2014-09-23. Witamy na naszych łamach nowego utalentowanego autora z rewelacyjnym pomysłem. Który – zapewne – w naszej przaśnej rzeczywistości nie ma zbyt wiele szans na realizację. Ale jest bezbłędny.
Myśl o zbliżających się wyborach parlamentarnych u wielu prowokuje zgoła nieparlamentarne komentarze, u innych przynajmniej ból głowy, a osobiście nie znam przypadku, w którym myśl ta kojarzyłaby się pozytywnie. Generalnie, wybory stanowią dla Polaków problem frustrujący. Dlaczego? Próbując odpowiedzieć na to pytanie, szukam przyczyn w ocenie naszej demokracji, widzianej oczyma wyborcy, potem zastanawiam się, czy istnieją – i jakie – szanse na poprawę?
Zacznijmy od przeglądu możliwości, które polski wyborca może wydeptać swoimi nogami, które są co 4 lata – jak to nam jest tłumaczone – organem, bodajże jedynym, naszej demokratycznej aktywności. Wydeptać, bądź nie wydeptać, bowiem swoje obywatelskie, demokratyczne uprawnienia wyborca może skonsumować na następujące sposoby:
- iść do urny i oddać pozytywny głos, zgodnie ze swojej oceną najlepszej politycznej oferty,
- iść do urny i oddać głos za mniejszym złem, w (niekiedy przerażającej) obawie przed większym,
- iść do urny i oddać głos nieważny, jako wyraz protestu przeciwko całej klasie politycznej i opcjom wyłącznie niechcianym,
- nie iść do urny, z lenistwa, obojętności, bądź w przekonaniu o bezsensie oddawania głosu, od którego i tak nic nie zależy, ponieważ całość decyzji zapada niezależnie od woli tzw. wyborcy.
Łza w oku się kręci, gdy pomnę, jak ćwierć blisko wieku temu wrzucałem kartkę wyborczą w przekonaniu, że dokonuję dobrego wyboru! Później los, niestety, nie był już taki szczodry, o czasach wcześniejszych nie wspomnę. W kręgu moich bliskich i znajomych było podobnie. Dalej już tylko: „mniejsze zło”. W moim przekonaniu część głosów nieważnych, których w roku 2011 w wyborach parlamentarnych było 4,5%, nie jest skutkiem pomyłki, lecz świadomej decyzji wyborców. Popularność zaś czwartej z wymienionych wyżej form wyborczej (nie)aktywności określa poziom frekwencji, który w wyborach do sejmu w roku 2011 osiągnął prawie 50 %. Innymi słowy oznacza to, że możliwość udziału w wyborach dla połowy elektoratu nie była dostatecznie atrakcyjna, aby skłonić do wyborczego spaceru. Reasumując, nastroje głosujących, jak i niegłosujących wyborców potwierdzają ich generalne niezadowolenie ze sposobu funkcjonowania polskiej polityki. Czy winni są rozgrymaszeni obywatele? Marni kandydaci na posłów? Kiepskie programy? Nietwórcze partie? A może system polityczny? Przyjrzyjmy się, jak system ten funkcjonuje i jak realizowana jest demokracja w faktycznym sposobie sprawowania władzy w RP?
Wyborcza podmiotowość elektoratu
Przypomnijmy: demokracja, czyli, dosłownie tłumacząc, ludowładztwo, w skali średniej wielkości państwa europejskiego, ze względów praktycznych, może funkcjonować jedynie sposobem pośrednim. Podmiotem władzy jednak ma pozostać lud, a wybrana przezeń reprezentacja winna realizować wolę większości, metodą skuteczną i przez większość akceptowaną. Tak, jako obywatel, rozumiem ideę demokracji i od praktyki ustrojowej oczekuję realizacji tych założeń. Jak to funkcjonuje realnie w procesie wyborczym?
- Kandydatów na posłów wyłaniają partie polityczne. Indywidualny wyborca może jedynie wskazać swoją akceptację dla kandydata spośród wyboru, przedstawionego mu przez partie polityczne.
- Kandydat o znacznym poparciu elektorskim może przepaść, a mandat poselski otrzyma inny, ze słabym wynikiem wyborczym – dlatego, że partyjny komitet wyborczy umieścił go wyżej na liście wyborczej, co dzieje się zgodnie z obowiązującą ordynacją wyborczą. Wyborca ma prawo głosować na kandydatów, jednak w znacznie ograniczonym stopniu istotnie decyduje o składzie poselskim.
- Gdy wybrany i urzędujący już poseł skompromitował się np. jako wybitny pirat drogowy lub w inny sposób i wobec tego, w powszechnej opinii, nie kwalifikuje się do stanowienia prawa, elektorat nie ma praktycznie żadnej możliwości wykluczenia go z parlamentu ani rozliczenia partii, która wystawiła nietrafną kandydaturę. Dowodem jest liczna lista posłów skompromitowanych wobec zerowej listy posłów wykluczonych.
Reasumując: elektorat nie wybiera swoich kandydatów, on ma prawo tylko na nich głosować, zaś o tym, kto może zostać posłem, decydują głównie partie. W tym systemie, głosy elektoratu potrzebne są dla legitymizacji wyboru dokonanego przez partię, z którym to wyborem elektorat wcale nie musi się zgadzać! Co więcej, kontrolna funkcja elektoratu w stosunku do wybranej reprezentacji, w trakcie kadencji nie istnieje. Dotyczy to nie tylko składu tejże reprezentacji, ale też ogółu prowadzonej przez nią działalności parlamentarnej. O politycznej odpowiedzialności partii wobec elektoratu, sprawowanej w trybie wyborczym, można mówić w odniesieniu do partii o niskim poparciu elektorskim, oscylujących w pobliżu progu wyborczego, których parlamentarny byt (i publiczne finansowanie) zależy istotnie od wyników wyborczych. Odpowiedzialność wobec elektoratu większych partii jest w tym procesie znacznie ograniczona. W opisywanym realnie funkcjonującym systemie podmiotem decyzji politycznych są partie, lud nie został uznany za godnego suwerena demokratycznego nominalnie państwa. Co więcej, obserwując działania poselskie stwierdza się, że zarówno posłów, jak i partie, obowiązujący ustrój sowicie obdarował systemowym brakiem odpowiedzialności.
