K… – to jedno z najczęściej używanych dziś słów, nawet w telewizji, w wykonaniach niby artystycznych, często teatralnych. Gdyby jeszcze był to termin stosowany za egzegezą prof.Aleksandra Krawczuka, który objaśniał kiedyś w „Życiu Warszawy”, że kur czyli kogut, rządził w stadzie podległymi mu kurami czyli kurwami!… Ale mamy do czynienia nie ze staropolszczyzną, lecz z językiem kapralskim, rynsztokowym, knajackim.
W „Hybrydach” podeszła do malarza Piotra Kononowicza sufrażystka z niezapalonym, papierosem w długiej fifce i zapytała:
– Czy w tym towarzystwie są dżentelmeni?
– Nie, kurwa, sami ch… – odpowiedział, przy czym ch… co do swej pisowni użyty został według egzegezy Roberta Stillera, publikowanej kiedyś w „Życiu Warszawy”. Nie przez „h”. HWDP pisane jest na murach z błędem ortograficznym i Policja, której to dotyczy, nie ma się czym przejmować.
Kiedyś użycie jednego czy obydwu przytoczonych tu słów w towarzystwie kobiet była nie do pomyślenia. Dziś przerzucają się nimi publicznie czternastolatki.
Telewizja schamiała i uczy chamstwa odbiorców. Lub na odwrót – nauczyła się chamstwa od odbiorców. C… pojawił się na końcu i jednej i drugiej drogi, bo ma dużą siłę przebicia.
Skoro kląć można w telewizji, to można i w teatrze. „Krum”, „Kronos”, „Szalbierz” i „Pożar w Burdelu” to ostatnie przykłady plugawych wrzasków.
Bronią się jeszcze tylko dwa obszary publiczne, gdzie – póki co – k… i ch… nie słychać. Wiece polityków i kazania biskupów. Co by się stało, gdyby kandydatka na prezydenta zawołała: – głosujcie na mnie, złamasy! I gdyby kapelan złodziei samochodów ryknął: na kolana, ch…?
Krzysztof Mroziewicz



Dziennikarka z wiązanki „kwiat dziennikarstwa polskiego”, a przynajmniej za taką się uważająca, w rozmowie z prezydentem rzuca mu w twarz: „wszyscy są wkurzeni”. Pomijając trafność i głębię spostrzeżenia (ja akurat się nie „wkurzam”, moi znajomi też nie, a więc jednak nie wszyscy), prostackość języka mnie razi. Jeszcze nie wulgarność. Jeszcze nie. Ale to i tak żaden kwiat. To chwast.
K…a i ch.j uzywane jako znaki przestankowe są wyraem głebokiej bezradności osób które je stosują wobec zjawisk współczesności. W ten sposób dodają sobie animuszu, powagi, uznania, szacunku…? i czego tam jeszcze. W istocie to jezyk, który zaciemnia komunikację. Bo częstotliwośc i kontekst używania takich „znaków przestankowych” pwoduje, że przekaz jest nieczytelny, niezrozumiały a przede wszsytkim niestrawny. Ta niestrawnośc odbija się czkawką nam wszystkim, aż uszy więdną…