18.08.2026
GŁOS ZWYKŁYCH KSIĘŻY I SIÓSTR W SPRAWIE UKRAINY
W czasach, gdy w polskiej debacie o Ukrainie coraz łatwiej usłyszeć zmęczenie, rozdrażnienie i otwartą niechęć, głos „zwykłych księży i sióstr” ma znaczenie szczególne. Nie dlatego, że rozwiązuje wszystkie polsko-ukraińskie spory, lecz dlatego, że przypomina o elementarnym obowiązku: w centrum wojny, uchodźstwa i historycznych konfliktów musi pozostać konkretny człowiek.
Profesor Stanisław Obirek udostępnił 16 sierpnia link do listu w sprawie Ukrainy:
https://www.klubtygodnika.pl/aktualnosci/list-zwyklych-ksiezy-i-siostr-w-sprawie-ukrainy/42199
Sam fakt jego publikacji warto odnotować. W polskim Kościele, który potrafi mówić donośnie o wielu sprawach, zbyt rzadko słychać równie jasny, niezależny od partyjnej kalkulacji głos w obronie ludzi dotkniętych wojną i nienawiścią.
CO MÓWI LIST
Autorzy nawiązują do tradycji „Apelu zwykłych księży” — duchownych i sióstr zakonnych niepiastujących wysokich stanowisk w kościelnej hierarchii. „Zwykli” znaczy tu: pozostający blisko codziennego doświadczenia wiernych i niewierzących, a nie przemawiający z wysokości urzędu.
Najważniejszy sens obecnego listu można streścić jako apel o zachowanie solidarności z Ukrainą, odrzucenie języka zbiorowej odpowiedzialności oraz nieuleganie emocjom, które wojna — i jej polityczne wykorzystywanie — zamieniają w niechęć wobec całego narodu. Chrześcijaństwo nie może stać się dekoracją dla narodowego egoizmu, historycznej mściwości ani pogardy dla słabszych.
„bronić zagrożonych prześladowaniami – szczególnie uchodźców i emigrantów”.
To zdanie, obecne w poprzednich wystąpieniach tego środowiska, zachowuje pełną aktualność wobec osób, które uciekły do Polski przed rosyjską agresją.
PODPISY I OTWARTA LISTA SYGNATARIUSZY
Pod opublikowanym przez Klub „Tygodnika Powszechnego” listem „List zwykłych księży i sióstr w sprawie Ukrainy” podpisało się 61 osób duchownych i zakonnych. Liczba ta pozostaje otwarta, a kolejni sygnatariusze wciąż do niej dołączają.
Pod listą zamieszczono ważną informację:
Najbardziej aktualna lista sygnatariuszy (których wciąż przybywa) jest dostępna na profilu FB ks. Andrzeja Stefańskiego (https://www.facebook.com/andrzej.stefanski.9). Prezbiterzy i osoby zakonne chętne dołączyć się do listu mogą pisać na adres: listksiezy@gmail.com
Każde nazwisko oznacza osobę Kościoła, która publicznie bierze odpowiedzialność za słowa wypowiedziane w czasie narastającej presji, by milczeć albo dostosować się do nastroju większości.
DLACZEGO TEN GŁOS JEST POTRZEBNY
Polskie społeczeństwo ma prawo do trudnych pytań. Pomoc dla Ukrainy i uchodźców była ogromnym wysiłkiem społecznym; wojna trwa długo, a jej koszty, lęki i zmęczenie są realne. Podobnie realny jest ciężar pamięci o zbrodni wołyńskiej oraz rozczarowanie brakiem dostatecznie odpowiedzialnych działań władz ukraińskich w sprawie ekshumacji, upamiętnień i historycznej prawdy.
Nie wolno jednak dopuścić, aby uzasadnione oczekiwanie prawdy i godnego upamiętnienia polskich ofiar przekształcało się w niechęć do wszystkich Ukrainek i Ukraińców — również tych, którzy sami uciekli przed wojną, stracili domy, bliskich lub bezpieczeństwo. Odpowiedzialność za historyczne zbrodnie i współczesne błędy władz nie może być przenoszona na ludzi spotykanych w sklepie, autobusie, szkole czy miejscu pracy.
