11.03.2025
Przyznam, że zdumiewa mnie, i zapewne miliony innych, brak ostrej reakcji na szaleństwa Trumpa. Z satysfakcją zatem odnotowuję głos znanego dziennikarza, Gerarda Bakera, byłego wieloletniego naczelnego redaktora The Wall Street Journal, który nie zdzierżył i 10 marca opublikował na łamach WSJ następujący tekst – pod tytułem, który zachowałem.
„Nie obchodzi mnie, co robi Trump, ponieważ ufam Trumpowi” – mówi służalczy senator Graham z Karoliny Południowej.
Takie słowa wypowiedział senator Lindsey Graham w zeszłym tygodniu, radośnie ogłaszając bezwarunkową kapitulację nie tylko swojego własnego osądu, wolności myśli, znaczenia i godności, ale – i to jest kluczowe – także swojej roli jako czołowego członka jednej z wybieralnych gałęzi rządu USA.
Uległy senator odpowiadał w zeszłym tygodniu na antenie Fox News na doniesienia, że prezydent Trump rozpoczął negocjacje z Hamasem – organizacją terrorystyczną, której zniszczenie Graham jeszcze niedawno nazywał „niepodlegającym negocjacjom”.
Zdezorientowany przez chwilę tym nagłym zwrotem w polityce Białego Domu, Graham szybko się otrząsnął i wydał to zwięzłe, lapidarne potwierdzenie swojej samolikwidacji jako myśliciela i decydenta. Można się było tylko zastanawiać, jak by zareagował, gdyby dowiedział się, że Trump właśnie podpisał rozporządzenie wykonawcze skazujące go na wygnanie na Syberię, konfiskatę jego majątku i spalenie jego domu.
Przywołuję senatora z Karoliny Południowej tylko dlatego, że jest on najbardziej wszechobecnym i pokazowym przykładem klasy senatorów, którzy niegdyś uważali się za niezależnych, a dziś stali się służalczymi pochlebcami – choć przecież to oni powinni tworzyć prawo. Nie jest jednak osamotniony.
Podczas gdy prezydent coraz śmielej podąża „dyplomatyczną” ścieżką, która bez powodu karze i alienuje naszego najbliższego sąsiada i sojusznika, nagradza tyranię morderczego i zaciekłego wroga Ameryki, przyzwalająco kiwa głową, gdy dyktator tego kraju dokonuje gwałtu na wolnym narodzie, beztrosko przecina więzy sojuszu, które przez dekady służyły naszemu krajowi i wzmacniały jego globalną pozycję – pytam: kiedy ktoś w końcu coś powie?
Mówiąc „ktoś”, mam na myśli członka „najwspanialszego ciała deliberacyjnego świata” – lub przynajmniej jego młodszego partnera po drugiej stronie Kapitolu.
Owszem, garstka osób zdobyła się na głos sprzeciwu. Ale pytanie pozostaje aktualne, ponieważ zarówno ja, jak i Ty, drogi czytelniku, doskonale wiemy, że zdecydowana większość republikańskich senatorów oraz niektórzy członkowie Izby Reprezentantów – gdyby zamknąć ich w pokoju i podać im serum prawdy – przyznałaby, że polityka handlowa Trumpa to katastrofa, jego atak na Kanadę i groźby siłowej aneksji są obłędem, kara wymierzona Wołodymyrowi Zełenskiemu i Ukrainie jest haniebna, jego gesty solidarności z Władimirem Putinem i Rosją są niebezpieczne, a jego dążenie do osłabienia NATO i lekceważenia paktu bezpieczeństwa z Japonią to akty narodowego samookaleczenia.
Ustalmy jedno: Trump został wybrany zgodnie z prawem, ma mandat społeczny i dużą swobodę w podejmowaniu decyzji jako prezydent – zwłaszcza w sprawach zagranicznych. Uprzedzał nas, że zamierza to zrobić (choć nie wszystko). Takie są realia.
Ale w Konstytucji ani w demokratycznych normach nie ma nic, co nakazywałoby, aby członkowie równej mu, wybieralnej gałęzi rządu nie mogli udzielać krytycznych rad czy odmawiać zgody, gdy widzą, jak prezydent beztrosko oblewa benzyną nasze bezpieczeństwo narodowe i relacje międzynarodowe, a potem tańczy wokół nich z zapaloną zapałką.
Niektórzy mieli nadzieję, że najważniejsi doradcy prezydenta w sprawach zagranicznych – ludzie z solidnym doświadczeniem w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego – będą mieli na niego jakiś wpływ. Ale to zawsze było mało prawdopodobne.