Ile w tym zostało z demokracji?
Z tradycji minionej formacji politycznej nie zachowano wprawdzie przewodniej roli „partii jedynie słusznej” (choć idea taka wyraźnie pokutuje w głowach niektórych polityków), zastępując ją pluralizmem partyjnym, całość systemu politycznego została jednak ciężko naznaczona odziedziczoną po realnym socjalizmie alergiczną wręcz obawą przed obywatelskim upodmiotowieniem. Nie sposób się dziwić, że nie w ciemię bity obywatel nie ma ochoty dać się nabierać na pozory i absencją wyborczą demonstruje swój stosunek do politycznego ubezwłasnowolnienia, zafundowanego mu w konstrukcji ustrojowej. Obowiązujący system decyzje wyborcze przekazał partiom politycznym, obywatela w procesie wyborczym traktując jedynie instrumentalnie, dla stworzenia pozorów demokratycznej legitymizacji (o którą, z wyborów na wybory coraz trudniej).
Konkludując, wyrażam przekonanie, że obecna, wyrażająca się absencją wyborczą, nieakceptowana jakość polskiego życia politycznego ma niedemokratyczne uwarunkowania systemowe, wmontowane w fundament ustrojowy, jakim jest ordynacja wyborcza. Ponadto, systemowy niedostatek obywatelskiego nadzoru nad działalnością partii i parlamentu, przyczynia się do postępującej degradacji życia politycznego.
Poniżej, abstrahując od rozważań na temat ułomności systemu wyborczego, pragnę poddać pod rozwagę funkcjonowanie i potencjalne a niewykorzystywane możliwości, tkwiące w kolejnym elemencie konstrukcyjnym ustroju – zasadach finansowania partii politycznych.
Finansowanie partii politycznych – praktyka
O demokratycznej jakości funkcjonowania państwa, poza ordynacją wyborczą, decyduje system finansowania partii politycznych, w stopniu, jak się wydaje, niedocenianym a destrukcyjny wpływ obecnego systemu w tym zakresie – jest nie dość głośno zauważany.
Sprawnego działania partii potrzebuje państwo jako bazy dla wyłaniania kandydatów do reprezentacji parlamentarnej oraz jako ośrodków wykuwania koncepcji politycznych i zaplecza kadrowego dla stanowisk państwowych. Sposób finansowania partii istotnie wpływa na demokratyczność funkcjonowania struktur władzy, Ponadto sądzę, iż w postulowanej korekcie systemu finansowania partii tkwi potężny, obecnie niewykorzystywany, choć technicznie łatwy do uruchomienia, potencjał dla jakościowej zmiany standardów polskiego życia politycznego.
W polskim systemie politycznym ustanowiono publiczne finansowanie partii politycznych, które przekraczają próg wyborczy i czynnie uczestniczą w działalności parlamentarnej. Fundusze zebrane w formie obywatelskich podatków są w określonej części, według ustalonego klucza, przekazywane partiom. Obywatelski podatek jest wydawany zarówno na partię, którą obywatel popiera, jak też, wbrew jego woli, na inną, której nie akceptuje. Obywatel, bez pytania o zdanie, jest więc zmuszany do finansowania działań, którym jest zgoła przeciwny. Odczuwane to bywa jako niemoralne zniewolenie, wręcz gwałt. Skoro bowiem płaci – powinien mieć prawo decydować komu i za co. W funkcjonującej praktyce obywatel nie ma żadnej możliwości wpływu, na co jego pieniądze są przeznaczane ani jak skutecznie są spożytkowane.
Ma płacić i nie pytać, to nie jego sprawa.
Co najwyżej może w telewizji „podziwiać” jak za jego pieniądze posłowie „zgodnie” jednoczą wysiłki dla wspólnego, narodowego dobra (a jakże!), jak „poświęcają” swój partyjny interes dla wyższych patriotycznych celów (bez wahania!), jak potrafią bezczelnie łgać i uprawiać cyniczną demagogię.
I nic nie może na to poradzić!
Opowiadania o głosowaniu nogami nie znajdują już chętnych słuchaczy. Tu znów, konsekwentnie jak w ordynacji, przynależne obywatelowi prawa zostały przez konstruktora systemu zanegowane, sam obywatel zaś zlekceważony i potraktowany tradycyjnie instrumentalnie. I czemuż ten polski naród taki apatyczny i „politycznie niewyrobiony”, że nie kwapi się masowo do urn wyborczych?
Funkcjonujący system finansowania partii, zgodnie z powyższym wywodem, uznać można niewątpliwie za skuteczne narzędzie frustrowania obywatela-podatnika. Czy jednak poza tym równie skutecznie spełnia on funkcje motywacyjne dla usprawniania działalności politycznej?
Obserwując zdolność polityków do tworzenia wizji rozwoju państwa, poziom prezentowanej w ich wystąpieniach argumentacji (wszystkie chwyty dozwolone, także urągające logice i poczuciu przyzwoitości), ich „zainteresowanie” dla problematyki istotnej, a także jakość wypracowanych efektów legislacyjnych – można dojść do wniosku, że w obecnym systemie, publiczne pieniądze wydawane na partie, niezgodnie z wolą obywateli fundujących tę działalność, służą degradacji działalności politycznej i psuciu państwa. Ośmielę się twierdzić, że są to pieniądze marnowane bądź nawet wydawane wbrew interesowi publicznemu. Regresyjna tendencja trwa i poziom życia politycznego spada. W opisanych warunkach niezbędnie potrzebny ożywczy udział w życiu politycznym osobowości wybitnych, twórczych napotyka na zdecydowaną ich niechęć do angażowania się w działania nieefektywne choć absorbujące, a nierzadko – moralnie kontrowersyjne.
