- Chińczycy hurtowo kradną Zachodowi technologie, które potem albo będą mu sprzedawać, albo przeciwko niemu i innym użyją, lub użyciem postraszą (broń).
- Putin porzucił wszelkie pozory, opozycjonistów wystawia w szklanych klatkach, i wreszcie nie na żarty przestraszył nawet tych, którzy, jak Gary Kasparow, do tej pory wierzyli, że ich osobisty prestiż i pozory legalizmu o jakie zadba Kreml, ochronią ich przed represjami.
- Autokrata z Ankary systematycznie rozmontowuje twór Ataturka, sekularną Turcję, i swym przeciwnikom co i raz grozi, że spuści na nich gniew oddanych mu islamistów z biednej Anatolii, a świat wyraża delikatną nadzieję, że jakoś się dogada w sprawie parku i alkoholu.
- Rzeźnik z Damaszku sięga po gaz do rozprawy z opozycją, a ta morduje nastolatka na oczach jego rodziców, bo gówniarz nie jest dość religijny.
- W Iraku wszyscy rżną wszystkich i okazuje się, że po wyjściu Amerykanów terror nie ustał, a wręcz przeciwnie (inna sprawa, ile w tym winy samych Amerykanów).
- W Nigerii, aspirującej do roli afrykańskiego mocarstwa, armia próbuje zaprowadzić porządek, paląc wsie i wrzucając do ognia niemowlęta z podejrzanych o współpracę z opozycją domostw.
- W Iranie, jeden z ojców rewolucji, i były prezydent, okazuje się się zbyt liberalny, aby zostać dopuszczonym do kandydowania w wyborach prezydenckich.
Każdy z tych tematów to tragedia lub zalążki nieszczęścia o globalnych konsekwencjach. Ale żeby o tym pisać, trzeba odrobinę wiedzy, odrobiny kręgosłupa i trochę jaj. A na tym odcinku występują deficyty, i wśród polityków i wśród mediów. Media mają zresztą nową zabawkę, którą cieszą się jak dzieci: „największa inwigilacja w historii”, i nowego bohatera, który wprawdzie gotów jest stawić czoła wymiarowi sprawiedliwości w swym kraju, ale uciekł do Hong Kongu i ma nadzieję, że go Chińczycy ojczyźnie nie wydadzą.
Jedni pomstują, że spełniła się wizja Orwella i Wielki Brat nie da nam swobodnie odetchnąć, inni, że to koniec demokracji i w ogóle kryminał, część struga głupa, a większość nie ma pojęcia, o czym gada. Bo program, który ściągnął takie gromy na rząd Ameryki – po pierwsze został wiele lat temu przyklepany przez Senat USA, w związku z tym święte oburzenie części senatorów z lewa i prawa świadczy albo o tym, że śpią, albo nie kumają, co zatwierdzają. Po drugie, National Security Agency, odpowiedzialna za zbieranie wszelkich nasłuchów i podsłuchów, gromadzi wprawdzie co się da z naszej wymiany korespondencji , ale nie zagląda do emaili przeciętnego Smitha i Kowalskiego, nie interesuje jej wymiana zdań między wujem Heniem i ciocią Zenią. Interesuje ich natomiast, gdy gość poza granicami Stanów, podejrzany o terror, koresponduje z kimś zawzięcie. Wtedy występują w ramach przewidzianej prawem procedury do sędziego o zgodę na prześwietlenie korespondencji. Szef NSA twierdzi, że te działania uchroniły świat przed kilkunastoma atakami terrorystycznymi. Można oczywiście założyć, że łże jak bura suka, a naprawdę czyta po kryjomu romanse i narzekania. Ja mu wierzę. Taki jestem naiwniak.
Ludzie z jednej strony cenią sobie ponoć niesłychanie prywatność, ale z drugiej strony sukces Facebooka to dowód, że wszystko prawie chcą pokazać, nawet gdy po pijanemu obmacują cudze żony. Uważam, że święcie oburzeni powinni w akcie protestu przestać używać Googla, Facebooka, Twiterra, dać sobie spokój z emailem, i wrócić do pisania listów, bo te mniej NSA interesują. Ja nie mam niczego do ukrycia, i jeśli szpiony chcą znać mój przepis na nóżki w galarecie, albo co sadzę o pośle P., albo ministrze G., to proszę bardzo, niech podglądają.