Weźmy na przykład sekretarza stanu Marco Rubio. Porzucił on miejsce w Senacie, gdzie miał choćby teoretyczną niezależność, więc teraz zawdzięcza Trumpowi wszystko. Jeśli wierzyć doniesieniom, jego rola sprowadza się do roznoszenia przesyłek – urząd, który niegdyś zajmowali Thomas Jefferson, William Seward i Henry Kissinger, stał się czymś w rodzaju glorifikowanego kuriera FedEx, który wsiada w samolot, by dostarczać szefowskie rozkazy pod wskazane adresy. Przynajmniej jednak, jak donoszą źródła, ma wpływ na to, których jego pracowników zwolni Elon Musk.
Ale senatorowie i kongresmeni mają też swoją konstytucyjną funkcję – o ile zechcą z niej skorzystać.
Nie mam wątpliwości, że Trump wierzy, iż jego ostateczne cele w polityce zagranicznej są słuszne. Przywracanie miejsc pracy do Ameryki to dobry cel. Ma rację, że stare sojusze wymagają przemyślenia i dostosowania. Może nawet ma rację, że konieczność zapewnienia pokoju w Europie jest tak wielka, iż warto ponieść pewne bolesne konsekwencje – choć ktoś powinien mu przypomnieć, kto jest ofiarą, a kto agresorem.
Ale te cele nie usprawiedliwiają tych środków: zrywania umowy handlowej, którą sam negocjował z Meksykiem i Kanadą, odcinania pomocy Ukrainie, co wystawia ją na rosyjską rzeź, publicznego lekceważenia sojuszników, którzy przelewali krew w wojnach Ameryki.
Wiem, dlaczego tak wielu ustawodawców siedzi cicho i patrzy, jak wszystko płonie: boją się o swoje stanowiska. Jestem pewien, że racjonalizują swoje tchórzostwo, wmawiając sobie, że ich polityczna przyszłość jest niezbędna dla kraju. Ale musi być wśród nich więcej tych, którzy boją się czegoś innego: tego, jak historia ich oceni, jeśli teraz nie zabiorą głosu wobec tego aktu bezmyślnego wandalizmu wobec kraju, który przysięgali chronić.

Andrzej Lubowski
Polski i amerykański dziennikarz i publicysta polityczno-ekonomiczny.

Problem oceny postawy przez historię jest czymś enigmatycznym, czymś, co może się zdarzyć lub nie, co może mieć wydźwięk pozytywny bądź negatywny, czymś, co potomność może olać przed zmieniającym się jak w kalejdoskopie obliczem świata. I ta ulotność nijak się ma do kurczowego trzymania się krawędzi koryta z wykwintnymi fruktami, i czekającymi bonusami za głośne mlaskanie i wielbiące chrumkanie. I rywalizowaniem o jak najlepsze przy korycie miejsce. Nieskazitelny honor przeważnie przegrywa z zachłanną ambicją, to obraz współczesności, gdzie wysyp płaskich i wyblakłych „mężów stanu”. Czyż nie znamy tego z własnego chlewika?
Bronicie niekompetentnych i głupich elit które doprowadziły do katastrofy a teraz obłudnie mówią że jak ich się odsunie od władzy to będzie gorzej. Złodziej krzyczy łapaj złodzieja. Wojna na Ukrainie w której zginęło setki tysięcy ludzi, otwarte granice przez które napływają miliony imigrantów, zielone łady które rujnują gospodarki krajów Zachodu to też Trump? No chyba nie. Ale to on wedlug was, jest ten zły.
Da, paniali, to te amierikańskie elity co napadły biedną Andrzejową Rosję mówią że jak się ich odsunie od władzy. Ale te co napadły biednego Wowę wtedy przecież już są posunięte. To co teraz zostało w R-Kongresie, zostało bo zostało ocenione przez wodza Ameryki jako uległa mierzwa. Chyba bezbłędnie.
Co do Trumpa: dla Europy jest bardzo bardzo dobry. Lepszego prezentu od Rosji nie można było sobie wymarzyć. Powinniśmy stawiać na cokołach krasnale Putinowi, że tak dobrze mu Trump wyszedł. Gdyby wasz car miał cierpliwości pociągnąć swą korupcję jeszcze te dziesięć lat, to miałby w kieszeni nie po jednej czy dwóch partii w krajach EU, ale miałby je wszystkie. I miałby Europę po taniości.
