W.T.: Rosja – Polska, czas na realizm

ukraina2014-08-29.

Obecny kryzys ukraiński wstrząsnął ułożonymi stosunkami europejskimi. To bezpardonowe działanie bez wątpienia zaskoczyło polityków Zachodniej Europy; jednak w Polsce, gdzie od wieków spoglądamy podejrzliwie na naszego wschodniego (północnego) sąsiada, w skrytości ducha odetchnęliśmy z ulgą, że nie stało to się wcześniej. Nie ma nic gorszego jak zostać zaskoczonym z opuszczonymi spodniami w czasie ekonomicznego, politycznego i mentalnego kryzysu. Teraz, po 25 latach od odzyskania suwerenności, spoglądamy na wydarzenia na Ukrainie przez pryzmat naszych dokonań, które są na tyle znaczące, że bez lęku o naszą państwowość głośno wyrażamy swoją opinię.

[box title=”UWAGA” border_width=”2″ border_color=”#dd3333″ border_style=”solid” align=”center”]Tekst podzielony na strony, numery stron poniżej są aktywnymi odnośnikami.[/box]

Część I

Pożytki z historii

Co roku 15 sierpnia wspominamy „Cud nad Wisłą” jako moment historii, w którym ważyły się losy Polski. Jednak w XX wieku tych „cudów” było trochę więcej. Obchodząc 11 listopada Dzień Niepodległości pamiętamy, że wymagało to kompletnej klęski trzech zaborców, z których jeden był członkiem zwycięskiej koalicji. To absolutny rozpad wielonarodowego cesarstwa austro-węgierskiego, destrukcja osłabionego wojną i rewolucją cesarstwa niemieckiego oraz apokalipsa i agonia cesarstwa rosyjskiego dała nam wolność, również wsparcie polityczne Stanów Zjednoczonych, które zaangażowały się militarnie na ostatnim etapie wielkiej wojny (tu trzeba przypomnieć starania zapomnianego dzisiaj Ignacego Paderewskiego).

Kto w XIX wieku mógł przewidzieć, taki nieprawdopodobny zbieg okoliczności? Jeżeli to nie był cud, to jak nazwać degrengoladę trzech ówczesnych mocarstw – zdarzeniem niezwykłym, a może niepospolitym?

W 1945 roku po zakończeniu II wojny mogliśmy uznać, że zakończyła się ona naszą klęską, ponieważ na pół wieku utraciliśmy suwerenność. Jednak utrzymaliśmy państwowość, w obecnych granicach przesunęliśmy się na zachód o około 150-200 km, przejmując uprzemysłowione tereny i staliśmy się społeczeństwem w zasadzie jednorodnym pod względem narodowościowym.

No i najnowszy cud; bo czy nie jest niezwykłe, aby po raz drugi w XX wieku odzyskać niepodległość? Znów wymagało to, by rosyjskie (sowieckie) imperium przegrało sromotnie wojnę, w trakcie której walczące mocarstwa nie oddały bezpośrednio ani jednego strzału; wystarczyło obniżenie cen surowców energetycznych i wyścig zbrojeń. W 1989 roku Rosja (ZSRR) leżała na łopatkach, a my razem z nią. Drugie sąsiadujące z nami mocarstwo nie wyciągnęło ręki po nasze granice (w chwili naszej największej słabości), ponieważ po dwóch przegranych wojnach jego społeczeństwo stało się pacyfistyczne i obywatele Niemiec słysząc słowo „konflikt”, dostają wysokiej gorączki, a polityk stamtąd proponujący siłowe rozwiązanie jakiegokolwiek problemu, powinien poszukać sobie innego zajęcia.

Jeżeli nawet nie mamy świadomości, że przez cały XX wiek Polska miała niebywałe szczęście i wykorzystała szanse jakie dał los (bo to nie zależało od nas) to przywołajmy przykład Ukrainy. Dlaczego zajmujemy się obecnie tym krajem (napadniętym przez sąsiada), bo był i jest w stanie upadku? Rosja nie odważyłaby się przecież uderzyć z otwartą przyłbicą na Ukrainę, mając do czynienia ze sprawnym i silnym państwem.

Prezydent Lech Kaczyński był według znajomych miłym człowiekiem, jednocześnie – jak sądzę – fatalnym politykiem, gra polityczna prowadzona za jego życia była szkodliwa dla Polski. Postępowanie i głoszone poglądy premiera Jarosława Kaczyńskiego sprawiały z kolei wrażenie, że został ciupasem – za sprawą „machiny czasu” – przeniesiony wprost z XIX wieku do czasów współczesnych. W pełni zdaję sobie sprawę, że za te słowa zostanę spalony na pseudo-prawicowym stosie (to, co w Polsce uchodzi za prawicę, jest tak naprawdę formacją o socjalnym, socjalistycznym programie gospodarczym z typowym dla lewicy silnym zaznaczeniem roli państwa oraz elementami konserwatywnego światopoglądu).