To bardzo rozsądny głos. Myślę tak samo. Szkoda, że zdrowy rozsądek w deficycie nad Wisłą i trzeba go eksportować z Kalifornii. No ale właściwie to głos stąd więc niepotrzebnie się czepiam, boć to głos nadwiślański przecie.
To, czy nie ma Pan nic do ukrycia, trzeba jednak sprawdzić. Na przykład wypełni Pan ankietę lustracyjną, taką jaką przygotował swego czasu rząd PiS przy wsparciu PO. Napisze Pan, czy miał Pan w przeszłości jakieś podejrzane kontakty, nawet jeśli wtedy nie zdawał Pan sobie sprawy, że osoba z którą się Pan kontaktuje może być podejrzana, ale teraz ma Pan wątpliwości. Dzielni oficerowie przejrzą tę ankietę. Bardzo im będą w tym pomocne rejestry Pańskich maili, kontaktów, stron które Pan odwiedzał. Jak będą mieć wątpliwości, to zatrzymają Pana na jakiś czas – nie powinien Pan mieć nic przeciwko temu, bo to dla naszego wspólnego dobra, ot wyjaśni się pewne niejasności. Sam Pan przecież twierdzi, że nie ma nic do ukrycia, więc nie będzie Pan utrudniał pracy naszym wspaniałym służbom.
Więźniowie w Guantanamo siedzą sobie od wielu lat i czekają na procesy, a wielu z nich nawet nie postawiono żadnych zarzutów, ale mieli nieciekawych znajomych albo przebywali w nieciekawych miejscach.
Zarówno rząd USA jak i rząd PiS (a i parę innych rządów) chciały tylko Pańskiego dobra i zapewniały że niewinni nie mają czego się obawiać.
Niedawno Obama próbował ograniczyć Amerykanom dostęp do broni. Spotkał się z oporem. Szef stowarzyszenia miłośników broni powiedział, że najlepszą obroną przed złym człowiekiem z pistoletem jest dobry człowiek z pistoletem. Ciekawi mnie, jak on rozpoznaje dobrego człowieka?
Pan ma jakąś metodę na rozpoznanie, kto z tych, którym chce Pan dać uprawnienia do kontrolowania nas, jest dobrym człowiekiem o czystych intencjach?
E, chyba sens felietonu był nieco inny.
Ja odebrałem to raczej jako brak akceptacji czegokolwiek, co oferuje nam nowy, wspaniały świat. Mnie też go trudno zaakceptować.
Ale, z drugiej strony, czy kiedykolwiek było inaczej? Tylko technologie się zmieniają.
Proszę przypomnieć sobie przypadek Karlsruhe. Jako jedno z nielicznych miast Rzeszy miało zachowane archiwum Gestapo. Dzięki niemu okupujący Amerykanie odkryli, że w tym całkiem dużym mieście wystarczyło 7 agentów… Głównie zajmowali się segregacją i analizą donosów obywatelskich.
A jednocześnie Niemcy nigdy nie czuli się tak szczęśliwi, jak za czasów Hitlera. Ja nie uważam Niemców za lepszych, czy gorszych od innych narodów. Nie widzę różnicy moralnej między entuzjazmem Frau Hilde na wiecu z Hitlerem, a zachwytem mojej siostry nad Prezesem.
Człowiek – to nie brzmi dumnie.
Panie Andrzeju,
po przeczytaniu pana tekstu mam wątpliwości proszę je rozwiać w miarę możliwości. Na poczatku wylicza pan szereg rezimów autorytarnych, później przechodzi do porządku dziennego nad kwestia podeptania ochrony prywatności i tajemnicy korespondencji w USA. Stąd pytanie czy wierzy pan, że dobrze broni pan amerykańskiej demokracji przed upodobnieniem się do reżimów, które na początku pan wyliczył? Czy świadomy i współpracujący obywatel w demokratycznym społeczeństwie, który ma zaufanie do własnego państwa nie jest lepszym gwarantem eliminacji ekstremizmów, a więc i podłoża terroryzmu? PS.: Z polskiego doświadczenia: służby łatwiej rozbudowć i rozzuchwalić niż później zredukować czy poddać rzetelnej kontroli.
