Izaak Babel. Utwory zebrane

2012-06-26. Utwory zebrane, wydane przez Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza SA to najpełniejsze dotychczas polskie wydanie dzieł pisarza. Czytelnik znajdzie tu między innymi Dziennik 1920, Armię Konną i słynne opowiadania odeskie, ale także prawdziwą perełkę: nigdy wcześniej niepublikowany w Polsce dramat Maria z 1935 roku.

Jerzy Pomianowski, który zajmuje naczelne miejsce wśród polskich tłumaczy Izaaka Babla i któremu w dużej mierze zawdzięczamy odkrycie jego twórczości, tak pisze o rosyjskim pisarzu:

„Człowiek, o którym tu mowa, żył niedługo: czterdzieści sześć lat, krok do półwiecza, chwilę przed wybuchem największej wojny w dziejach jego kraju. (…)

Miał dwie osobliwe, wybitne cechy. Pierwszą była rzadka zdolność znajdowania szczególnych znamion, różniących jednego człowieka od reszty; kto zaś nie znał sztuki widzenia prawdziwych rysów osób, powtarzał słowa puste: tłum, plebs, mierzwa. Nasz człowiek tych terminów unikał, znajdował w spotkanym nieznajomku cechy godne ciekawości. Drugą jego cechą był wybitny, lecz nadzwyczaj zwięzły i pełen przenośni język“.

Dla naszych czytelników wybraliśmy fargment znakomitego eseju, pióra – a jakże by inaczej – Jerzego Pomianowskiego, poświęconego Bablowi, ale również Rosji, w której przyszło mu żyć, opisywać, a w końcu i zapłacić za to swoim życiem

Pisane w siodle

(…) W maju 1920 roku zgłosił się do komendy Pierwszej Armii Konnej dwudziestoparoletni cywil i oznajmił, że jest korespondentem wojennym JugRosty, południowej filii sowieckiej agencji telegraficznej, tej samej, dla której malował plakaty Majakowski. Okazał skierowanie odeskiego Gubkomu, podpisane przez sekretarza Ingułowa, ale nie wzbudził zaufania. Z dokumentu wynikało, że nazywa się Kiriłł Wasyljewicz Lutów i jest kandydatem obojga praw Uniwersytetu Petersburskiego, co z reguły udawało się za caratu tylko prawosławnym Rosjanom. Ostatecznie, nie przeczyły temu ani pospolite rysy twarzy, ani żaden akcent w jego ruszczyźnie. Tyle że gadał jak z książki, a na wklęsłym nosie miał okulary. Był powściągliwy, uważny, ustępliwy. Słowem, inteligent, okularnik, cywil w każdym calu, już przez to nieswojski, niepodobny do Kozaków, z których jesienią 1919 roku wachmistrz Siemion Budionny sformował swoją armię na Kubaniu. To znaczy tam, gdzie Katarzyna Wielka osiedliła Zaporożców; tak jest, tych samych, znanych nam z Trylogii, a deportowanych na rozkaz carycy z Ukrainy do walki z Czerkiesami albo i Czeczeńcami, aż za Terek.

Nieufność zmalała nieco, gdy okazało się, że Lutow jednak jeździ konno, chociaż nie kozackim skroczem. Pierwszego zaraz dnia przebyć musiał cwałem 80 kilometrów, zapewne dlatego, że Konarmii nie udało się jeszcze przedarcie na tyły polskich wojsk, co stały już na Dnieprze. Kilka dni później, 5 czerwca 1920, ten manewr powiódł się pod Samhorodkiem. Tymczasem trzeba jednak było zawracać spod Koziatyna na Białą Cerkiew. Lutów nie wytrzymałby tej próby, gdyby nie miał za sobą służby na rumuńskim froncie w artylerii, zatem przy koniach. Przydzielono go więc do 6 Kawdywizji, dowodzonej przez Siemiona Timoszenkę, zlecono pracę w redakcji gazetki frontowej „Krasnyj kawalerist”, dano strawę i przydział na sorty.