Nie wymyślaj głupot. I przestań mówić tym idiotycznym slangiem.
Kto obalił Janukowycza? Tylko nie piep.. że Ukraińcy. Zrobili to Obama z Bidenem i Nuland w 2014r. wykorzystując do tego ukraińskich nacjonalistów. Sama zresztą o tym mówiła, że Majdan kosztował ich 5 miliardów dolarów i to była dobra inwestycja. A potem to już poszlo, zamachowcy pozbawili praw połowę ludności, rozpętali wojnę domową i zaczęli krwawe czystki mordując 16 tysięcy ludzi na wschodzie Ukrainy. (Leszek Miller to przyznał parę dni temu). I dopiero w tym momencie Rosja się włączyła w tą awanturę, zajmując Krym że swoimi bazami. Gdyby wtedy Putin nie był takim kunktatorem to by dobił banderland małym kosztem i dzisiaj nie byłoby tej jatki.
Q.E.D.
Podobno, kiedy Trump dawno temu rozważał wejście w politykę mówił, że zrobi to w ramach Partii Republikańskiej ponieważ „oni są głupsi”. Historia nam przypomina, że nie ma ludzi jednocześnie wystarczająco mądrych i wystarczająco sprawczych, którzy mogliby zapobiec katastrofom wydarzającym sie dość regularnie i w gruncie rzeczy dość przewidywalnym. Przewidywalnym, ponieważ są efektami końcowymi ciągów przyczynowo-skutkowych. Można próbować rozumieć obecną reakcję polityków na działania Trumpa tłumacząc to ich wiedzą na temat przyjętej recepty na sanację Stanów Zjednoczonych. Wielu postronnych obserwatorów zauważa jednak, że „mieć wiedzę” nie oznacza „rozumieć dogłębnie”. Ja mam wrażenie, że w polityce obecnej administracji ważną, niestety, rolę odgrywa tradycyjnie amerykańska ignorancja, obecna szczególnie w amerykańskim interiorze, źródle siły Donalda Trumpa. Być może ta sama ignorancja stoi u podstaw przyjętego programu polityczno-gospodarczego. Tak, czy inaczej, jesteśmy świadkami przyspieszonego upadku mocarstwa ze wszystkimi tego konsekwencjami.
No proszę, i mamy putinowskiego trolla wśród dyskutantów. Niezły okaz. Ciekawe, gdzie się wyhodował.
Kiedyś to byli głównie bezprizorni hodowani przez państwo na zimno. Inteligentni i niebezpieczni. Teraz – na szczęście – to głównie czwarte pokolenie heredytarnych kagiebistów. Wychowane w luksusach, chłonące Zachód od dziecka, i od tegoż dziecka rozchwiane dysonansem poznawczym.
Żałosny jesteś z tym oskarżaniem o bycie „putinowskim trollem”. Niesamowite że ludzie uważający się za „mądrych i wykształconych” jedyne co potrafią wymyślić, to taką durnotę. Dlatego jesteście coraz bardziej znienawidzeni.
„Ale musi być wśród nich więcej tych, którzy boją się czegoś innego: tego, jak historia ich oceni, jeśli teraz nie zabiorą głosu wobec tego aktu bezmyślnego wandalizmu wobec kraju, który przysięgali chronić.”
*
Gdyby tacy ludzie byli posród senatorów czy kongresmannów republikańskich to Trump i jego MAGA nie zdominowaliby tej partii. Prezydent republikański, gdyby takiego wybrano, zamiast Trumpa, prawdopodobnie relizowałby podobne cele w sposób zachowujący powagę, siłę, prestiz i soft-power USA. Obawiam się, że takich ludzi tam nie ma lub jest ich tak niewielu, że ich głos jest nieistotny dla opinii publicznej. Określenie senatora republikańskiego mianem „myśliciela i decydenta” jest w istniejacej sytuacji wyjatkowo trafnym sformułowaniem, jak na kategorie groteskowe. Parafrazując starą anegdotę: jaki kraj taki Neron.
„Jaki kraj taki Neron” – to się samo narzuca, też tak samo pomyślałem, gratuluję pierwszeństwa w opublikowaniu tego celnego bon motu w kontekście Trumpa.
Dziękuję. Neron przyszedł mi do głowy nie od razu. Najpierw napisałem: jaki kraj taki Kaczyński. Po krótkim namyśle zastąpiłem go Neronem, ponieważ onże był od JK pod każdym względem większy – abstrahując od wzrostu. Pouczający jest ostateczny los Nerona…