Pozdrawiam i liczę na celną replikę.
Panie Mikołaju,
Obawiam się, że w krótkiej formie jaką rządzi się ten portal nie zdołam rozwiać Pana wątpliwości – może nie zdołałbym ich rozwiać nawet bez ograniczeń czasowych i przestrzennych. Zwłaszcza jeśli Pan uważa, ze system amerykański zmierza w kierunku Iranu lub Rosji. Jak wspomniałem, system kontroli korespondencji obwarowany jest szeregiem zabezpieczeń – nadzór sądowy i parlamentarny. Warto pamiętać, czemu to służy. I proponowałbym inne pytanie: załóżmy że bin Laden, gdyby jeszcze żył, czy inny znany terrorysta, komunikuje się drogą radiową, telefoniczną, bądż emailową z kimś w Ameryce, Afryce czy Europie – czy w imię ochrony tajemnicy korespondecji zrezygnowałby Pan z dotarcia do jej treści? A gdyby potem okazało się, że wynikiem tej korespondencji jest akt terroru i ginie sto osób, tłumaczyłby się Pan, że wprawdzie wiedział Pan o istnienu tej korespondencji to przecież chroni ją tajemnica? Czy też może nie interesowałaby Pana korespondencja terrorysty, bo po co, skoro dostępu do niej chroni prawo? Jak Pan sobie wyobraża walkę z terroryzmem, jeśli wyklucza ona podsłuch? Czy policja powinna mieć zakaz nagrywania rozmów gangsterów, a sąd nie dopuszczać takich dowodów? To są pytania jakie warto sobie zadać, moim zdaniem, zanim zaczniemy formułować obawy, że Ameryka czy W. Brytania wstąpiły na ścieżkę wiodącą do totalitaryzmu.
Panie Andrzeju, nie odrzucam pana argumentów. Obawiam sie jedynie, że skuteczna walka z terroryzmem wymaga nie tylko skutecznego działania służb kontrwywiadowczych, ale również (tak jak w przypadku walki z partyzantką) na odcieciu go od zaplecza – jego pożywki. BIEDA MATERIALNA i UMYSŁOWA są rzeczywistymi źródłami terroryzmu. Jestem zdania, że problemy powinno się zwalczać u ich źródeł. Nie wydaje mi się, że dalsze poszerzanie możliwości inwigilacji obywateli przez służby jest jedyną i najlepszą metodą w walce z terroryzmem. Wręcz przeciwnie. Zapewne nie jesteśmy jeszcze na tym etapie i przez najbliższych kilkanaście lat jeszcze nie będziemy, ale w pewnym momencie zdarzyć się może i tak, że rozdęte do granic przyzwoitości służby same zaczną prowokować akty tak by uzasadnić swoje istnienie i wydatki. Czy wie pan jakimi budżetami dysponuja takie instytucje? Czy daje pan głowę, że agencje nie będą domagać się kolejnego poszerzenia swoich kompetencji kosztem naszych konstytucyjnych praw?
@Mikołaj Czuba:
„BIEDA MATERIALNA i UMYSŁOWA są rzeczywistymi źródłami terroryzmu” — zasadniczy błąd. Proszę powrócić do inoformacji o Bin Ladenie ( rodzina i powiązania ) czy choćby do Czerwonych Brygad czy Frakcji Czerwonej Armii. To nie bieda i ubóstwo umysłowe lecz fanatyzm i brak szacunku dla życia i zdrowia innych ludzi usprawiedliany walką o idee ( z reguły durnowate są źródłem terroryzmu.
„Stąd pytanie czy wierzy pan, że dobrze broni pan amerykańskiej demokracji przed upodobnieniem się do reżimów, które na początku pan wyliczył?”
Amerykańska demokracja nie różni się zasadniczo od „reżimów”. Chyba dosyć dosadnie pokazała to wojna w Iraku?
Ma on tylko inne cele i inne możliwości techniczne.
Tylko dawne, naiwne wyobrażenie Polaków o Amerykanach, którzy z Andersem na białym koniu przyjdą i wyzwolą, zaburza naszą perspektywę oceny teraźniejszości.