Nieefektywność finansowania partii wynika z braku właściwych instrumentów regulujących sposób wydawania pieniędzy przez partie. Brak bieżącego, systematycznego nacisku, ograniczającego partyjną w tym zakresie samowolę. Kontrola państwowa, jak widać, nie jest instrumentem wystarczającym. Sposób finansowania partii jako stymulator ich prawidłowego działania jest nieskuteczny, a jego ułomność polega na źle ustawionych priorytetach i braku potrzebnych sprzężeń zwrotnych.
Finansowanie partii politycznych – propozycja
Przy uszanowaniu zasady publicznego finansowania partii politycznych, moralny jej aspekt, przedstawiony wyżej, byłby znacznie mniej kontrowersyjny gdyby obywatel miał możność wyboru adresata owego przymusowego partyjnego sponsoringu. Osobiście byłbym zadowolony, gdyby adekwatna część płaconego przeze mnie podatku została wyodrębniona do mojej niezależnej decyzji, na którą z działających partii zechcę ją przeznaczyć. Można to technicznie łatwo zrealizować przy okazji corocznego rozliczania PIT-u, podobnie jak dzieje się obecnie z odpisem na działalność pożytku publicznego, z tą różnicą, że odpis „partyjny” mógłby być obowiązkowy. Partie, jako organizacje pożytku publicznego dziś mogą wydawać się polskiemu obywatelowi pojęciem absurdalnym, niemniej właśnie pożytkowi publicznemu winny one służyć, a proponowany sposób finansowania może im o tej naczelnej – a zapominanej – powinności skutecznie przypominać. Jeśli nie dość skutecznie, moją negatywną ocenę sponsorowanej partii mogę uskutecznić, w kolejnym roku zmieniając adresata odpisu. Uruchamia to, aktualnie nieobecny, a niezbędnie potrzebny, mechanizm nacisku, wiążący sposób działania partii z jego bieżącą obywatelską oceną. Przywraca on wyborcy demokratyczną podmiotowość obywatelską, dając mu instrument nadzoru nad działalnością polityczną, prowadzoną w jego imieniu.
Powtarzana corocznie możliwość weryfikacji adresu odpisu powinna wytworzyć dla partii presję o charakterze praktycznie permanentnym, zamiast okresowej, kadencyjnej, o słabszej wadze argumentacji. Powinno to uzależnić partie od autentycznej opinii publicznej i skłonić do ukierunkowania działań według priorytetów pożądanych przez obywateli. Z drugiej strony, powinno tępić postawy partyjne i działania powszechnie potępiane, dziś cieszące się pełną bezkarnością. Sądzę, że działanie tej presji mogłoby wprowadzać i utrwalać potrzebne tendencje doskonalenia standardów życia politycznego, zastępujące obecną niszczącą partyjną samowolę i bezkarność. Spodziewana skuteczność mechanizmu nacisku wynika ze zrozumiałej i przekonującej, egzystencjalnie istotnej siły jego argumentacji.
Weryfikacja adresu odpisu powinna się dokonywać w oparciu o publicznie publikowane wyniki corocznego audytu partii, przeprowadzanego przez kontrolne organa państwowe, co powinno dostarczyć podatnikowi wiedzy o działalności sponsorowanej partii, sposobie wydawania przez nią pieniędzy, parlamentarnej aktywności poszczególnych posłów, ich aktywności w komisjach, inicjatywach legislacyjnych, o sposobie głosowania, a także absencjach, wykroczeniach drogowych czy otrzymanych sejmowych karach. Na podstawie tej wiedzy obywatel będzie mógł w sposób racjonalnie umotywowany zadecydować o utrzymaniu bądź zmianie adresu partyjnego odpisu. Podatnik płaci, podatnik wymaga, takie jego słuszne prawo.
Debata
Przedstawiłem powyżej moją obywatelską opinię i pewną propozycję w sprawach, które są fundamentalnie ważne. Mam świadomość pilnej potrzeby systemowej poprawy obecnego niewydolnego systemu politycznego, bowiem utrzymywanie status quo prowadzi do dalszych szkód. Bez wątpienia, problem wymaga gruntownej, szerokiej debaty, z udziałem fachowców i opiniotwórczych mediów. Takiej debaty brakuje.
Marcin Borelowski
Marcin Borelowski, ur. 1941 w Krakowie, elektryk, metrolog.
Długoletnie doświadczenie w pracy dydaktycznej i badawczej w kilku wyższych uczelniach technicznych i instytutach badawczych, nadal czynny zawodowo.
Niegdysiejszy udział w działaniach osiedlowego Komitetu Obywatelskiego pomnożył materiał dla prób zrozumienia problematyki politycznej, widzianej oczyma inżyniera .
Przy okazji ugruntował też podziw dla niepojętej odrębności tej logiki, która rządzi ludzką postawą polityczną.
Podpisuję się obiema rękami. Sejm w obecnym kształcie będącym wynikiem kardynalnych błędów w jego wyłanianiu to parodia systemu demokratycznego i spuścizna po czasach podobno minionych.
Bardzo słuszny tekst, ale szkopuł w tym że nikt z polityków nie pragnie jakichkolwiek zmian w finansowaniu jego partii macierzystej.
Oczywiście deklarują chęci samofinansowania polityki przy pełnej świadomości że nikt tego nie zrealizuje.. chyba że jakąś mała Apokalipsa dotnie ludzkość.
A wtedy wszyscy będą goli i wrócimy do czasów przed pieniężnych.
Postępactwo się obudziło.
Zauważyło, że po 25 jubileuszowych latach wolności dochrapaliśmy się mafijnego systemu.
Nie dam głowy, że postępactwo nie zacznie teraz krytykować wyborczej zasady z PAX-u do Śmaksu i z ZOZ-u do kołchozu.
