin), lecz także dwa miasta na wzór amerykański, ze skwerami, centralnymi placami, ulicami, chodnikami, bieżącą wodą w domach, szpitalami, pielęgnowanymi trawnikami, kinami, basenami kąpielowymi, polami golfowymi i oczywiście samochodami produkcji Forda (modele Ts i As), które mknęły po brukowanych jezdniach.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych gazety z wielkim rozgłosem świętowały amazońskie sukcesy Forda. Jedynie niekiedy pojawiały się niewielkie artykuły do­noszące, że nie wszystko idzie po myśli menedżerów projektu i są pewne opóźnie­nia w realizacji tej ambitnej inwestycji. Lecz pojawiła się także jedna wyraźna nuta sceptycyzmu. Pod koniec 1928 roku w artykule redakcyjnym „The Washington Post” skonstatowano, iż „Ford będzie zarządzał plantacją kauczukowca na obszarze większym niż Karolina Północna. Po raz pierwszy mogą wystąpić trudności z za­stosowaniem jego metod organizacji i zarządzania masową produkcją”.

Dzisiaj podróż statkiem rzecznym z najbliższego prowincjonalnego miasta do Ford­landii również trwa osiemnaście godzin, podobnie jak przed osiemdziesięciu laty, kiedy Henry Ford wysyłał pierwsze zespoły inżynierów i drwali, żeby rozpoczęli budowę jego miasta. Dwukrotnie odbyłem podróż tą trasą i za każdym razem by­łem wstrząśnięty widokiem tego, co pozostało po Fordlandii. Po wielogodzinnych zmaganiach z żywiołem wodnym i pokonaniu ostatniego zakola rzeki ujrzałem nagle wyrastającą z dżungli blisko pięćdziesięciometrową wieżę ze zbiornikiem na sześćset tysięcy litrów wody. Przez wiele lat deszcz i tropikalna wilgoć zrobiły swoje, niemalże całkowicie zniszczyły i zamazały namalowane kursywą charakterystycz­ne, białe logo Forda. Swego czasu ta wieża była najwyższą skonstruowaną przez człowieka budowlą w całej Amazonii. Tuż obok niej stały rozebrane obecnie komi­ny stanowiące część budynków elektrowni. Było to wówczas szczytowe osiągnięcie nowoczesnego systemu wodociągów. Dziennie przepompowywano z rzeki prawie dwa miliony litrów wody, która po przefiltrowaniu i chlorowaniu była wykorzysty­wana zarówno na plantacji, jak i w wytwórni lodu. Wiele kilometrów zakopanych w ziemi rur dostarczało wodę do domów, do kuchni i toalet. Rozbudowana sieć kanalizacyjna odprowadzała odpady z gospodarstw domowych i nieczystości. Na chodnikach stały hydranty – stanowiące nadal innowację techniczną nawet w naj­większych miastach Ameryki Łacińskiej. Energię dla sieci zaopatrującej Fordlandię w wodę dostarczała hydroelektrownia. Była to spora konstrukcja składająca się z kotłów parowych, wytwornic, turbin i silników z wycofanych przed kilku laty ze służby okrętów wojennych rozebranych na części w dokach River Rouge. Można powiedzieć, że Henry Ford był pionierem technologii recyklingu, wprowadzając ponownie do cyklu produkcyjnego wycofany sprzęt.

Fordlandia jest położona po wschodniej stronie rzeki Tapajós, piątego najwięk­szego dopływu Amazonki. Płynie ona z południa na północ i uchodzi do Amazonki w odległości około tysiąca kilometrów od Oceanu Atlantyckiego. Tapajós jest rzeką szeroką, ma opadające piaszczyste brzegi i rosnący w siłę wraz z jej biegiem nurt. Człowiek płynący rzeką odnosi wrażenie, że zewsząd otacza go dżungla. Spotyka się tutaj mnóstwo różnych gatunków ryb, owadów i innych zwierząt; różnorodność flory jest równie zadziwiająca. Jednak widok rozpostartego nad bezkresną niziną la­zurowego nieba sprawia, że ogarnia człowieka coraz większa nuda. Kenneth Grubb napisał: „W Amazonii panuje wszechogarniająca monotonia, zawsze te same zie­lone linie brzegów rzek, ten sam mrok i posępność dżungli… za każdym zakolem rzeki spodziewamy się czegoś nowego, a wita nas ten sam widok”. Lecz tym razem nagle zauważamy jakby cudowny miraż – wielki zakład przemysłowy Forda. „Kie­dy widzimy z pokładu rzecznego parowca – napisał Ogden Pierrot, amerykański dyplomata akrydetowany na placówce w Rio – imponujące stalowe konstrukcje przemysłowej części miasta, naszą uwagę przykuwają gigantyczny zbiornik na wodę oraz kominy elektrowni i wywołują uczucie wręcz szokującego zadziwienia”.

