Piotr Kuczyński: Panem et circenses

2012-06-16. Wiem, że tytuł “chleba i igrzysk” oryginalny nie jest, więc dlatego napisałem go po łacinie. Wygląda poważniej, mimo że temat wpisu poważny (teoretycznie nie jest). Wiem też, że zarobię tym tekstem na niechęć (może nawet nienawiść?) sporej liczby Polaków – kibiców. I nie tylko kibiców. W Polsce piłka nożna jest czymś na kształt religii. Można zostać ukaranym (chociaż nie przez prawo) za naruszania uczuć kibicowskich.

Przypomnę, że pięć lat temu, tuż po przyznaniu nam organizacji EURO2012, napisałem w tym blogu mocno krytyczny tekst. Wypadałoby zakończyć ten okres kolejnym wpisem. Na wstępie muszę wyraźnie powiedzieć, że nie jestem wrogiem, piłki nożnej. Pół wieku temu szalałem na jej punkcie. Organizowałem mecze, trenowałem z kolegami nawet w śniegu po kolana. Entuzjazmowałem się tak, że w Bułgarii próbowałem łapać program pierwszy Polskiego Radia po to, żeby usłyszeć, jaki był wynik meczu Warmii Olsztyn. No i oczywiście potem „orły Górskiego”. Mam jednak wrażenie, że po pierwsze to była inna piłka a po drugie Euro 2012 to zupełnie inna bajka.

W dawnych czasach nie było tyle komercji ile mamy teraz. Sport? Może i tak, ale jak obudowany? Jakie pieniądze (ogromne) wchodzą w grę. Kibice to przede wszystkim „mięso armatnie” dla UEFA czy FIFA oraz dla handlu, reklamy i mediów. Wystarczy przeczytać kilka artykułów na temat UEFA czy FIFA (na przykład w ostatnim numerze „Forum”), żeby dojść do wniosku, że nie tyle o sport tu chodzi, ile o potężne pieniądze idące z różnych źródeł do różnych kieszeni.

Mam taką charakterystykę (zresztą zakładam, że po części każdy analityk powinien ją mieć), że jak widzę manię, czasem wręcz histerię (bez względu na jej pochodzenie) to natychmiast staję z boku i staram się temu zjawisku przyglądąć „na zimno”. Wyłączam się i staję się bardzo podejrzliwy. Na rynkach finansowych większość, a szczególnie duża większość, najczęściej nie ma racji. Często jest też tak i na innych polach.

Wydaje mi się, że coś takiego, taką histerię, właśnie obserwujemy. Jasne, to nieszkodliwe szaleństwo i do tego daje „circenses”, więc poprawia nastroje (o ile Polska nie przegrywa), ale czy przypadkiem nie jest to kosztem „panem”? Czy nie jest tak, że kołdra jest krótka i jeśli wystarczy na igrzyska to już na „chleb” nie bardzo? Oczywiście ten „chleb” to przenośnia, o czym będzie niżej.

Obowiązującym w głównym nurcie dziennikarzy i ekonomistów trendem jest mówienie o dobrodziejstwie turnieju dla rozwoju gospodarczego Polski. Przede wszystkim chodzi o infrastrukturę: dworce, drogi, kolej, lotniska, stadiony, hotele itp. I tutaj mam olbrzymie wątpliwości. Jeśli mówi się, że bez EURO 2012 nie byłoby budowy autostrad, modernizacji kolei, budowy lotnisk to tak, jakbyśmy mówili, że rząd jest nieudolny.

Ja nie jestem takim pesymistą. Uważam, że środki unijne i mądra polityka inwestycyjna rządu dałaby zdecydowanie lepsze wyniki niż budowanie w pośpiechu i nie zawsze tego, czego nam nie było potrzeba. Naprawdę nie był do rozbudowy polskiej infrastruktury potrzebny pretekst w postaci EURO 2012. Jak budowano i jak na tym wyszły polskie firmy, to już dobrze wiemy (bankructwa PBG, Hydrobudowy i kłopoty wielu podwykonawców). Nie wchodzę w naturę tych problemów, bo nie o to tu chodzi, ale z pewnością można powiedzieć, że odpowiedzialna była triada: złe prawo, niefrasobliwość zarządów i pośpiech (bo trzeba zdążyć na EURO 2012).

Budowano też w wielu przypadkach nie to, co jest w Polsce potrzebne. Owszem, gdyby organizowano turniej w kraju, gdzie są piękne drogi i stadiony to pozostawałoby upajać się piłką. Jednak Polska takim krajem nie była. Czy naprawdę potrzebne nam były stadiony za ponad cztery miliardy złotych? To był priorytet kraju na dorobku? Stadiony, których zagospodarowanie po mistrzostwach będzie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe? Stadiony, które zostały wybudowane bez zadbania o ich otoczenie. Na przykład w Gdańsku stoi w szczerym polu.