W istocie nazywał się Izaak Babel. Urodził się w Odessie 13 lipca (l lipca według starego stylu) 1894 roku. Jego ojciec, Emanuel, był kupcem żelaznym. Już tu jednak trzeba podkreślić, że ojciec Babla nie był  jak rodzic narratora  ubogim żydowskim kramarzem, lecz kupcem z ambicjami. Mieszkał z rodziną nie na przedmieściu Mołdawanka, w suterenie, jak można by wnieść z opowiadań syna, tylko na ulicy Richelieu 19, róg Żukowskiego, w samym centrum. W branży maszyn rolniczych i separatorów jego ambicje nie znajdowały ujścia: stary lubił ponoć drzemać w fotelu przed sklepem. Za to niczego nie żałował, aby zdolnemu dziecku dać najlepsze wykształcenie. Izaak Babel uczył się prywatnie hebrajskiego i Talmudu, acz lekcji gry na skrzypcach nie pobierał u odeskiego tresera wunderkindów, Stolarskiego  jak bohater jego opowieści Przebudzenie. Skończył państwowe gimnazjum im. Mikołaja I, a po maturze  kijowską Wyższą Szkołę Handlową; na uczelniach takich obowiązywał w carskiej Rosji numerus clausus dla Żydów. W gimnazjum usiłował już pisać  i to po francusku; nauczyciel tego języka, Yadaun, rodem z Bretanii, podsuwał chłopaczkowi właściwe lektury. Były wśród nich na pewno nowele Maupassanta; skądinąd sam Babel zalecał później pisarzom raczej czytanie Kiplinga.
W odczycie dla debiutantów, w 1934 roku, pisarz tak się zwierzył: „W dzieciństwie uczyłem się kiepsko. W siedemnastym roku życia nagle mnie tknęło, zacząłem dużo czytać i uczyć się. W ciągu jednego roku opanowałem trzy języki, pochłonąłem mnóstwo książek. Do dziś żyję w znacznym stopniu z tych zapasów”.

Chyba ta pasja do lektur nadobowiązkowych zrobiła z niego okularnika, pokazała, gdzie jest poprzeczka, i wpoiła poczucie ważnego literackiego obowiązku: pisać w sposób tak uderzający, aby odsłonić czytelnikowi niezwykłą stronę najzwyklejszych nawet zdarzeń. Ale zdarzeń tych nie znał wiele i nie znał ludzi spoza swojego kręgu, póki w 1915 nie trafił do poczekalni w piotrogrodzkim mieszkaniu Maksyma Gorkiego.
***
Dziś pamięta się Gorkiemu raczej jego niewczesny powrót z emigracji do ZSRR; oddał tu wstydliwe przysługi reżymowi Stalina w okresie przymusowej kolektywizacji i niewolniczej budowy kanałów. Czynił to dopóty, dopóki z jego listów, skrupulatnie lustrowanych, i rozmów, starannie podsłuchiwanych, nie stało się jasne, że sam zdał sobie sprawę z charakteru tej roli. Zmarł wtedy we własnym łóżku, lecz z korzyścią dla władzy sowieckiej, bo można było o tę śmierć oskarżyć sabotażystów  lekarzy. Był rok 1936.