A już było tak pięknie. Już niedouczona lekarka bez granic otrzymała od postępactwa voto fiducia. Już SO zaczęło prosić, by tej polskiej Pietrownie Bławatskiej dać szansę na rozwiązanie „palących problemów”. Już zaczęło się – jak za Jaruzelskiego – nawoływanie o 100 dni spokoju (nawoływali ci sami). Wtedy chodziło o zmobilizowanie mundurowych, by o socjalizm walczyć jak o niepodległość. Współczesne postępactwo jest już wyedukowane na „Tyranii Status Quo” i wie, że 100 dni wystarczy, by zamieść pod dywan wszystkie afery i utrzymać stan posiadania.
Volo vomitorium.
Broń Boże, nie obrażam się. Jestem dumny ze swojego wsteczniactwa. Zwłaszcza wtedy gdy czytam majaczenia postkomunistycznych publicystów-humanistów podejmujących Baumana pod kolana. Ten ostatni jest pewnie dla Pana (sic!) prawdziwym przykładem postępu. Wcześniej inny postępowiec strzelił 17-letniej Ince w głowę. Z przyłożenia. Ale o tym nie wspominacie. Dla Was końcem świata są gwizdy w czasie pogrzebu sowieckiego agenta. Może Łysenko miał rację, że da się zakodować w genach marksistowski światopogląd? Mam co nieco do powiedzenia na ten temat. W 82 na ubecji postępowcy zadali mi pytanie: „no, to jaki jest wasz światopogląd doktorku?” Za odpowiedź: „metafizyczny” – dostałem pięścią w twarz.
Teraz nie biją (chyba). I to są postępy postępu.
Pozdrawiam.
No i zaszkodziło to Panu na dobre. Teraz nam tu szanowny Pan oddaje z nawiązką na ślepo i bez sensu.
No i wtrącił swoje 3 grosze następny postępowiec.
Mnie nic nie zaszkodziło. Wprost przeciwnie. Zostałem uodporniony na lewacką narrację.
Nie rusza mnie nawet erudycja Jestem Kobietą Kopacz.
Podziwu godna wiara Autora w myślowe wyżyny Królewskiego Szczepu Piastowego. Tymczasem przyczyny wyborczej bierności ludu najlepiej oddaje określenie, używane przez pewną prostą kobiecinę, która niegdyś wyprowadzała na spacer prawie równolatków, mojego syna i siostrzeńca: „Jakie te ludzie głupie…”. Zawołaniem tych ludzi jest zwykle: „Ja się polityką nie interesuję”. Nie rozumieją, że polityka nimi tak czy owak się interesuje i życie im urządzi, bo od wyjścia ze wspólnoty pierwotnej innego rozwiązania nie ma. Za dużo nas, byśmy się mogli obejść bez szamanów, kacyków, prezesów czy czegoś tam. I co gorsza, niczego lepszego niż system partyjny jak na razie na świecie nie wynaleziono. Autor też zresztą nad tym zagadnieniem przechodzi gładko.
Co zaś do finansowania partii, to proponowany system był wiele razy podnoszony. A jeśli nie został zrealizowany, to dlatego, że z czynnego życia politycznego wykluczałby tych, którzy podatków nie płacą.
I tak przy okazji: w roku 1989, który tak Autora wzruszył, do urn poszło niewiele ponad połowa wyborców.
No cóż. Autora chcę zapytać, jak rozumie swoje własne słowa: „Sprawnego działania partii potrzebuje państwo jako bazy dla wyłaniania kandydatów do reprezentacji parlamentarnej oraz jako ośrodków wykuwania koncepcji politycznych i zaplecza kadrowego dla stanowisk państwowych.” Czy to przekąs i gryząca ironia? Bo to zdanie się kłóci z rozważaniami z pierwszej części tekstu.
Zwróciła moją uwagę inna sprzeczność (jest ich więcej): zasady demokracji opartej o systemy partyjne istnieją także w krajach, które nie zaznały tzw. demokracji ludowej. I mają się tam jako tako.
Finansowanie partii u nas mnie też się nie podoba. Ale dodawanie kolejnego podatku także nie. Ale to już inna kwestia.
Doskonaly tekst. Powtarza za Jackiem Federowiczem jego genialnie proste stwierdzenie „winien jest system”.
.
Teraz czas na upublicznienie pomyslu. Czy moze Pan Redaktor Bratkowski zaprosi na antene Autora oraz kilku innyc madrych ludzi ktorzy zaczna debate?
.
A po debacie potrzebny bedzie „business plan” jak to zrobic. Bez „business plan” nic sie nie da zrobic skutecznie, zas z „business plan” i owszem. Powodzenia!
Oj.Boję się,że proponowany sposób finansowania sprawiłby,że każda partia wolałaby pozostawać w opozycji…Dla standardowego Rodaka najgorsze partie są zawsze te,które sprawują władzę a najlepsze te,które krytykują.
.
PS.
Nie przypominam sobie takiego sondażu,w którym partia rządząca miałaby większe poparcie od partii(l.mn.) opozycyjnych.
Istotnie, całkowite zablokowanie „automatycznych” dotacji dla partii politycznych, aby przerzucić ten proces na coroczne przekazy z PITu (zachowując mniej więcej podobne kwoty sumaryczne), jak słusznie Autor zauważył, wprowadza coroczną ocenę działania partii, ale także inne zalety, takie jak nieco większy wpływ na organizację sceny politycznej ze strony tych obywateli, którzy płacą wyższe podatki. Jeśli ktoś dokłada do budżetu więcej, nie demolując podstaw demokracji, może w tak symboliczny sposób mieć nieco silniejszy głos. W jakiś sposób należałoby dodać to tego procesu emerytów oraz płatników KRUS.