Właśnie w tę lukę wchodzi propaganda i patoprawicowa polityka emocji. Karmi się ona uproszczeniem: zamiast odróżniać państwo od obywateli, historię od teraźniejszości oraz sprawiedliwe żądania od zbiorowej nienawiści — proponuje jednego wroga. Taka droga prowadzi nie do rozwiązania problemów, lecz do społecznego rozpadu, agresji i osłabienia Polski.
CHRZEŚCIJAŃSTWO BEZ KALKULACJI
Największa wartość listu nie polega na tym, że jego autorzy odkrywają prawdy nieznane. Polega na tym, że wypowiadają je publicznie wtedy, gdy wielu ludzi Kościoła wybiera milczenie, półsłówka albo wygodną dwuznaczność.
Sygnatariusze pokazują postawę otwartości, humanizmu i chrześcijaństwa rozumianego poważnie: jako nakaz widzenia w drugim człowieku osoby, a nie narodowej etykiety, politycznego problemu czy obiektu zbiorowej pretensji. Jest to szczególnie istotne, ponieważ Kościół rzymskokatolicki nadal wywiera znaczny wpływ na język i nastroje części polskiego społeczeństwa. Gdy jego przedstawiciele milczą wobec pogardy, milczenie może być odebrane jako przyzwolenie.
Ten list nie zwalnia Ukrainy z obowiązku uczciwego zmierzenia się z Wołyniem. Nie nakazuje Polakom zapomnieć o własnych ofiarach. Nie odbiera nikomu prawa do krytyki decyzji władz w Kijowie czy Warszawie. Przypomina tylko o granicy, której przekroczyć nie wolno: między pamięcią a nienawiścią, między krytyką a pogardą, między patriotyzmem a moralną ślepotą.
Dlatego trzeba ten list nagłaśniać. Jest rzadki, potrzebny i odpowiedzialny. W chwili, gdy fala niechęci do Ukrainy i Ukraińców narasta, każde publiczne świadectwo solidarności, rozsądku i ludzkiej przyzwoitości staje się działaniem na rzecz bezpieczeństwa Polski — oraz na rzecz ocalenia jej moralnego kręgosłupa.
Sławek

Sam list „zwykłych księży i sióstr” uważam za rozsądny, potrzebny i przyzwoity. Przypomina rzecz elementarną: można domagać się prawdy o Wołyniu, krytykować władze Ukrainy i równocześnie nie przenosić odpowiedzialności na Ukrainkę pracującą w sklepie czy Ukraińca jadącego obok nas autobusem. Do tego miejsca właściwie trudno się spierać.
Problem zaczyna się w komentarzu do listu. Autor bierze prostą, humanistyczną myśl i tak długo ją podnosi, pozłaca i okadza, aż z apelu duchownych robi niemal wydarzenie na miarę moralnego Soboru Watykańskiego III.
Dowiadujemy się więc o „szczególnym znaczeniu”, „publicznym świadectwie”, „narastającej presji”, „moralnym kręgosłupie Polski”, a na scenę obowiązkowo wchodzi jeszcze „patoprawica”. I tutaj robi się zabawnie, bo tekst nawołujący do nieulegania zbiorowym etykietom sam natychmiast wyciąga jedną z kieszeni i przykleja ją przeciwnikom.
To trochę tak, jakby po napisaniu manifestu przeciwko krzykowi autor wszedł na stół i wrzasnął: „CISZEJ, CHAMY!”
Najbardziej drażni mnie jednak pewność człowieka, który nie tyle analizuje rzeczywistość, ile rozdaje w niej świadectwa moralności. Ci są odważni, tamci milczą. Ci reprezentują humanizm, tamci nienawiść. Ci mają kręgosłup, pozostali najwyraźniej powinni zgłosić się do ortopedy.
A przecież sprawa jest ciekawsza. Polacy naprawdę mogą być zmęczeni wojną. Mogą mieć pretensje do władz Ukrainy. Mogą domagać się ekshumacji i prawdy historycznej. Mogą również uważać, że pomoc ma swoje granice. I żadna z tych postaw sama w sobie nie czyni człowieka ksenofobem.
Dobry publicysta powinien właśnie te granice rozplątywać.