Oto kilka podstawowych błędów

Negocjacje w sprawie amerykańskiej tarczy antyrakietowej rozpoczęte w 2006 roku prowadził z ramienia rządu Jarosława Kaczyńskiego Witold Waszczykowski. Pragnąc uniknąć oskarżeń o stronniczość, pozwólcie państwo, że przytoczę słowa pana posła Zygmunta Wrzodaka (mimo że pan Wrzodak w żaden sposób nie jest człowiekiem z mojej bajki), które wypowiedział z trybuny sejmowej w sprawie owych negocjacji. Posiedzenie sejmu odbyło się w dniu 11.05.2007, a tematem była informacja Ministra Spraw Zagranicznych o zadaniach polskiej polityki zagranicznej w 2007 roku:

„Po pierwsze, pani minister Fotyga przedstawiała nam politykę związaną z tarczą antyatomową, która to tarcza ma być instalowana w naszym kraju. I, o zgrozo, minister Szczygło powiedział dziś, że jesteśmy dumni i trzymamy kciuki za ministra Gatesa, ministra Stanów Zjednoczonych, który negocjuje z Rosjanami warunki instalacji tarczy antyatomowej w Polsce. To jest właśnie taka polityka zagraniczna pana prezydenta i tego rządu, że ktoś za nas decyduje. Ciągle ktoś za nas decyduje. Wcześniej był Sowiet, teraz po prostu ta polityka jest zupełnie skądś indziej. Pani minister, o sprawach tarczy, czy ona będzie, czy nie będzie, to ma negocjować z Rosją polski rząd, a nie Amerykanie. Byłem na posiedzeniu zamkniętym sejmowej komisji d/s UE, gdzie byli zaproszeni do polskiego parlamentu minister, chyba podsekretarz stanu w ministerstwie obrony narodowej Stanów Zjednoczonych pan Edelman oraz generał Obering III, i takiej demagogii, jaką tam usłyszałem z ust tych panów, to już dawno nie słyszałem. Tyle lobbingu, tyle nieścisłości, które oni tam przedstawiali, to się po prostu w głowie nie mieści. Wprost mówią, że tarcze mają być w Polsce, bo zarobi na tym wielki przemysł zbrojeniowy Stanów Zjednoczonych, i te tarcze mają chronić Stany Zjednoczone, a nie żadnej Polski. Tarcza ma chronić szczególnie wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, że tarcza jest tylko w 12% skuteczna. Niech sobie Amerykanie, pani minister, stawiają tarcze jedna przy drugiej, ale u siebie, na Alasce, a nam niech dadzą spokój. Bo my już mieliśmy głowice nuklearne zainstalowane przez Sowietów i państwa NATO wycelowały w te głowice około 550 swoich głowic – w nasze terytorium. Jak wy zainstalujecie te tarcze, to tak samo Rosjanie zrobią i też wycelują w nasze terytorium swoje głowice, a nie daj Boże wojny, to z naszej ziemi zostanie popiół. My chcemy być jako Polacy partnerami i żyć w prawdzie i w zgodzie z Rosjanami, i z Niemcami, i z Amerykanami, a nie być sterowani przez neokonserwatystów – syjonistów amerykańskich. My sobie tego po prostu nie życzymy jako Polacy. Bo to jest taka wasza wazeliniarska polityka – co powiedzą pan Rumsfeld, Wolfowitz czy Perle, to państwo czyli wasz rząd wykonujecie. Pytam: Gdzie tu jest samodzielność polityczna? Komu służycie?”

No cóż, nic dodać nic ująć, najgorsze, że to wszystko jest niestety prawdą. W uzupełnieniu powyższego wystąpienia można dodać, że Zygmunt Wrzodak nie zdołał wymienić wszystkich negatywnych konsekwencji budowy amerykańskiej tarczy. W momencie podjęcia tych negocjacji wcale nie było pewne, że system ten osiągnął zdolność operacyjną, można się tylko domyślać, iż testy zostały przeprowadzone w warunkach, które zapewniały wynik pozytywny (stąd te 12%). Tarcza miała być programem USA i to one decydowały o ewentualnym użyciu systemu. Wątpliwość wtedy budził fakt, że Stany Zjednoczone nie dawały żadnych (dwustronnych) gwarancji na rzecz bezpieczeństwa naszego kraju, czyli sami podważaliśmy wartość członkowstwa w NATO. Zgodnie z myśleniem życzeniowym naszych polityków – USA stawiając tarczę antyrakietową na terenie naszego kraju miały tej instalacji bronić (jak rozumiem, za wszelką cenę ). Takiego steku bzdur w życiu nie słyszałem!

