Jerzy Łukaszewski: Nie kumać czaczy, nie czaić bazy

gender2014-10-09.

Czytelników  przepraszam za użycie zwrotów bardziej stosownych w młodzieżowej dyskotece, niż w towarzystwie bywalców SO, ale zawierają one poza wszystkim innym, taki ładunek absurdu, że czasem wydają się jak najbardziej pasować do stanu umysłów, z jakim mamy do czynienia, nie tylko w naszym kraju.

Wrodzone zamiłowanie do absurdu każe mi chwilami wyjść poza oglądanie Monty Pythona i zerknąć na żywe scenariusze skeczów dziejące się za oknami. Nie zawsze odbiór jest bezbolesny, ale co do ładunku – nie zawodzę się nigdy.

A warto je poznawać, bo co byśmy nie powiedzieli – żyjemy i żyć będziemy w świecie takim, jaki jest, a zawsze lepiej znać nawet najgorszą prawdę o własnym ogródku, niż udawać, że jest nieskalanym Edenem, bądź ziemią, którą bez wysiłku uprawiać będziemy wg własnej chęci.

Nie będziemy.

Prowadząc wykłady z historii zwykle zaczynam od uświadomienia słuchaczom prostej prawdy o różnicach rozwojowych grup ludzkich w poszczególnych miejscach świata. Różnicach wyrażanych w tysiącach lat, a mających miejsce w tym samym odcinku na osi czasu.

Kiedy na polskie dziś Pomorze wkraczali po ustąpieniu lodowca paleolityczni łowcy zbieracze, w Sumerze powstawały już zaczątki pisma w kamiennych miastach. Kiedy na pograniczu Kujaw i Pomorza usypywano trapezowate megalityczne grobowce o długości przekraczającej 100m, w Egipcie nie postawiono jeszcze ani jednej piramidy.

Przyjmuje się, że źródłem tych różnic są warunki bytowania, a więc klimat, zasoby naturalne, gatunki gleb, dostęp do wody, zagęszczenie osadnictwa itp.

Sądzę, że to jednak nie wyjaśnia wszystkiego. Jeśli na stosunkowo niedużym obszarze mamy w jednym czasie do czynienia z budowniczymi ogrodów Semiramidy i nomadami, których przemieszczanie się zdeterminowane było przez szlaki łownej zwierzyny, pytanie „dlaczego?” narzuca się samo. Dlaczego ci łowcy nie skorzystali z epokowych wynalazków funkcjonujących w ich pobliżu?

Bardzo efektownym z punktu widzenia słuchacza przypadkiem jest państwo staroasyryjskie, w którym zdobywcy – nomadzi wojownicy – podbiwszy  Babilon ciągnęli zeń korzyści mieszkając w jego pobliżu w… namiotach. Jakby nic się nie zmieniło. Nie zajęli miast babilońskich, nie zmienili swojego trybu życia. Historia Mezopotamii zna kilka takich przypadków. Historia innych części świata również. Dlaczego? Czy w ogóle istnieje odpowiedź?

Pytanie do dziś aktualne tak dla badacza historii naszego rodzaju, jak i obserwatora zmian politycznych (bądź ich braku) we współczesnym świecie.

Coraz częściej zauważamy inne światy. Nie, nie w obserwatoriach astronomicznych. Tu, obok siebie.

Widzimy ludzi zachowujących się inaczej, pozornie niezrozumiale. Pozornie, bo to tylko my nie potrafimy ich zrozumieć.

A żyją i żyć będą obok nas.

Tymczasem to my spłycamy odpowiedź na pytanie: kim oni są i dlaczego są tak inni? Dlaczego nie korzystają z dostępnych w naszym kręgu cywilizacyjnym zdobyczy nie tylko w wymiarze praktycznym, ale przede wszystkim mentalnym.

Czasem zakrawa to na absurd. A czym jest naprawdę?

Kiedy katolicki biskup w wywiadzie krytykuje „ideologię” gender podając jako argument

– Obecnie groźnym wyzwaniem jest – lansowana pod płaszczykiem programu równościowego – ideologia genderyzmu. Niektórym rodzicom podoba się uczenie chłopców, że winni po sobie sprzątać, a nie czekać, aż zrobią to za nich dziewczynki.

– to nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Najczęściej więc zbywamy rzecz wyśmianiem, a co bardziej krewcy paroma inwektywami, które wprawdzie ulżą nagromadzonym emocjom, ale przecież sprawy nie załatwią, problemu nie rozwiążą, nie odpowiedzą na pytanie: dlaczego to się dzieje?