Kiedy statek zbliżał się do nadbrzeża portowego, nagły powiew silnego wiatru rozproszył wilgotne powietrze dżungli. Na wzgórzu, tuż przy brzegu rzeki zobaczyliśmy kościół katolicki wzniesiony już po opuszczeniu tego miejsca przez koncern Forda. Menedżerowie Forda zezwalali odwiedzającym Fordlandię księżom odpra­wiać msze święte, lecz odmówili prośbie biskupa, aby założyć w tym miejscu stałą misję kościelną i prowadzić miejskie szkoły. W oddali na horyzoncie majaczyły kontury słynnej wieży ze zbiornikiem na wodę oraz mury opuszczonego tartaku i nieczynnej elektrowni. Panujące teraz w tym miejscu cisza i spokój przywodzą na myśl raczej idylliczną wizję wygodnego wypoczynku po trudach pracy, o czym ma­rzył Henry Ford dla swoich pracowników, niż okrutną drapieżną przyrodę. Trudno wyobrazić sobie chaos i koszmar, jakie panowały tutaj przed osiemdziesięciu laty.

W pierwszych latach budowy miasto tonęło w odpadach i nieczystościach, było ogarnięte falą przemocy i rozpusty, co sprawiało, że Fordlandia bardziej przypomi­nała obumarły las niż „Nasze miasto” Thorntona Wildera. Ludzie masowo umierali na malarię i żółtą febrę. Drwale zmuszani, bez względu na warunki, do wyrębu maczetami les’nych zarośli w dżungli, umierali od ukąszeń jadowitych węży. Ci, którym udało się zbiec, opowiadali o bójkach nożowników, buntach i strajkach. Uskarżali się na spleśniałą żywność, niekompetentnych nadzorców defraudujących ich zarobki, którzy zamienili to miejsce w dżungli w jedną wielką kloakę, bezuży­tecznie wypalili ogromne połacie lasu, nie mając pojęcia o uprawie kauczukowców. Był to jak dotychczas największy pożar w amazońskiej dżungli. Palące się liście drzew były wszędzie, popiół wypełniał powietrze, a chmury deszczowe zmieniły się w krwistopomarańczowe opary. Materiały budowlane przywiezione z Dearborn rdzewiały i gniły na brzegach rzeki. W strugach tropikalnego deszczu worki z cementem zmieniały się w kamienie. Rozpaczliwie poszukujący pracy imigranci z północno-wschodnich, ogarniętych suszą i głodem, rejonów Brazylii przybywali do obozów pracy w Fordlandii zwabieni pogłoskami, że Ford będzie zatrudniał tysiące pracowników, płacąc im pięć dolarów za dniówkę. Zabrali ze sobą żony i dzieci, rodziców, kuzynów, ciotki i wujków. Zbudowali prowizoryczne szałasy z drewna ze skrzyń i brezentu. Zamiast idealnego, pełnego zalet miasta rodem ze Środkowego Zachodu Stanów Zjednoczonych, emanującego purytańską etyką pracy i życia, miasta wzorcowego, jakie miało powstać w amazońskiej dżungli, miejscowi handlarze i sklepikarze postawili kryte strzechą burdele, bary, domy gry hazardowej, zmieniając Fordlandię w miejsce dzikiej, rabunkowej ekspansji go­spodarczej i sprośnej, prymitywnej rozrywki. Menedżerom Forda udało się jednak w końcu zapanować nad ludzkim żywiołem w mieście i powoli zaczęli realizować wizje swego szefa. Lecz nieustępliwa, buntująca się przyroda bynajmniej im nie odpuściła.