Otóż USA zaangażują się w naszą obronę wtedy, gdy będzie to zgodne z amerykańską racją stanu oraz będą dysponowały siłami zdolnymi do realizacji tego zadania. Nietrudno dzisiaj, w 2014 roku, wyobrazić sobie uwarunkowania, gdy USA nie będą dysponowały środkami militarnymi, których mogłyby użyć w Europie.

I wreszcie budowa tarczy w sposób trwały antagonizowała nas z Rosją; pozostaliśmy bez żadnych korzyści, za to ustawieni w roli kraju, który w polityce zagranicznej jest narzędziem USA.

Sprawa ma oczywiście dalszy ciąg. W 2008 roku rząd Donalda Tuska na wewnętrznym posiedzeniu rozważał sprawę budowy tarczy, uznał, że należy uzyskać jakieś korzyści za wyrażenie zgody. Obecny na tym spotkaniu wiceminister Witold Waszczykowski uznał, że rząd się myli, po posiedzeniu udał się do redakcji „Newsweeka” i zdradził wszystkie szczegóły z tego spotkania. Zrobił to, aby wymusić na polskim rządzie podpis pod wynegocjowanym przez siebie traktatem. Jest zupełnie bez znaczenia czy pan Waszczykowski uczynił to z wewnętrznego przekonania, czy też dlatego, że takie było życzenie prezydenta Lecha Kaczyńskiego (od którego otrzymał za to stanowisko wiceszefa BBN).

Jest bezspornym faktem, że działając w interesie obcego mocarstwa (to nic, że USA to nasz sojusznik) zdradził przebieg posiedzenia swojego Rządu. W przedwojennej Polsce tacy ludzie nie mogli być wezwani na pojedynek, bo nie mieli tzw. „zdolności honorowej”, zgodnie z art. 8 Kodeksu Boziewicza, ze społeczności ludzi honorowych wykluczeni są min. denuncjant i zdrajca. Dzisiaj pan Waszczykowski bryluje na salonach i jest szykowany na nowego ministra spraw zagranicznych po wygraniu przez obecną opozycję wyborów w przyszłym roku. Źle to wróży polskiej Racji Stanu, trzeba będzie zmienić nazwę Ministerstwa Spraw Zagranicznych na Ministerstwo Serwilizmu i Podległości wobec USA.

W listopadzie 2010 roku pani była minister Fotyga wraz z posłem Macierewiczem udali się do USA, gdzie w Kongresie usiłowali przekonać kongresmanów o konieczności powołania międzynarodowej komisji do zbadania katastrofy smoleńskiej. I nie ma w tym niczego nadzwyczajnego, bo polski obywatel ma tego prawo, jednak Anna Fotyga nie jest zwykłym obywatelem, jest byłą Minister Spraw Zagranicznych. Od takiej osoby należy oczekiwać, że ma wiedzę i pojęcie jak faktycznie działa globalne mocarstwo. Na pierwszą wiadomość o katastrofie prezydenckiego Tupolewa w Waszyngtonie i CIA rozdzwoniły się telefony. Nie mogło być inaczej, śmierć prezydenta sojuszniczego kraju wraz z generalicją i to na terenie Rosji jest przez USA traktowana jako możliwa przyczyna konfliktu, amerykańskie służby badają takie przypadki rutynowo. O katastrofie został rano powiadomiony prezydent Obama, który polecił rzecz zbadać, bo Stany Zjednoczone nie mogą być w takiej sprawie zaskoczone.