Dlaczego dorośli ludzie mający dostęp do krynic wiedzy wszelakiej potrafią wygadywać bzdury o słoniu – geju w warszawskim ZOO, który „woli towarzystwo kolegów niż koleżanek”, podczas gdy wystarczy zasięgnąć odrobinę wiedzy o temacie, by dowiedzieć się, że słoń był za młody na jakiekolwiek zachowania seksualne, bo te przychodzą u tego gatunku w wieku lat kilkunastu?

Dlaczego fachowcy z poznańskiego ogrodu potrafią ulegać radnej miasta interweniującej w sprawie kopulujących bez kościelnego ślubu osiołków zamiast (wersja salonowa) wytłumaczyć tej pani, iż rozdzielanie zwierząt robi im krzywdę? Przecież tego uczyli ich na studiach, czy nie? Dlaczego odkładają na bok posiadaną wiedzę i robią krzywdę zwierzakom oddanym im pod opiekę? Bez żadnych konsekwencji.

Dlaczego Poznań pomału staje się stolicą polskiego kołtuństwa, stojącego w całkowitej sprzeczności z dotychczasową tradycją i historią tego miasta?

Po „Golgocie” przyszła pora na Behemotha, co jest o tyle ciekawe, że w jego „satanizm” wierzą chyba wyłącznie jego przeciwnicy nie rozumiejący (albo udający nierozumiejących), że image artystyczne jest  częścią komercyjnego projektu i niczym więcej.

Odwołanie koncertu grupy podpisane przez przedstawicieli wyższej uczelni, a szczególnie uzasadnienie tego kroku to istne curiosum, które powinno skłonić ministerstwo do rozważenia dalszego finansowania tej instytucji.

Jeżeli przedstawiciele państwowej uczelni argumentują na poziomie starego kościelnego, to chyba czas zmienić status, bo pogodzić się tego nijak nie da.

Pomijam już fakt, że ktoś się późno obudził, bo koncert był zapowiadany od kilku miesięcy, a ponadto Behemoth grał już w tym klubie bodaj ze trzy razy.

Przygoda z absurdem to neverending story naszego życia codziennego.

Niedawno trafiłem na perełkę.

Nie mam zastrzeżeń do faktu, że pobożne żony modlą się w intencji mężów. Zwyczajowo uważane to jest za wyraz troski i miłości, która zasługuje na szacunek. Jednak głębsze wejście w te „intencje” pokazuje specyficzny sposób myślenia i oglądu świata.

Szczególnie zafrapowały mnie takie rzeczy, jak:

  • Aby nasi mężowie stawali się świętymi ojcami.
  • O uwolnienie naszych mężów ze wszystkich krępujących ich więzów.
  • O łaskę nieskalanej reputacji dla naszych mężów
  • O uwolnienie naszych mężów od niszczącego ich lęku.
  • O codzienne odnajdywanie  i wypełnianie w życiu naszych mężów Bożego powołania.

Czytając to widzę ludzi, dla których samo istnienie jest udręką, nie wierzących we własne siły, nie żyjących dla siebie, podpierających się „wyższym autorytetem” w najprostszych sprawach. Jak bowiem inaczej rozumieć trzecią z tych intencji? Przywykłem, że na reputację pracuje każdy sam, nikt mu jej ani nie zadekretuje, ani nie zniszczy. Okazuje się, że na sprawę można patrzeć inaczej. I to już nie jest śmieszne.

Nie jest, choć wrodzona złośliwość domaga się żartobliwego skomentowania takich próśb, jak

  • O wytrwałość w okazywaniu wzajemnej czułości i troski w naszych małżeństwach.

Czasem to prawdziwe wyzwanie, to fakt.

  • O Boże prowadzenie naszych mężów w rozporządzaniu finansami.

Wolę nie zgadywać, o co naprawdę w tym chodzi.

Całość trochę jak z innej planety, a przecież znalazłem to w Internecie, zdobyczy cywilizacyjnej, jak by nie patrzeć.

Problem w tym, że tacy ludzie żyją wokół nas, żyć będą i powinniśmy mieć tego świadomość. Nie po to, by z nimi walczyć, bo nie mamy do tego najmniejszego tytułu, a poza tym to walka z wiatrakami, ale by na trzeźwo zobaczyć, jak to nasze ziemskie poletko wygląda, bo tylko diagnoza oparta na prawdziwym obrazie pozwoli na snucie realistycznych planów.

Część z nas gotowa jest zakrzyknąć wojowniczo „niech sobie żyją, byle mi w drogę nie wchodzili!”

A to właśnie przejaw braku realistycznego spojrzenia.

Wchodzą i będą wchodzili.

Tych dwóch światów nie da się rozdzielić w sposób bezkonfliktowy.

Uderzające jest podobieństwo do staro-asyryjskiego państwa. Ludzie korzystają ze zdobyczy cywilizacji, ale tylko w zakresie, który sami sobie nakreślają. Panie rozmawiają za pośrednictwem Internetu, bo tak jest łatwiej, ale rozmawiają tak samo, jak rozmawiałyby na spotkaniu parafialnym.