Znam niemało ludzi, którzy nie chodzą na wybory nie dlatego, że są bierni, ale zniesmaczeni jakością polskiej polityki i mają poczucie głosowania na partyjny oligopol, który sam rozstawia swoich ludzi na biorących miejscach. Twierdzę jednak, że ktoś o takiej ocenie polityki, prowinien pójść na wybory i właśnie oddać głos nieważny. Lepszy oddany z premedytacją nieważny głos, niż rezygnacja z udziału.
Popieram pomysł Autora jak i Jego ocenę patologii polskiej polityki. Niestety rządzący oligopol partyjny na to nie pozwoli. Skupia on wielu ludzi, którzy niczego poza byciem „działaczami” nie potrafią i ew. rewolucja sceny politycznej może zagrozić ich „pracy”. Gwarancją ich zatrudnienia jest bycie wystawionym przez „wodza” na biorących miejscu, a to łatwe, wystarczy służalcza manifestacja lojalności.
Pozdrawiam
MaSZ
odobnie jak Panowie Kopff, Narciarz2 czy Masz uważam tekst Pana Marcina za warty dyskusji i nagłośnienia. Sam często sugeruję na SO potrzebę zmiany systemu finansowania partii w Polsce przez odejście od środków budżetowych. Skoro mamy otwartą dyskusję to nawet jeden pokrzywdony przez życie pieniacz się znalazł. Rozumiem obiekcje Pana Stupkiewicza i Pani Kwapisz-Kulińskiej. Szczególnie ważne jest zwrócenie przez Stanisława Stupkiewicza (sr) uwagi na niebezpieczeństwo wykluczenia nie płacących podatków z procesu finansowania partii przez wyborców (przy odpisie podatkowym).
.
@S. stupkiewicz: Zamiast odpisu od podatków, należałoby zwrócić obywtelom te sumy redukując pulę podatkową o koszty utrzymania partii i tym sposobem pozwolić wyborcom na dobrowolne dysponowanie tymi funduszami. Wg wiadomości.dziennk.pl z 22.04.2012 partie dostały wtedy z budżetu 125 ml zl, plus ze składek 4.2 mln zl. To nie są wielkie sumy, raptem kilka zl na obywatela. Zatem jeśli oddać te pieniądze do dyspozycji obywatelom można wywołać szok demokratyczny, porównywalny z uwolnieniem cen rynkowych przez Balcerowicza ćwierć wieku temu. Część wyborców wyda zapewne tę kwotę na lody. Ale z czasem wróciłaby refleksja o potrzebie wpływania na proces wyborczy i system zacząłby działać.
Nie chcę dyskutować tu, co lepsze, system partyjny, bezpartyjny rząd-senat jak w starożytnej Grecji, czy mieszany system partyjno – obywatelski, gdzie obok partii byłyby komitety wyborcze głosujące na bezpartyjnych liderów. To są sprawy nadające się do innej dyskusji. Co tu jest ważne, to dotychczasowa bierność polskich wyborców w uczestniczeniu w wyborach. Jeśli to trwały problem, to zapewne lepiej mieć system partyjny niż bardziej otwarty układ. Ale to sprawa dla odmiennej dyskusji. Wprowadzenie prywatnego finansowania partii może ten bierny stosunek zmienić na bardziej aktywny.
.
@Alina Kwapisz-Kulińska: myślę, że autor nie jest przeciwnikiem systemu partyjnego, tylko widzi jego obecną niewydolność i brak rzeczywistych mechanizmów demokratycznego wpływu obywateli na proces wyborczy i na kontrolę samych ustawodawców po wyborach jaki dziś ma miejsce. To sprzyja apatii wyborców. Można to zmienić poprzez oddanie inicjatywy finansowania partii samym zainteresowanym, wyborcom.
.
Tu kwestą będzie wprowadzenie takich limitów, jak maksymalna kwota dotacji, aby uniknąć tworzenia chorego systemu, gdzie bogaty przebije głos ubogiego, itp. To widać np w Stanach, gdzie parlament jest wręcz otoczony grupami interesów w różny sposób przekupujących ustawodawców, a proces wyborczy jest konkursem piękności na to, kto więcej fundusy zbierze podczas wyborów. System ten zaakceptował nie kto inny jak demokratyczny prezudent… Clinton! To jest pułapka dla demokracji o której należy pamiętać oddając wyborcom do rąk finansowanie partii.
Propozycja zmiany finansowania partii politycznych jest ciekawa, chociaż zgadzam się z Autorem, że „…wymaga gruntownej, szerokiej debaty…”.
Na początek kilka wątpliwości, które wymagałyby dyskusji i znalezienia rozwiązań- oczekiwanie od wyborców, że byliby skłonni a także byliby w stanie co roku analizować wyniki audytu każdej partii parlamentarnej i pozaparlamentarnej, która w ostatnich wyborach przekroczyła pewien próg wyborczy jest założeniem dość ryzykownym z następujących względów:
– założenie, że obywatele mają ochotę, czas i kompetencje dokonywania takich ocen, jest idealistyczne ale mało realistyczne,
– politycy bardzo szybko nauczyliby się nowych ról w „konkursie piękności” pt. audyt i byłby on tak samo oszukiwaniem elektoratu jak dzisiejszy system wyborczy; jednym z kluczowych oszustw byłyby polityczne interpretacje audytów, robiące ludziom wodę z mózgu, podobnie jak dzisiaj robi się ją wyborcom na wiele tematów,
– system uruchomiłby fikcję działalności pod audyt, swoisty konkurs piękności, w którym formalne kryteria byłyby spełnione niezależnie od merytorycznego wkładu polityków i partii w jakość systemu politycznego,
– najważniejszym problemem jest swoista gra pod publiczkę rządzących, co widzimy po 7-letnich rządach PO – „polityka ciepłej wody w kranach” oddaliła co prawda widmo antysystemowych i antydemokratycznych rządów PiS ale zaniechano wielu reform, bez których kilka dziedzin funkcjonuje w Polsce źle lub bardzo źle – służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, szkolnictwo wyższe, a w sprawie emerytur likwidacja OFE była antyreformą.