@Andrzej Lubowski
Włączę się do wymiany zdań między Panem i Panem Czubą.
Trzeba, moim zdaniem, rozróżnić między działalnością wywiadowczą, która i tak ma miejsce i nie wymaga nowych ustaw, a inwigilacją obywateli. W ramach tej pierwszej ustalono miejsce pobytu bin Ladena. W ramach tej drugiej łatwo może dojść do nadużyć.
Nie odpowiedział Pan na moje uwagi, rozumiem że Guantanamo uważa Pan za coś koniecznego, bo a nuż w ten sposób dowiemy się coś o zamierzonych atakach terrorystycznych. Ale to Guantanamo może się zrealizować wszędzie, trzeba tylko zgody na wprowadzenie nadzwyczajnych ustaw. Te ustawy nie tylko ułatwiają walkę z terroryzmem, ale częściej walkę z przeciwnikami politycznymi. W krajach, które Pan wymienił na początku artykułu, bardzo łatwo stosuje się lub będzie stosowało takie metody inwigilacji.
Co do amerykańskiej demokracji, podzielam w dużym stopniu zdanie Incitatusa – to sprawa celów i możliwości technicznych.
@PIRS
Nie odpowiedziałem na Pańskie uwagi, i nie sądzę, aby wisiał nade mną taki obowiązek. Ale ponieważ Pan się upomina, i twierdzi, że rozumie co uważam za słuszne, a co nie, to spieszę donieść, że się Pan myli. Guantanamo uważam za bląd i nie widzę logicznego związku między Guantanamo a tym co robi NSA, zakładając że czyni to, do czego się przyznaje i co jej zarzuca dzielny kontraktor z Booz Allen. Zgadzamy się jedynie co do tego, że w ramach inwigilacji obywateli „łatywo może dojść do nadużyć”. Pytanie co jest inwigilacją. To co Pan uważa za inwigilację NSA uważa za działanie wywiadowcze i antyterrorystyczne. Gdy otwiera Pan stronę Studia Opinii na górze ukazuje się tekst: Ważne: „nasza strona wykorzystuje pliki cookies”. To już inwigilacja, czy jeszcze nie?
Widać nie byłem dostatecznie przekonujący w swojej argumentacji, skoro do Pana nie trafiła. Tylko krótko odpowiem: Guantanamo to nie jest taki sobie błąd. To świadectwo tego co może zrobić władza kiedy dostaje ograniczające demokrację uprawnienia.
Uprawnienia inwigilacyjno-wywiadowcze władze mają już od dawna. Oczywiście że jesteśmy inwigilowani od dawna. Już od kilkudziesięciu lat nagrywane są wszelkie formy elektronicznego przekazu informacji, szczególnie wojskowej i ekonomicznej, i nawet się tego nie ukrywa.
Problemem jest akceptacja ograniczeń praw w imię „wyższej konieczności”. Pokazałem tylko jeden, choć nadzwyczaj wymowny przykład, a także próby wykorzystania przez władze do własnych celów narzędzi kontrolujących sferę prywatną ludzi.
PS Rozśmieszyło mnie Pańskie zapewnienie, że nie ma Pan nic do ukrycia. To argument władz dążących do autorytaryzmu: Ten, kto nie ma nic do ukrycia, nie powinien się niczego obawiać. Następne pytanie brzmi: Co, nie macie do nas zaufania?
I pomyśleć, że są tacy co kochają ludzi, ba, nawet ludzkość.
Skoro mój głos był pierwszy to może być i 12-ty. Nie sądzę by Andrzej Lubowski potrzebował mego wsparcia. Jednak chciałbym zauważyć, że zastrzeżenia pod wpływem USA powinny być równoważone zastrzeżeniami listy krajów które Andrzej słusznie wymienił. Podobnie dzieje się z Izraelem. Każde łamanie prawa przez to państwo wyzwala lament oburzenia, ale (nie jestem bezkrytyczny wobec polityki tego kraju), jednak zwracam uwagę na proporcję. Mordowanie i to w dużych ilościach w innych częściach świata (a nawet i tej samej) takiej energii nie wyzwala…