Jednak wydatki na EURO 2012 to nie tylko stadiony. To strefy kibica (wiele milionów złotych), dezorganizacja ruchu w miastach – gospodarzach oraz zaburzenia w pracy w wielu firmach. Nie mówiąc już nawet o czasie poświęconym na dyskusje a nie na pracę. Czy to się zwróci? Entuzjaści mówią, że tak, że z nawiązką. Ja w to bardzo wątpię. Polska ma doskonała reklamę – to fakt. Jednak nasz kraj nie ma klimatu Hiszpanii i mówienie o tym, że EURO 2012 przyciągnie wielu turystów, który po turnieju będą nasz kraj chcieli odwiedzić według mnie jest nieporozumieniem. Nawet to, że gospodarka znacznie zyska na obecności setek tysięcy kibiców jest dość dyskusyjne. Często bowiem wpadają do nas na dzień meczu i szybko wyjeżdżają.

Co z pewnością zostanie po EURO 2012? – Długi. Miasta gospodarze potężnie się wykosztowały. Takim klasycznym przykładem jest ponoć (informacje z prasy) Poznań. Tam cztery lata temu zadłużenie wynosiło 600 mln złotych. Dzisiaj to blisko 2 miliardy złotych przy budżecie 3 miliardy. Samorządy nie mogą się zadłużać powyżej 60 procent budżetów. Co więc czeka mieszkańców wielu miast? Albo drastyczny wzrost podatków albo totalny zastój w inwestycjach.

Płaczemy nad tym, że nie będzie miał kto płacić składki zusowskiej, bo demografia jest nieubłagana, ale wolimy wydawać pieniądze na stadiony i strefy kibica zamiast na żłobki i przedszkola? Czy to jest rozsądna polityka? Rozumiałem nawet, że ogłupia się Polaków treściami, które dostarczają media, gdzie od dłuższego już czasu królują treści tabloidalne. Oglądalność, czytelność, słuchalność, czyli pieniądze dyktują takie postępowanie. Teraz,w trakcie EURO 2012, to jest już w ogóle nie do wytrzymania. Naokoło Polski w gospodarce globalnej burza, a w Polsce mówi się w mediach tylko i wyłącznie o piłce…

Trudno, takie jest życie, ale dlaczego zabiera się pieniądze kulturze? Są liczni Polacy, którym ona jest potrzebna. Dlaczego nie dba się o szeroko rozumianą sferę publiczną skupiając się tylko na wąskim wycinku (tak zwanym sporcie). „Tak zwanym”, bo przecież te inwestycje w żadnym przypadku nie zwiększają usportowienia młodzieży. Owszem sprzyjają siedzeniu przed telewizorem i napędzają konsumpcję piwa i innych napojów (również wyskokowych). Czy takie przekierowanie pieniędzy to był właściwy wybór? Według mnie nie.

Świadomość tego, że takie wątpliwości mogą się pojawić ma również premier Donald Tusk, który niedawno przestrzegał, że EURO 2012 to tylko zabawa i zastanawiał się głośno, czy środki zostały wydane właściwie. Otóż według mnie odpowiedź brzmi „nie”. Odpowiadają za to jednak politycy wszystkich opcji, a dziennikarze są z reguły, albo zapalonymi kibicami, albo takich udają, więc opinii takich jak moja w głównym nurcie wielu nie będzie.

 

Zakończę bardziej optymistycznie. Być może jednak w EURO 2012 jest też coś, co nawet mnie się spodoba. Przez bardzo długi czas, a z pewnością przez blisko pół roku, dziwiliśmy się, że akcjami z GPW nie jest zainteresowany kapitał zagraniczny, mimo że Polska zbierała znakomite recenzje za swoją gospodarkę. Wygląda na to, że „zagranica” sobie o nas niedawno przypomniała. Być może EURO 2012 dało pretekst do takiego przypomnienia, bo tuż przed jego rozpoczęciem zachowanie naszej giełdy i złotego stało się zdecydowanie mocniejsze niż innych giełd i walut europejskich. Dobrze by było, żeby i po zakończeniu turnieju to zainteresowanie się utrzymało.

Piotr Kuczyński

www.blogbank.pl

Print Friendly, PDF & Email

7 komentarzy

  1. Leszek 2012-06-16
  2. wejszyc 2012-06-16
  3. andrzej Pokonos 2012-06-16
  4. Leszek 2012-06-17
    • andrzej Pokonos 2012-06-17
  5. Anna 2012-06-17
  6. Warszawiak 2012-06-19
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com