Ale przed rewolucją i długo jeszcze po niej Górki był najsławniejszym pisarzem Rosji, sumieniem jej i dowodem, że w nizinach społeczeństwa drzemią siły tłamszone przez wyzysk, przez możnych, których  już dlatego  trzeba zmieść. Był samoukiem, rzemieślnikiem, włóczęgą, aresztantem, na dnie napisał pierwsze swoje opowiadania  i wkrótce rozbłysnął na cały świat. Został przyjacielem i powiernikiem Lwa Tołstoja, a znakomici pisarze wystąpili z Akademii, gdy dwór nie zatwierdził przyjęcia Gorkiego w poczet jej członków. Powieści jego mało kto dziś czyta, ale nie powinien ulec zapomnieniu niezwykły jego zmysł do odkrywania talentów  a także opieka, którą nad nimi roztaczał. Sprawa Babla jest koronnym tego przykładem. W dniu pogrzebu Gorkiego Babel szepnął do Erenburga: „Teraz ze mną koniec”. W przeddzień rewolucji, po lekturze pierwszych jego nowel, Górki zamieścił je w swoim periodyku „Letopis”; skonfiskowała je zresztą cenzura. Górki dodał zarazem, że trzeba ruszać między ludzi. I nie wracać, póki ich się nie pozna.
Biografowie Babla uznają z reguły za dowiedzione, że młodzian z Odessy wziął to wskazanie dosłownie, że wrócił do pisania dopiero wówczas, gdy Gorki powiedział  „Zdaje się, że już można zaczynać…”  zatem w 1924, kiedy w czwartym numerze pisma „LEF” ukazały się opowiadania Król, List, Sól, Śmierć Dołguszowa, czyniąc z Babla od razu literackie zjawisko. Krytycy zwykle prześlizgują się nad paroma dziesiątkami szkiców, które Babel opublikował w latach 19171923. Większa ich część pojawiła się właśnie w organie Gorkiego „Nowaja żyzń”, zdecydowanie  co warto podkreślić  opozycyjnym wobec bolszewickiej praktyki i zamkniętym za wiedzą Lenina 6 lipca 1918 roku.

Szkice, zasługujące raczej na miano migawek, wydają się zbiorem wprawek; z tej szarości coraz częściej wyłaniają się utwory pełne spostrzegawczości. Czytelnik coraz częściej trafia na wypadki sromotne albo intymne. A Bablowi chodziło nie o samą znajomość nowych ludzi i wypadków, ale o sposób, o nowy chwyt, który z kroniki czyni literaturę, a z przypadków  drobinki wieczności.

Po latach powiedział Paustowskiemu: „Stylem to się załatwia, stylem, szanowny panie! Gotów jestem napisać opowiadanie o praniu bielizny i niewykluczone, że zabrzmi jak proza Juliusza Cezara”. I nie o tak zwaną formę mu chodziło, lecz o to, że jest ona składnikiem, więcej  wektorem treści dzieła. Ten sam człowiek miał po latach powiedzieć skromnie, ale stanowczo: „Tylko geniusz może pozwolić sobie na dwa przymiotniki przy jednym rzeczowniku”. A także: „Żadne żelazo nie wchodzi w serce z tak mrożącą siłą, jak w porę postawiona kropka”. A nawet: „Nie ma powodu, aby dobrze opowiedziana historia przypominała rzeczywistość. Rzeczywistość ze wszystkich sił stara się przypominać dobrze opowiedzianą historię”. Tych tajemnic rzemiosła nauczył się jednak później. Dzięki nim uznali go za niedościgłego mistrza obaj Mannowie, Malraux, Hemingway, Adolf Rudnicki. Tymczasem jednak uważał, że „pisać gorzej, niż czynił to Lew Tołstoj, to daremny trud”. To także pomogło mu w nauce: niefrasobliwa płynność stylu jego dojrzałych opowieści jest owocem katorżniczej pracy, bruliony czterech pierwszych Opowiadań odeskich składają się na gruby tom.

Babel nie poszedł też przetartym już przez Gorkiego szlakiem  w lud, czyli na wieś, albo z bosiakami na gościniec. Uczył się rozpoznawać takie kamienie w bieżącym nurcie, które zdolne są zmienić jego bieg i ludzi szukać tam, gdzie im najtrudniej, bo wtedy obnaża się ich szczera natura. Nasamprzód więc zaciągnął się ochotniczo  a miał w kieszeni zwolnienie lekarskie  do Artdywizjonu Szujskiego Pułku 15 Dywizji Piechoty. Mimo namów Kiereńskiego, front poszedł w rozsypkę. Chłopi nie chcieli ginąć za demokratyczną już ojczyznę, uciekali z okopów, aby brać ziemię. Bolszewicy, partia drobnej mniejszości, okazali się górą, co więcej  po ich stronie prędko stanęły liczne rzesze.