Buta i pycha zgubiły Fordlandię. Do takiego wniosku można dojść, jeżeli weź­mie się pod uwagę nie tylko klęski i niepowodzenia pierwszych lat istnienia mia­sta, bo nawet wówczas, kiedy zaprowadzono w nim jaki taki porządek, plantacje kauczukowców i pobieranie lateksu nie poddawały się reżimowi zastosowanemu przez Forda w amazońskiej dżungli. Jednakże, gdy chodzę po zgliszczach i ruinach Fordlandii i przypatruję się temu, co po niej zostało, ogarnia mnie rzewny na­strój. Pomimo bezmyślnego wypalania dżungli przez pierwszych menedżerów Fordowskiego projektu, a także wybudowania największego i najnowocześniejszego tartaku w Ameryce Południowej, to miejsce nie tylko przywodzi na myśl klęskę ekologiczną, jaka zwykle kojarzy się z wykarczowaniem lasu tropikalnego. To by­łaby zbyt łatwa i prosta nagana. Obraz, jaki zastałem, przywodzi raczej na myśl destrukcję przemysłową, deindustrializację. W gruncie rzeczy istnieje niesamowite podobieństwo pomiędzy rdzewiejącą wieżą ze zbiornikiem na wodę, rozpadającym się tartakiem, opuszczoną elektrownią w Fordlandii a ruiną podobnej struktury przemysłowej w Iron Mountain (miasto Iron Mountain dotknięte kryzysem eko­nomicznym było kiedyś kwitnącym miastem przemysłowym na Górnym Półwy­spie stanu Michigan i także było w rękach Henry’ego Forda).

W oddaleniu około dwóch kilometrów od przystani rzecznej, na wzniesieniu przy zakolu rzeki leżą porzucone resztki tego, co kiedyś miało być „amerykańską wspólnotą” w amazońskiej dżungli. Zbudowane z drewna domki typowe dla archi­tektury protestantów są pozbawione zbytku. Dachy pokryto gontem, podłogi były z desek, ściany otynkowane, było też sporo dekoracyjnej sztukaterii. W budyn­kach znajdowały się wyłożone kafelkami łazienki, lodówki, a na ścianach świeczni­ki. Walące się teraz, zarośnięte zielskiem domy zasiedliły kolonie nietoperzy, ściany i podłogi pokryła gruba warstwa guana. Przy domostwach była „Aleja Palmowa”, zarośnięta mangowcami, co można uznać za wyraz pewnego ustępstwa poczynio­nego przez koncern Forda na rzec ekologicznych wymogów dżungli. Wiązy pół­nocnoamerykańskie i klony więdły w wilgotnym, gorącym klimacie. Natomiast cementowe chodniki, elektryczne lampy uliczne i kolorowe, czerwone hydranty z wielkim oporem poddawały się niszczącym skutkom przemijania czasu.

Bliżej rzeki rdzenni Brazylijczycy, w tym także niektórzy dawni pracownicy Forda, mieszkali w małych parterowych domkach. Stały one wzdłuż trzech dłu­gich alei. Od czasu budowy Fordlandii zmieniono ich nazwy. Aleja biegnąca naj­bliżej rzeki Tapajós nazywała się wcześniej Riverside Avenue, ta zaś przy zboczu, oddalona najbardziej, była aleją Hillside. Aleja środkowa utrzymała swoją pierwot­ną nazwę – Main Street – ulica Główna. Mury budynków dawnej elektrowni i tar­taku z dużymi oknami od podłogi po sufit oddzielały od siebie dwie mieszkalne części miasta. Z maszynowni usunięto prądnice i turbiny, lecz wokół tartaku nadal można było tu i ówdzie dostrzec zardzewiałe resztki sprzętu technicznego. Walały się pełne nakrętek i sworzni drewniane skrzynie opatrzone nazwą Standard Oil of Brazil – towarzystwa naftowego, które na tym obszarze przeprowadzało wiercenia w poszukiwaniu ropy naftowej. Na placach rdzewiało kilkanaście tłoczni firmy Landis Machinę Company, a na młotach nadal można było odczytać, że wypro­dukowano je w USA. W wilgotnym poszyciu dżungli leżały pogięte szyny, smutne pozostałości ponadpięciokilometrowych torów kolejki dowożącej swego czasu do tartaku drewno. Zaskakujące i skłaniające do głębokiej zadumy jest, jak siły przy­rody i upływający czas mogły doprowadzić do tak żałosnego stanu to, co wielkim nakładem pracy i kapitału stworzył człowiek. (…)

Print Friendly, PDF & Email

Jedna odpowiedź

  1. narciarz 2012-06-17
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com