* * *
Akceptuję sposób rozumowania Autora i podzielam kierunek myślenia, przy czym problemu poprawy działalności systemu politycznego nie da się rozwiązać tylko zmianą sposobu finansowania partii politycznych. Rozwiązania wymagają inne obszary a wśród nich co najmniej:
– odpowiedzialności prawnej polityków za naruszanie konstytucji i prawa – dzisiaj Trybunał Stanu jest fikcją systemową, a wobec tego co działo się np. z likwidacją WSI, działalności CBA za czasów PiS z polityczną rolą prokuratury czy aresztów wydobywczych; podobnie było z utworzeniem NFZ czy antyreformą OFE; dzisiaj o tym decyduje źle rozumiana solidarność klasy politycznej podczas gdy odpowiedzialność ta powinna być ponoszona z urzędu przez odpowiednią instytucję np. sam Trybunał Stanu, NIK, Urząd Ochrony Konstytucji, etc.
– odpowiedzialności polityków wobec zaniechania reform prowadzących do redukcji deficytu budżetowego, restrukturyzacji nieefektywnych molochów państwowych – górnictwo węglowe, energetyka, PKP, etc.
– ograniczenia immunitetu poselskiego do granic działalności stricte politycznej, co jest od dawna postulowane,
– zmiany regulacji dotyczących obowiązkowej demokratyzacji partii politycznych, aby źle rozumiane, antydemokratyczne praktyki wodzowskie przestały straszyć demonami JK czy JKM ,
– zmiana ordynacji wyborczej na jednomandatowe okręgi wyborcze aby mechanizm nominacji partyjnych nie był tak absurdalny jak dzisiaj.
* * *
Debata jest potrzebna, chociaż nie mam wielkiej nadziei, że za mojego życia rozwiążemy te problemy. Jedyne w czym naprawdę pokładam nadzieję to tempo zmian cywilizacyjnych na świecie i w Europie. Tempo zmian w procesach globalizacji oraz postępu technicznego wymuszającego postęp cywilizacyjny powoduje, że Unia Europejska aby przetrwać musi się zmienić z Europy Ojczyzn na Wspólną Europę Regionów z jednym rządem, parlamentem, prezydentem, wspólną walutą, itd. Państwa narodowe bedą w ramach UE przekształcać się w Stany Zjednoczone Europy. Reformy o których mowa będą wymuszone przez konieczność przetrwania wobec globalnej konkurencji Dalekiej Azji, obszaru NAFTA oraz – paradoksalnie – agresywnej polityki Rosji oraz ruchów islamskich na świecie. We wspólnej Europie omawiane tutaj problemy będą wykonywać ci, którzy umieją to robić najlepiej. Mechanizm polityczny i administracyjny najlepiej w Europie wykonują…. a Holendrzy. A kiedyś błędnie myślałem, że Niemcy.
* * *
Wiem, że wizja UE jako jednego państwa, niechby federacyjnego, jest solą w oku naszych polityków. Zwłaszcza z PiS i KNP. Wydaje się jednak, że politycy nie będą tutaj mieli wiele do powiedzenia – to naród n o g a m i wybierze bezpieczeństwo i przyszłość swoją a nie polityków.
@Sławek: audyt to zapewne hasło. Może być to ocena niezależnych fachowców, a może być przedmiotem niezależnej pracy i oceny dziennikarskiej. I tu jest pole do popisu dla grupy wybitnych dziennikarzy zdolnych do stworzenia w Polsce opiniotwórczego organu z prawdziwego zdarzenia. Takiego, który byłby czytany w Europie i na świecie. To nie żart. Zamiast narzekać na „tragiczne” geopolityczne położenie Polski, należy właśnie to wykorzystać. Tego brak na obecnej rozproszonej polskiej scenie środków masowego przekazu. A mamy już dziś fachowców na miarę światową, nie pomijając marszałka Sejmu i jego małżonki, Adama Michnika, Tomasza Lisa i innych, nie zapominając o dziennijarzach naszego Studio Opinii. Myślę, że jest już potencjalne zapotrzebowanie wraz z rozwojem w Polsce profesjonalnej kadry administracyjnej tak państwowej, jak i klasy zarządzającej w przedsiębiorstwach oraz wykształconej klasy średniej.
Brak na polskiej scenie miarodajnego, orginalnego i niezależnego opiniotwórczego ośrodka dziennikarskiego, zdolnego przyciągnąć najlepszych fachowców w swojej dziedzinie. A właśnie dobre dziennikarstwo to świetny łącznik pomiędzy sferą polityków i prawodawców z jednej strony, a obywatelami kraju z drugiej strony. Tu potrzeba rzetelnego obiegu informacji.
andrzej Pokonos pisze:
2014/09/24 o 15:54,
Pomysł z dziennikarzami choćby najlepiej wykwalifikowanymi, o umiejętnościach i kompetencjach dobrych profesorów harvardzkich jest piękną ideą. Mam jednak poważne obawy o jej realizację. Główną barierą na drodze takiej formacji czy mediów opiniotwórczych jest ich polityczność. Taka sama polityczność dotyczy naukowców uprawiających nauki społeczne.
Ma pan rację dla niektórych środowisk naszych obywateli Adam Michnik, Tomasza Lis czy Ann Applebaum są autorytetami. Dla innych są znienawidzonymi propagandystami np. dla środowisk radia ma ryja, klubów ronina, panów Ziemkiewicza, Wildsteina, braci Karnowskich, towarzystwa około pisowskiego, itp.