Wytłumaczeniem zjawiska nie mógł być spisek, ani zdolności przywódców, ani żelazna organizacja, ani populistyczne hasła. Był w tym sekret, czarne krzyżmo całej epoki.

***

Dziś nie każdy chce pamiętać, że tajemnicę pierwiastkowego powodzenia partii Lenina i Trockiego, sekretem początkowego lgnięcia do niej tłumów, nie był kult przymusu, tęsknota do knuta; rzekomo właściwe Rosjanom. Tak jest, terror stopniowo przesłonił wszystkie inne cechy systemu w oczach zarówno poddanych, jak badaczy. Ale bolszewickie idee szerzyły się i jeszcze znajdują zwolenników także tam, gdzie do strachu nie było przyczyny i kariera nie od tej prawowierności zależała.

Za takim wyborem przemawiały w roku 1917 nieliche argumenty. „Car’, da Sibir’, da Jermak, da tiur’ma…”, pisał Aleksander Błok o swojej Rosji. Samowola i samodurstwo, uprawiane wobec podbitych narodów imperium, wypróbowane były i wciąż stosowane wobec samych Rosjan. Nie bez przyczyny wśród Rosjan właśnie rozmnożył się gatunek zgoła bezinteresownych zapaleńców, którzy z kilkoma broszurami za pazuchą szli w lud, aby skłonić go wreszcie do buntu. Dostojewski widział w nich biesów albo nawiedzonych. Tołstoj  schizmatyków świętej sprawy, Korolenko, Andriejew, Gorki  tej sprawy szlachetnych straceńców. Nasz Brzozowski pokazał, czym był dla nich nacisk moralnego imperatywu i skutki zgody na wszystkie sposoby walki z nieprawością.

Fascynacja, która ogarniała tych ludzi, brała się najczęściej z olśnienia bezpardonową geometrią klasowej teorii. Oto mieli w ręku klucz do tajemnic władzy i dziejów, teraz mogli sami otworzyć wrota do przyszłości. Ale innych, ogromną większość fascynowała po prostu możność przecięcia łańcucha ludzkich krzywd. Tak czy owak, trudno i tym, i owym odmówić zespołu cech, nazywanego tradycyjnie altruizmem. A więc  ofiarności, cywilnej odwagi, pędu do sprawiedliwości, czyli motywów, które wciąż ich narażały na konflikty z własnym sobkostwem.

Otóż sęk w tym, że nie na te cechy ludzkiej natury nowa władza sowiecka stawiała, aby przyciągnąć potrzebne jej masy. Nie bardzo liczyła na broszury, wywody okularników, heglowskie ukąszenia i wiersze. Nawet tak czarujące, jak Grenada Swietłowa, napisana zresztą grubo później.

Zejdźmy teraz na chwilę z wyżyn na szkolne boisko, doszczętnie zadeptane przez pokolenia napastników i obrońców, co i rusz zamieniających się rolami. Tłuką się nad nim echa ryku kibiców żądnych krwi i zemsty. Słychać też wątły pogłos upomnień i morałów, głoszonych przez wychowawców świeckich i duchownych, co ganią objawy przemocy. Wielu z nich usiłuje tłumaczyć, że gwałt jest absurdem, bo wierzą w przyrodzoną dobroć natury ludzkiej, którą zepsuł wszak tylko wyzysk. Albo cywilizacja. Zresztą  wszystko głuszy wycie skinów i szczwaczy. Otóż moraliści byliby może chętniej słuchani, gdyby przypomnieli sobie, że fatalna skłonność do przemocy i gwałtu była cechą, ba, rękojmią przeżycia istot żywych  od ameb do kręgowców. To przykre, ale prawo silniejszego jest pierwszym z praw naturalnych. I dopiero człowiek wymyślił i wprowadził prawo stanowione. Ustanowił oto takie reguły gry, które zapobiec miały wyniszczeniu walczących przez wzajemną eliminację. Nie twierdzę, że zamiar już się powiódł. To wspaniały Czesław Miłosz napisał:

Epoka nasza, czyli zgon, 
Ogromna die Likwidation.