A może tak właśnie powinno być? Może zdobycze cywilizacji technicznej nie są w stanie zmienić mentalności człowieka? Obserwując historię ludzkości można dojść do wniosku, że nigdy nie zmieniały.  Wszelkie zmiany to tylko powierzchowne ozdobniki na tym samym paleolitycznym mózgu.

Myślimy tak samo jak Flinstonowie, mamy te same odruchy w tych samych sytuacjach, mamy te same potrzeby, bo determinuje ich występowanie nasza biologia. Cywilizacja techniczna jedynie ułatwia nam ich zaspokajanie.

Jeśli zaś tak, to jak to się ma np. do powszechnej inwektywy „ciemnogród” w stosunku do ludzi niekorzystających z istniejącej wiedzy na temat otaczającego ich świata? Niekorzystających, bo swoje potrzeby zaspokajających skromniejszą tej wiedzy dozą, bądź też pomijających ją w ogóle. Nikt nie powiedział, że celem i sensem życia jest nadążanie mentalne za najnowszymi zdobyczami nauki. Nie powiedział, bo byłaby to i nieprawda i rzecz w większości wypadków niewykonalna.

Jak świat światem ludzi korzystających z aktualnej wiedzy w stopniu wysokim była mniejszość. Nie miejmy złudzeń – problemy z „ciemnogrodem” mieli niektórzy i w starożytności i w średniowieczu i będą je mieli za tysiąc lat. Natura sprawia, że egzemplarze o mniejszych potrzebach mają największe szanse na przetrwanie. Czy ta zasada obowiązuje także w stosunkach społecznych? Jest wielce prawdopodobne, że tak. A jeśli tak, to… trochę pesymistyczne, prawda?

Jeśli zaś tak, to co powinny robić osobniki o potrzebach większych?

Nie wiem czy pocieszy kogoś fakt, że nie jest to problem wyłącznie polski.

Historyk państwa i prawa Karol Koranyi ukuł niegdyś definicję państwa (teraz to się nazywa definicja politologiczna) jako organizacji wprawdzie przymusowej, ale dbającej o zaspokojenie i możliwość realizacji potrzeb zamieszkujących jego terytorium grup o odmiennych interesach.

Teoretycznie piękne, ale w praktyce? Jeżeli potrzeby różnych grup wewnątrz państwa aż tak się rozchodzą, to jak państwo ma je pogodzić? To nawet w teorii jest trudne.

Nie da się tego zrobić bez faktycznego, bądź mniemanego zrobienia krzywdy którejś ze stron. Której zrobić? Jakie kryteria przyjąć przed ostateczną decyzją?

Sądzę, że państwo sobie z tym nie poradzi w ogóle, bo suchy paragraf nie jest w stanie objąć całości problemu.

Jedyne wyjście, choć czysto teoretyczne, jest w nas samych. Czy potrafimy razem żyć? Nie bardzo, widać to coraz wyraźniej.

Neandertal i cro magnon żyli obok siebie, nawet w tych samych jaskiniach w jednym czasie, dokumentują to znaleziska w północnym Iraku. Byli tak różni, że nie mieli nawet możliwości wyprowadzenia na świat wspólnej progenitury.

Jedni przetrwali, inni zeszli z tego świata.

Kto zejdzie pierwszy w naszej współczesnej jaskini?

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

32 komentarze

  1. kuba 2014-10-09
  2. PIRS 2014-10-09
  3. Jaruta 2014-10-09
  4. Tetryk56 2014-10-09
  5. Szafrański 2014-10-09
  6. Obirek 2014-10-09
    • A. Goryński 2014-10-10
    • Aleksy 2014-10-10
  7. Demetria 2014-10-09
  8. narciarz2 2014-10-10
  9. narciarz2 2014-10-10
    • jureg 2014-10-10
  10. Jerzy Łukaszewski 2014-10-10
    • andrzej Pokonos 2014-10-13
  11. Marian. 2014-10-10
  12. Humanożerca 2014-10-10
  13. Jerzy Łukaszewski 2014-10-10
  14. Humanożerca 2014-10-10
  15. Humanożerca 2014-10-10
  16. kuba 2014-10-10
  17. Jerzy Łukaszewski 2014-10-10
  18. A. Goryński 2014-10-10
    • A. Goryński 2014-10-11
      • BM 2014-10-11
  19. Humanożerca 2014-10-10
  20. Jerzy Łukaszewski 2014-10-10
  21. SAWA 2014-10-11
  22. Marian. 2014-10-11
  23. Jerzy Łukaszewski 2014-10-12
  24. W.Bujak 2014-10-12
  25. Mr E 2014-10-13
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com