Zgadzam się z Panem, że idea takich mediów opiniotwórczych sama w sobie jest wartością polityczną – Gazeta Wyborcza, Polityka, Krytyka Polityczna, Newsweek tworzą takie środowiska opiniotwórcze. Miejsce SO jest trochę inne – ten portal ma na razie charakter niszowy i trzeba by było wielu wysiłków aby przekształcić go w medium docierające do szerokich kręgów społecznych. Nie wiem czy założyciele i redakcja ma takie zamiary. Czy raczej ekipa prowadząca nie stara sie byc medium opiniotwórczym dla samych dziennikarzy oraz intelektualistów. Ostatecznie proces taki prowadzi do zbudowaniua w Polsce środowisk dziennikarsko-naukowych z których opinią liczyliby się rządzący, podobnie jak w USA opiniotwórcze są NYT czy WSJ a w innych kręgach Forbes. W UK tę role pełnią The Guardian, The Economist, Financial Times czy onegdaj The Times (ostatnio nie śledzę jego roli).
W kwestii oceny wyborców należałoby dbać o bardziej przejrzyste kryteria oceny systemu politycznego i poszczególnych partii a w sferze wyborców o podniesienie ich świadomości politycznej drogą edukacji.
Ja właśnie miałem na myśli stworzenie odpolitycznionego think tanku, który zatrudniałby najlepszych dziennikarzy z wymienionych przez Pana mediów, włączając SO i nawet z krajów ościennych. Potrzebny jest jakiś nowy Giedroyć czy Elie, ktoś, kto zorganizuje wokół siebie fachowców nie rozjazgotanych politycznie, którzy wyślą w Polskę i w świat potrzebne analizy naszego rynku, naszej polityki, ale także wszystkiego co nas otacza, a w co siłą rzeczy mamy bardzo beżpośredni wgląd: Rosja, Ukraina, Europa Środkowa i wschodnia – rejon kaukaski. Mamy w te rejony wgląd własnych fachowców i kontakty, czyli wgląd jak mało kto. Możemy nawet włączyć dziennikarzy z wymienionych rejonów nie wyłączając samej Rosji. Wtedy można by stworzyć na prawdę coś apolitycznego, dającego na własne i zagraniczne podwórka wgląd w bardzo ciekawy wachlarz zagadnień. To miałem na myśli, jako przeciwwaga obecnie spolaryzowanej politycznie czyli praktycznie zablokowanej jak polityczna polskiej sfery środków masowego przekazu.
Szanowni Państwo,
Przeczytałem fragment artykułu i pomyślałem, że skomentuję. Wiec zacząłem przewijać tekst aż dotarłem do komentarzy (chciałem sprawdzić, czy ktoś nie podniósł już tego samego problemu). Z komentarzy dowiedziałem się, że temat jest „warty przedyskutowania” i nagłośnienia.
Może i tak jest. Komentarze zachęciły mnie, żeby przeczytać tekst do końca, bo zatrzymałem się w tym miejscu:
„Kandydat o znacznym poparciu elektorskim może przepaść, a mandat poselski otrzyma inny, ze słabym wynikiem wyborczym – dlatego, że partyjny komitet wyborczy umieścił go wyżej na liście wyborczej, co dzieje się zgodnie z obowiązującą ordynacją wyborczą. Wyborca ma prawo głosować na kandydatów, jednak w znacznie ograniczonym stopniu istotnie decyduje o składzie poselskim.”
Nie bardzo rozumiem, co autor chciał powiedzieć.
Domyślam się, że chodzi autorowi o to, że spośród będących na wspólnej liście kandydatów na posłów do Sejmu wchodzą kandydaci o najwyższych miejscach na liście, a nie największym poparciu społecznym.
Jeśli komitet uzyskał wynik pozwalający czterem kandydatom na wejście do Sejmu, to te cztery miejsca uzyskają kandydaci z miejsc numer 1-4 na liście, a nie, być może bardziej popularny kandydat z numerem 14.
I tu się wtrącę: rzeczywiście najczęściej kandydaci z wyższych miejsc zostają wybrani. Wynika to z tego, że najbardziej znanych, najpopularniejszych kandydatów komitety wyborcze na pierwszych miejscach ustawiają. Eksponują ich, żeby lista zdobyła jak najlepszy wynik.
Jak się ma lokomotywę w postaci popularnego polityka (np. mając ś.p. Tadeusza Mazowieckiego) wśród kandydatów żaden komitet nie umieszczałby go na 14 miejscu, tylko na 1 żeby jak najwięcej głosów przyciągnął.
Ale bywa i tak, że kandydat z ostatniego miejsca uzyskuje lepszy wynik niż dwójka na liście. Wtedy posłem zostaje ten, który uzyskał większą ilość głosów, a nie wyższe miejsce na liście!
Ot, choćby ostatnie wybory do Sejmu: okręg warszawski.
PiS wprowadziło 6 posłów.
Zajmowali na liście partyjnej miejsca 1,2,3,6,7,40
Sześcioro posłów, a zabrakło miejsca dla numerów 4 i 5 na liście. http://wybory2011.pkw.gov.pl/wsw/pl/sjm-19.html
Doczytawszy do tego miejsca uznałem, że trudno oczekiwać pomysłów na sensowną reformę systemu, od kogoś, kto tego systemu nie zna/nie rozumie.
Zachęcony komentarzami przeczytałem do końca.
Jak się okazuje o wyborach nie ma nic, jest za to o finansowaniu partii politycznych. Ciekawy pomysł. prowokujący do myślenia: „co by było gdyby go urzeczywistnić”.
Komentator Marian taki własnie komentarz zaprezentował:
„Oj.Boję się,że proponowany sposób finansowania sprawiłby,że każda partia wolałaby pozostawać w opozycji…Dla standardowego Rodaka najgorsze partie są zawsze te,które sprawują władzę a najlepsze te,które krytykują.
.
PS.
Nie przypominam sobie takiego sondażu,w którym partia rządząca miałaby większe poparcie od partii(l.mn.) opozycyjnych.”
Moja odpowiedź:
No i super! Nareszcie przestaliby rządzić tacy, co tylko kasę chcą przeliczać!
Ale to chyba jednak zbyt naiwne. Nie sądzę, żeby j. Kaczyński był wizją kilku milionów złotych dla partii specjalnie zauroczony.