Te słowa Traktatu moralnego odnoszą się do wydarzeń, które zaszły 2500 lat po utwierdzeniu się prawa rzymskiego i jakieś 1900 lat po spisaniu Ewangelii. Nie sądzę, aby większy wpływ od tych dzieł mogło mieć dzisiaj ogólnikowe ganienie przemocy. Ani traktowanie władzy jako monopolu na przemoc. Sędzia na boisku ma posłuch tylko wtedy, gdy sam przestrzega reguł gry.

Wydaje się, że problemu nie da się nawet musnąć, jeżeli się nie założy, że cechą natury ludzkiej jest jej dwoistość. Inaczej mówiąc  skłonność zarówno do miłości bliźniego, jak do uczynków najbardziej okrutnych, nazywanych często, acz niesłusznie, nieludzkimi; toć byliśmy długo kanibalami, co nawet hienom się nie zdarza. Ta banalna okoliczność nakłada na prawodawcę, wychowawcę, a zwłaszcza  na władzę pewien elementarny obowiązek: musi rozumieć, której to ze stron ludzkiej natury zapala zielone światło. Czy tej, w której siedzi atawistyczne bydlę, czy też tej, w której tli się iskra nadprzyrodzonej świadomości, sumienie. Kto chce, może tę iskrę uważać za samozachowawczy odruch posłuchu dla reguł gry.

Mowa więc o tym, co zachodzi w naszych duszach; warto pamiętać, dokąd to pchają nas nawyki, przesądy, a zwłaszcza popędy, w końcu mało zależne od wymuszonych powściągów. Kiedy mus niknie albo w inne ręce przechodzi władza  raptem wychodzi na jaw, że te siły nieuchwytne decydują o biegu spraw świata.

Bolszewicy dostarczyli najpiękniejszego w dziejach usprawiedliwienia dla najbardziej sromotnych popędów człowieka. Usprawiedliwienie było szczytne i  co ważne  zrozumiałe dla każdego. Oto gwoli równości wszystkich ras i narodów, gwoli zbawienia od wszelkiego wyzysku i ucisku  dano rozgrzeszenie zawiści, chciwości, okrucieństwu, czekającemu w każdym z nas na sposobność. To ono, rozgrzeszenie każdej krzywdy, zadanej w imię nowego ładu, stało się ważnym sekretem sukcesów rewolucji. I nie o dobro jakiegoś jednego narodu teraz chodziło, ale o zwrot w dziejach całej ludzkości, zwrot nareszcie zgodny z wiekowymi nadziejami wszystkich ciemiężonych.

Słabą stroną tego zarzutu wydaje się zjawisko nieźle znane: toż całe dzieje zbrojnych walk i wojen toczonych przez hordy, armie, państwa, koalicje i związki  dowodzą, że walczące strony zawsze uciekały się do tej broni, do tej rachuby, do tej stawki na bestię w człowieku.

Istotnie. Tylko że nigdy jeszcze w dziejach plany tych krwawych działań tak sprzeczne nie były z założeniami, światopoglądem i celem strategów tych walk. Wszak tym razem chodzić miało o ustanowienie takich warunków życia materialnego, które nie dawałyby żadnej nowej szansy tej bestii, która w nas drzemie. Tym razem gra szła o wyzwolenie człowieka od sławetnych wilczych praw kapitalizmu, czy w ogóle  od darwinowskiej walki o byt. I oto  dla świętego tego celu  wypuszczono wilkołaka z klatki i zrobiono to zupełnie świadomie.