Tutaj mam natomiast wrażenie, że wniosek był gotowy przed rozpoczęciem pisania, a cały tekst służy głównie temu, żeby autor mógł stanąć po właściwej stronie własnego lustra.
Dlatego list przeczytałem z aprobatą. Komentarz — z pewnym rozbawieniem. Księża i siostry napisali po prostu, że trzeba zachować przyzwoitość.
Autor komentarza przez kilka stron wyjaśnia nam natomiast, że on doskonale wie, czym przyzwoitość jest, gdzie mieszka i komu jej brakuje.
I właśnie w tym momencie list przestaje być głównym bohaterem. Na scenie zostaje komentator. W bardzo dobrym świetle.
Insynuacja, że Sławek lansuje się na tym liście, jest nie tylko niedowiedziona, lecz także — wobec jego wieloletniej działalności w „Studio Opinii” — niedorzeczna. Sądziłem, że choć w tej sprawie komentator powstrzyma się od osobistej niechęci i nie przekroczy granic publicznej oraz prywatnej przyzwoitości. Wstyd.
Ksiądz, który przesłał mi link jest jednym
Z sygnatariuszy i chciał wskazać, że nie tylko Otwarta Rzeczpospolita czy KOD, ale również Kler dostrzega wagę problemu narastającej niechęci do Ukraińców. Nie sądzę by chodziło o hermeneutykę problemu. Bardziej o zwrócenie uwagi na sposoby jego rozwiązania i Pan Sławek to skutecznie zrobił za co należy mu się wdzięczność a nie pouczenie.
Tekst Sławka jakże potrzebny i NIEBELFERSKI.
Panie Profesorze, Marku, mam wrażenie, że bronicie Państwo tezy, której nie zaatakowałem.
List księży i sióstr pochwaliłem jednoznacznie. Uznałem go za potrzebny, rozsądny i przyzwoity. Nie kwestionowałem też potrzeby nagłaśniania sprzeciwu wobec niechęci do Ukraińców. Mój komentarz dotyczył czegoś znacznie prostszego: sposobu, w jaki Sławek ten list obudował własnym moralnym komentarzem.
Profesor Obirek pisze, że „nie chodziło o hermeneutykę problemu”. Oczywiście. Ja również nie domagałem się Heideggera, Gadamera ani seminarium z fenomenologii Wołynia. Wystarczyłoby trochę mniej kadzidła. Jeżeli prosty i mocny list trzeba dodatkowo podpierać „moralnym kręgosłupem Polski”, „patoprawicą”, „historyczną mściwością” i podziałem na tych, którzy dają świadectwo, oraz resztę, która najwyraźniej siedzi moralnie pod stołem, to wolno chyba zauważyć, że komentator zaczyna zasłaniać komentowany tekst.
A zdanie Marka Jastrzębia, że tekst jest „jakże potrzebny i NIEBELFERSKI”, przyjmuję z wdzięcznością. Szczególnie słowo „niebelferski”, zapisane wielkimi literami, ma w sobie wdzięk nauczyciela, który właśnie czerwonym flamastrem wpisał mi do dzienniczka: „ŹLE ZROZUMIAŁEŚ, ALE BEZ POUCZANIA!”
Być może więc różnimy się tylko w ocenie proporcji. Państwo widzą potrzebny apel. Ja także go widzę. Tyle że obok apelu widzę jeszcze komentatora, który ustawia sobie światło.
I nadal uważam, że list był mocniejszy, zanim zaczęto go tak gorliwie wzmacniać.
Panie Krzysztofie B. Nie wiem czy Pan pamięta od jakich słów wywodzi się pojęcie „polemika”. Przypominam: od starogreckich słów „wrogi”, „wojujący”. A te z kolei od słowa „wojna”. Pan, w swoich pouczeniach (nie mają one bowiem nic z charakteru dyskusji), przypomina mi współczesnego nam, znanego agresora rosyjskiego., z jego wszystkimi mentalnymi przywarami. I to by było na tyle, jak mawiał kiedyś znany satyryk, opuszczając tymi słowy kurtynę nad wyzierającą z kątów naszych dni codziennych śmiesznością…
Wobec tekstów i komentarzy p. Bielejewskiego postanowiłem stosować 'regułę Puszkina’…