W tego rodzaju zdarzeniach służby USA działają następująco: jedna z agencji rządowych, która została obarczona sprawą, dzwoni do kontraktowego specjalisty, który z kolei na stałe jest zatrudniony w Komisji Badania Wypadków Lotniczych Stanów Zjednoczonych. Tenże kontaktuje się ze swoim kolegą, który jest zatrudniony w polskim odpowiedniku Komisji, przeprowadza z nim rozmowę i prosi o przesłanie wszystkich surowych materiałów z katastrofy. Specjaliści badający wypadki lotnicze ze wszystkich krajów zachodnich to zamknięty światek, który regularnie odbywa spotkania i kontaktuje się ze sobą na co dzień. Zaraz po katastrofie Rosjanie przekazywali wszystkie materiały, łącznie z nagraniem rozmów w kanciapie, która uchodziła na lotnisku w Smoleńsku za wieżę kontroli lotów oraz oddali trzecią czarną skrzynkę (już mało kto o niej wspomina), bo nie posiadali narzędzi, (programu komputerowego), aby ją odczytać. Skrzynka ta wykonana przez polską firmę zbierała wszystkie informacje, które zostały nagrane na dwóch pozostałych. Żadna próba manipulacji, fałszowania danych zapisanych na tych nośnikach nie jest możliwa. Specjalista amerykański (prawdopodobnie był to cały zespół) bada sprawę i przekazuje raport do zleceniodawcy. Ponieważ raport nie wykrył żadnej obcej (rosyjskiej) ingerencji w katastrofę, prezydent Obama mógł odetchnąć z ulgą. Tego by tylko brakowało, przecież ewentualny zamach wykluczyłby upragniony w Waszyngtonie „reset” z Rosją. Inaczej mówiąc, zdezawuował najbardziej bezsensowny projekt, jaki mógł kiedykolwiek wprowadzić prezydent USA.

Nigdy nie myślałem, że doczekam chwili, w której polski rząd i polski prezydent podpiszą zgodę na zmianę granic w XXI wieku w Europie. Polski podpis na dokumencie sankcjonującym secesję Kosowa jest wyjątkową głupotą, której „krymskie” owoce już zdążyliśmy zebrać. To działanie wbrew polskiej Racji Stanu, mogą sobie zapisać po równo: Radosław Sikorski, Donald Tusk i Lech Kaczyński. Ponieważ w sprawie udziału Lecha Kaczyńskiego w tym akcie dochodzi w prawicowych mediach do jawnego fałszowania historii, -znów aby nie zostać posądzony o stronniczość zacytuję, prawicowy portal Konserwatyzm pl.:

”Podczas demonstracji zorganizowanej pod ambasadą Serbii z okazji czwartej rocznicy secesji Kosowa od Republiki Serbii, politycy związani z PiS oświadczyli, że śp. Lech Kaczyński sprzeciwiał się uznaniu niepodległości Kosowa. Niestety ci państwo mijają się z prawdą! Przypominam, że prezydent Kaczyński uważał, że “nie należy SIĘ SPIESZYĆ z uznaniem Kosowa, bo stworzyłoby to niebezpieczny precedens dla separatystycznych prowincji w Gruzji – Abchazji i Osetii, czy też w Mołdawii – Republiki Naddniestrzańskiej.”

Prezydent Kaczyński również NIE SPIESZYŁ SIĘ z ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, który ostatecznie i tak podpisał!

Brak pośpiechu w jakiejś sprawie – to nie to samo, co sprzeciw. Pisowcy trzymajcie się faktów.

Największa polska inwestycja, którą sprokurował nam Lech Kaczyński za 2,5 mld $, została właśnie w PKN Orlen spisana w straty (obecnie wartość księgowa wynosi zero) – zakup rafinerii Możejki był sztandarowym przykładem ignorancji ekonomicznej i braku znajomości procesów politycznych, zachodzących w najbliższym polskim otoczeniu. Właśnie z uwagi na ten splot mechanizmów polityczno-gospodarczych amerykańska firma wycofała się z Możejek. Rosja działając ręka w rękę z Litwinami, wykończyła tę inwestycję. Rosjan można zrozumieć, ale postępowanie Litwinów, to typowe Himalaje prowincjonalności…

Inna promowana przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego inwestycja: „rurociąg Sarmatia” ma w obecnych warunkach szansę na realizację, podkreślam – w obecnych warunkach politycznych i gospodarczych. W czasie prezydentury Lecha Kaczyńskiego ta inwestycja była bez sensu. Chodziło o możliwość transportowania ropy naftowej z morza czarnego via Płock do Morza Bałtyckiego.

Teraz w 2014 roku jest zupełnie inna sytuacja polityczna; przesilenie na Ukrainie to jedno, znacznie ważniejsze są zmiany w Iraku. Na wybrzeża morza Czarnego może zostać przetransportowana ropa z kontrolowanych przez Kurdów pól irackich. Zaraz w komentarzach do tego artykułu, dowiem się, iż prezydent Lech Kaczyński był wizjonerem i przewidział w 2007 roku, wojnę rosyjsko-ukraińską oraz kompletny rozpad Iraku.

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. Aleksy 2014-08-29
  2. W.Bujak 2014-08-30
  3. Marian. 2014-08-30
    • slawek 2014-08-30
  4. slawek 2014-08-30
  5. W.Bujak 2014-08-31
    • slawek 2014-08-31
  6. adam furtak 2014-08-31
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com