Dziennik 1920 Izaaka Babla jest niezbitym dowodem tej zdrady. Chciał dokopać się do źródeł i zostawić świadectwo. Choćby dla własnej pamięci 21.8.1920, pisze w dzienniku: „nasza armia idzie na rozdobędę, to nie rewolucja, tylko bunt dzikiego sobiepaństwa. Jest to po prostu dźwignia, którą nie gardzi partia”.

***

Otóż wedle zasady stosowanej bez przeszkód w państwach górzystych lub pustynnych, ale tylko w krajach komunistycznych, wszystkie wierzenia i przesądy, dyktowane przez Doktrynę, chronione były prawem i stanowiły zarówno jego jądro, jak uzasadnienie represji. Jak Obóz długi i szeroki, żaden heretyk nie uchował się bez szkody na ciele lub duszy. Rewizjoniści, naprawiacze, straż pożarna Systemu  uznani zostali za podpalaczy.

Wreszcie (i jest to skutek wcale nie uboczny)  pionierzy sowieckiego terroru, przodownicy rewolucji niesionej na bagnetach, wszyscy niemal padli ofiarą własnego systemu. Czystki pochłonęły koło dziewięciu dziesiątych bolszewickiej pierwszej kadry. Zielone światło, które zapalili niegdyś bestii, zawistnej, podejrzliwej, nieznoszącej sprzeciwu i cudzego zdania  teraz odebrało im z kolei nie tylko fizyczną możliwość obrony, lecz wszelką moralną rację. To z ich przesłanek wyciągali wnioski ich oprawcy. Także tu trzeba szukać przyczyny tego przerażającego zjawiska, jakim było milczenie i pokutne zeznania oskarżonych w moskiewskich procesach.

Podkreślamy z naciskiem, że to zjawisko, uważane za samobójcze, wyniszczyło czystkami najzdolniejsze kadry samego systemu. Nie chaotyczna siła represji działała dla szerzenia się samego strachu. Sądzę, że proste założenie Stalina doprowadziło do istnej epidemii prewencji, czyli koszenia głów wystających ponad tłum. Stalin był przekonany, że wyniszczenie takich głów i żywotnych sił profilaktycznie wyruguje już z góry wszelką opozycję w razie grożącej wojny. Istotnie, ta epidemia (zwana symbolicznie „Jeżowszczyzną”) stworzyła na początku wojny z Niemcami milionową masę uzbrojonych, lecz pozbawionych przywódców dezerterów. Przypomnijmy, że Babel, zapytany przez starego emigranta w 1932 w Paryżu, kto z najlepszych sowieckich dowódców mógłby bronić sowieckich granic, odpowiedział, że najlepszym byłby dzielny Putna. I oto właśnie Putna został pierwszym aresztowanym, kiedy Stalin zabrał się do całej listy kończącej się nazwiskiem Tuchaczewskiego.

Ten korowód carskich zamachowców i sowieckich „zdrajców” nie miał podobnej potencji w dziejach żadnego innego narodu. Nie ufajmy nikomu, kto powie, że ta postawa dawno była założona w rosyjskich genach narodowych i że to zielone światło od wieków paliło się w tunelu rosyjskiej historii. Narodowolcy odbierali życie satrapom, z reguły ofiarując w zamian własne życie. Satrapom, podkreślał Camus; nie uznawali odpowiedzialności zbiorowej, nie dźgali nożami przechodniów. Sazonow, po zamachu na ministra Plehwe, czekał na policję obok rozbitej karety; podobnie postąpił zabójca arcyksięcia Sergiusza, Kalajew. Zresztą sama rewolucja marcowa w 1917 z detronizacją cara włącznie, odbyła się w gruncie bez przelewu krwi, w atmosferze festynu. Nieco lekkomyślnego, jak wykazały późniejsze wypadki.