Też od razu zwróciłem uwagę na to, że autor pisząc o tym, że do parlamentu trafiają osoby z pierwszych pozycji na liście niezależnie od uzyskanego wyniku kompletnie nie zna obowiązującego systemu. A to bynajmniej nie wszystko. Pisze On bowiem dalej, że elektorat praktycznie nie ma możliwości „rozliczenia” skompromitowanego posła i partii tego posła wystawiającej. A to kolejna bzdura. Ma – choćby w następnych wyborach. Autorowi najwyraźniej zapomina, że parlamentarzystów wybiera się na 4 lata, a nie do najbliższej „kompromitacji” (dodajmy, często wyreżyserowanej przez media), a już kompletnym nieporozumieniem jest, że chciałby On zaraz stosować odpowiedzialność zbiorową wobec całej partii, która miała pecha dokonać niewłaściwej nominacji. Kolejny brak zrozumienia systemu, to krytyka sytuacji, w której kandydatów do parlamentu przedstawiają partie polityczne. A niby jaka jest alternatywa? Wolna amerykanka? Kto chce, ten się zapisuje na listę kandydatów i wygrywa ten kto ma liczniejszą rodzinę?
Finansowanie partii, to też dziedzina, o której Autor niewielkie ma pojęcie. Pisze On – „Obywatelski podatek jest wydawany zarówno na partię, którą obywatel popiera, jak też, wbrew jego woli, na inną, której nie akceptuje.” Totalny absurd, w uproszczeniu oddając głos na określoną partię, de facto oddaję część swojego podatku na tą właśnie partię. A jeśli obrażam się na system i olewam wybory, to potem nie marudzę.
Każda dyskusja i propozycja poprawy systemu wyborczego,sposobu finansowania partii,immunitetów poselskich jest potrzebna.
Przy okazji debaty warto spojrzeć wcześniej spojrzeć jak jest w innych krajach.
A w innych krajach jest podobnie jak w Polsce.Różnica jest jedynie w tym,że w innych krajach polityka jest uzawodowiona,że tak napiszę.Wśród parlamentarzystów innych krajów nie ma Kurskich,agentów Tomków i im podobnych.
A po za tym idem…Zatrudnianie żon,kochanek,ciotek,
wujków jako swoich doradców,czy asystentów też ma miejsce.
Immunitet.Hmmm.
Pamiętajmy też,że immunitet chroni tylko w czasie kadencji a po niej każdego łobuza parlamentarnego a nawet prezydenta można sądownie rozliczyć,vide : Jacques Chirac.
*
@sławek.
Proszę Pana,Stany Zjednoczone Europy jak to ładnie brzmi…I do tego trzeba dążyć bo inaczej skolonizują nas Chińczycy z Hindusami i Rosja do spółki a nawrócą ortodoksyjni islamiści.
Marian. pisze:
2014/09/24 o 12:04,
Jak patrzę na procesy wewnatrz UE to Stany Zjednoczone Europy są nieuchronne, choć nie powstaną z dnia na dzień. Proces ich tworzenia będzie przyspieszał w rytm rewolucyjnych zmian cywilizacyjnych wymuszanych postępem technicznym w dziedzinie elektroniki, telekomunikacji, mediów, biotechnologii, inzynierii genetycznej, automatyzacji wielu dziedzin w tymn twórczości (drony i automaty – sztuczna inteligencja). Już sam fakt, że UE wybrała Junckera i Tuska zapowiada stopniowe ale systematyczne zmiany strukturalne.
Autor -” młody wykształcony”, niedouczony- nie zadał sobie podstawowego pytania: czy działa system demokratyczny?. Działa – partie uczestniczą w wyborach, wyborcy – różnie, z artykułu wynika że finansowanie partii przekłada się na zaangażowanie wyborców – absurd. To media kształtują postawy wyborców o czym Autor nie wspomniał jednym słowem, jeśli owe media promują przekaz w stylu „naszego Autora” to nic dziwnego że wyborca boi się ruszyć z domu, ręce opadają.
@Aleksy,
Jak nie wychwalasz pan Putina to całkiem do rzeczy pan piszesz.
Kciuk w górę.
Panie Marianie, dziękuję za „kciuk”, doceniam Pański dystans w ocenach, Putina nie wychwalam, próbuję podkreślić jego skuteczność wymuszającą poważne traktowanie zagrożenia jakie reprezentuje.
Warunkiem koniecznym funkcjonowania demokracji, jest dostep do informacji. Te zapewniaja media, ktorych my nie mamy. Te glowne sa w obcych rekach, w wiekszosci niemieckich, te drugie sie sekuje za nieprawe pochodzenie, a robia to glownie te pierwsze. Mozna wiec za przykadem tego burmistrza podawac dwadziescia powodow dlaczego u nas demokracja szwankuje, ale wystarczy ten pierwszy, nie mamy armat.
Ja też myślałem ostatnio intensywnie co by tu można poprawić w temacie demokracji, jak przeprowadzać wybory, jak liczyć głosy, jak zachęcać wyborców do w miarę racjonalnego podejmowania decyzji, jak ich zachęcać do aktywnego sprawdzania, co która partia ma do zaoferowania. I napisałem taki wpis na moim blogu: http://blog.1i2.pl/?p=18 Tekst też dość długi no i może miejscami trudny dla przeciętnego Kowalskiego, który (może celowo?) nie potraf oddać ważnego głosu… Jeśli wpis wyda Wam się wart rozpowszechnienia, to napiszcie mi proszę w komentarzach jak go rozpowszechnić, bo mój blog założyłem zaledwie 3 dni wcześniej i nie ma jeszcze czytelników… Zapraszam do czytania: http://blog.1i2.pl/?p=18
Też napisałem wpis na temat poprawiania naszej demokracji: http://blog.1i2.pl/?p=18 Bardzo zapraszam do czytania.