***

Lenin czarno na białym uznał za moralne wszystko, co służyło zwycięstwu rewolucji, jedynie to. Czegóż więcej? Wcielił w życie doktrynę Sorela, tego, który napisał apologię przemocy jako akuszerki dziejów. Mussolini tę doktrynę wypisał otwarcie, na sztandarach. Na dobrą sprawę, właśnie to przeniewierstwo miała za złe Leninowi w 1918 roku Róża Luksemburg i o tę zdradę chodziło Gorkiemu, gdy pisał wtedy swoje Niewczesne myśli. Ale jej skutki poznał sam dopiero poniewczasie. Babel zobaczył je wcześnie i już ich nie spuszczał z oka.

***

Wyjątkowa na owe czasy znajomość języków każe Bablowi po powrocie z carskiego frontu podjąć się w rewolucyjnym Piotrogrodzie pracy tłumacza w instytucji znanej jako Komisja Nadzwyczajna Komun Północy, czyli Czeka. Prędko poznał, czym to pachnie. Szef Czeka, Uricki, padł od kuli zamachowca  esera, co dało pretekst do fali czerwonego terroru. Tegoż dnia Dora Kapłan, członkini socjalistycznorewolucyjnej partii, strzeliła niecelnie do Lenina.

Babel  uwaga!  niezwłocznie przenosi się do Komisariatu Oświaty. Potem jedzie z ekspedycją żywnościową nad Wołgę, aby w zamożnych wsiach niemieckich osadników wymieniać gwoździe i bławaty na ziarno dla głodujących, sowieckich miast. Wraca wreszcie do rodzinnej Odessy i żeni się z rudowłosą, piękną kijowianką, córką hurtownika, do którego posyłał go ojciec po narzędzia rolnicze. Zabiera się do pracy w wydawnictwie.

Może by tam został, gdyby przyjaciel (aż do grobu, wspólnego) Michaił Kolców, dziennikarz, nie przyjechał na urlop z polskiego frontu. To od niego Babel słyszy, że losy kraju, a może i świata rozstrzygają się nie na tyłach, wśród dekowników, tajniaków i jurgieltników nowej władzy, że to gdzie indziej są przodownicy rewolucji, co nie szczędzą krwi, owszem, nie tylko własnej, ale wierzą, że w słusznej sprawie. I  co ważne  tylko w godzinie próby człowiek powie, czy mu warto ginąć za tę sprawę. Trzeba koniecznie dać temu świadectwo.

Wreszcie  wiadomo, że ciekawość jest główną cechą Babla. Toż cała Odessa go zna: chce wszystko wiedzieć, wszystko widzieć, jest gotów zafundować suty obiad damie pod dziwacznym warunkiem: zajrzenia do zakamarków jej damskiej torebki.

I oto Kolców, i pasja ciekawości przeważają. Babel nie zastanawia się długo. Zaciąga się jako korespondent wojenny JugRosty, agencji prasowej Rosarmii, do Budionnego. I widzi historię spuszczoną z łańcucha.

***

To Jerzy Stempowski tak nazwał główny nurt wydarzeń XX wieku. Historia rzadko kiedy warowała na łańcuchu, ale w tym stuleciu widzieli ją przy robocie wszyscy, bo  uwaga!  nigdy przedtem nie zapisały jej obiektywy i kamery, nie rozgłosiły megafony i ekrany, nie mówiąc o piórach. Nigdy też taka ilość cywilów z miast i wsi nie stała się celem  z premedytacją wybranym  morderczych działań środków masowego rażenia. Dotąd działo się to niejako mimochodem; spalona ziemia nie zdałaby się nawet Hunom na pastwisko. Wojny toczyli żołnierze; grabili ludność źli sąsiedzi, to owszem. Na zachodzie Europy miasta takie jak czarująca Bamberga przez wieki stały, jak stoją: czasem wystarczyło nie być twierdzą, czasem  zapłacić okup. Wiek XX był stuleciem nalotów dywanowych, bomby atomowej, obozów zagłady, czystek etnicznych, planowej likwidacji całych klas i narodów.

Izaak Babel wcześniej i szczerzej niż ktokolwiek opisał objawy, rozrost i kierunek przerzutów tej krwawej narośli, która w jego przytomności przestała być chorobą lokalną. Był świadkiem pierwszej wojny światowej i pierwszej zbrojnej ofensywy światowej rewolucji.

***

Sądzę, że cała ta przypowieść pozwoli lepiej zrozumieć to, co jest sednem zawartych dalej opowiadań, jeżeli nasamprzód Dziennik 1920 rzuci nam światło na dramaty i opowieści dojrzałego Babla.

Notatnik przechowała w Kijowie M.J. Owrucka, a Tatiana Stach, przyjaciółka pisarza, przekazała rękopis Antoninie Pirożkowej w czasie, gdy ta nie była pewna, czy jest już wdową, czy tylko drugą żoną aresztowanego. Okazał się jedynym zachowanym manuskryptem tego autora: wszystkie inne notaty, bruliony, zaczęte dzieła wzięto na zawsze pod klucz razem z nim 16 maja 1939 roku. Po 266 dniach przerażającego śledztwa oddano Babla pod sąd wojenny, mimo  a może właśnie dlatego  że odwołał wszystkie wymuszone zeznania obciążające innych pisarzy i przyjaciół z Pierwszej Konnej. Dwudziestego szóstego stycznia 1940 roku, w gabinecie Berii w moskiewskim więzieniu Butyrki, trójka sędziów, po procesie, który odbył się bez obrońcy i trwał 20 minut, skazała na śmierć Izaaka, syna Emanuela Babla, bezpartyjnego, urodzonego w Odessie, Żyda, literata. Zastrzelono go przed świtem następnego dnia: żonę przez lata zwodzono niepewnością co do jego losu.

Otóż sądzę, że ten wyrok zapadłby wiele wcześniej, gdyby znano treść jego wojennego dziennika.

Dominantą tych notat jest zgroza i rozczarowanie. Zgroza w obliczu okrucieństw wojny i deprawacji, którą wojna szerzy. Rozczarowanie  do jej wyzwoleńczych celów. Wolno twierdzić, że udział w polskiej kampanii wywarł na poglądy i przewidywania Babla podobny wpływ, jaki miało dla George’a Orwella, Arthura Koestlera czy Nicoli Chiaromonte doświadczenie, wyniesione z wojny domowej w Hiszpanii. Poszli bronić rewolucyjnej demokracji. Zobaczyli, jak każe rozumieć ją Moskwa. Gruntownie przemyśleli własne poglądy i w znakomitych swoich książkach dali wyraz wnioskom, które podpowiada tajny dziennik Babla, pisany 20 lat wcześniej.

Dowódca naczelny kampanii sowieckiej, Michaił Tuchaczewski, napisał w dziennym rozkazie z 4 lipca 1920 słynne słowa: „Na zachodzie rozstrzygają się losy powszechnej rewolucji, po trupie Polski wiedzie droga do światowego pożaru!”.
O to w istocie chodziło. Taki był cel tej wojny. Bez względu na to, kto pierwszy strzelił i czy rację mieli endecy, chcąc tylko podziału Ukrainy między Polskę a Rosję, czy też Piłsudski, chcąc federacji z niepodległą Ukrainą, by osłonić się przed ekspansją. Tymczasem Tuchaczewski, Budionny, Lenin i Trocki mieli przed oczyma oszałamiającą perspektywę: zbrojny eksport rewolucji na Zachód. (…)

Jerzy Pomianowski

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. Magog 2012-06-27
  2. Adam Furtak 2012-06-28
  3. Adam Furtak 2012-06-28
  4. Adam Furtak 2012-06-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com