23.05.2026
Polska polityka przypomina dziś rodzinny obiad, podczas którego wszyscy siedzą spięci, ponieważ od humoru jednego wujka zależy, czy skończy się na rosole, czy na rzucaniu talerzami. Tyle tylko, że tym razem tym wujkiem jest Donald Trump, a talerzami są amerykańskie brygady pancerne.
Jeszcze kilka dni temu Polska żyła przecież w atmosferze geopolitycznej telenoweli. Pentagon coś wstrzymywał. Ktoś coś odwoływał. Generałowie latali po Europie jak kierownicy sieci sklepów próbujący uspokoić klientów po plotce o bankructwie. Polscy ministrowie dzwonili do Waszyngtonu z intensywnością telemarketerów sprzedających garnki emerytom. W telewizjach eksperci marszczyli czoła i mówili tonem księży podczas pogrzebu demokracji, że sytuacja jest „dynamiczna”.
A potem Donald Trump obudził się rano, spojrzał zapewne na własny pomnik stojący gdzieś w lustrze łazienki i postanowił wysłać do Polski pięć tysięcy żołnierzy.
I nagle w Polsce wybuchła fiesta.
Karol Nawrocki niemal natychmiast ogłosił światu, że stoi na straży bezpieczeństwa Polski i całej Europy. Kiedy czytam te jego wpisy, zawsze mam przed oczami człowieka stojącego samotnie na murach Westerplatte, podczas gdy za plecami gra orkiestra wojskowa, a z nieba spadają biało-czerwone konfetti.
Nawrocki od dawna wygląda jak polityk, który każde spotkanie traktuje jak finałowy odcinek serialu patriotycznego. Nawet gdy mówi o relacjach międzynarodowych, brzmi tak, jakby za chwilę miał wyciągnąć szablę i ruszyć konno na Brukselę.
Ale tym razem przeszedł samego siebie.
Dziękował Trumpowi za przyjaźń wobec Polski z taką czułością, jakby amerykański prezydent właśnie uratował mu rodzinny sad przed gradobiciem. Człowiek czytał te słowa i miał wrażenie, że zaraz pojawi się wzruszająca muzyka oraz plansza „na podstawie prawdziwych wydarzeń”.
Najbardziej zabawne było jednak to, co wydarzyło się wokół.
Czarnek natychmiast ogłosił „gigantyczny sukces”. W przypadku Czarnka wszystko jest gigantyczne. Gdyby jutro amerykański ambasador zjadł w Warszawie pierogi ruskie i powiedział, że były smaczne, Czarnek zapewne ogłosiłby „gigantyczny triumf polskiej myśli kulinarnej w świecie euroatlantyckim”.
Morawiecki również ruszył do boju z miną człowieka, który właśnie osobiście wynegocjował pokój na Bliskim Wschodzie podczas przerwy na kawę. Morawiecki ma niezwykły talent do wyglądania jak bankowiec, który jednocześnie sprzedaje kredyty hipoteczne i opowiada bajki o narodowej potędze.
Przydacz pisał o wymiernych rezultatach i poważnej polityce z takim namaszczeniem, jakby właśnie odbierał Nagrodę Nobla za odkrycie Atlantyku.
A nad tym wszystkim unosił się oczywiście Trump.
Pomarańczowy cesarz chaosu.
Człowiek, który prowadzi politykę międzynarodową tak, jakby zarządzał reality show o milionerach budujących pola golfowe na ruinach demokracji. Trump nie podejmuje decyzji. Trump robi widowiska. Gdyby mógł, ogłaszałby operacje wojskowe podczas przerw reklamowych między konkursami jedzenia hamburgerów.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że bezpieczeństwo Polski zaczęło momentami wyglądać jak efekt humoru jednego człowieka siedzącego w Waszyngtonie z telefonem w ręku.
To jest dopiero groteska XXI wieku.
Państwo liczące prawie czterdzieści milionów ludzi, kraj wydający miliardy na obronność, kupujący amerykańskie czołgi, samoloty i rakiety, budujący magazyny sprzętu i bazy wojskowe, siedzi nagle przy stole historii i patrzy nerwowo, czy Donald Trump nie zmieni zdania po śniadaniu.
Czy bezpieczeństwo Polski naprawdę ma dziś zależeć od nastroju człowieka, który potrafi obrazić pół świata jednym wpisem napisanym między golfem a hamburgerem?
To pytanie powinno wywoływać poważną debatę. Tymczasem u nas wywołuje głównie patriotyczny festiwal samozachwytu.
Polska prawica zachowuje się momentami jak grupa kibiców, którym udało się zrobić wspólne zdjęcie z właścicielem kasyna w Las Vegas i którzy teraz są przekonani, że zostali światowymi finansistami.
Trump tymczasem patrzy na Europę jak biznesmen na tabelkę w Excelu. Dziś wysyła żołnierzy. Jutro może ich wycofać. Dziś chwali Polskę. Jutro może obrazić NATO, Niemcy, Kanadę i własnych doradców w jednym wystąpieniu.
I właśnie dlatego cała ta sytuacja jest jednocześnie śmieszna i niepokojąca.
Śmieszna, ponieważ Nawrocki oraz jego otoczenie zachowują się tak, jakby Karol własnoręcznie zatrzymał rosyjskie czołgi na granicy i jeszcze zdążył w przerwie zadzwonić do Trumpa.
Niepokojąca, ponieważ w tle tego kabaretu naprawdę trwa wojna za naszą wschodnią granicą.
Rosja nadal pozostaje agresywnym państwem zarządzanym przez człowieka przypominającego mafijnego emeryta, który odkrył, że może straszyć świat atomową walizką.
Europa jest zagubiona. NATO bywa nerwowe. Ameryka coraz bardziej przypomina imperium zmęczone własną wielkością.
I wtedy właśnie pojawia się polska prawica. Cała na biało. Z triumfalnymi wpisami. Z patriotycznym uniesieniem. Z minami ludzi przekonanych, że właśnie rozmawiali telefonicznie z samą historią.
Patrzę czasem na ten cały spektakl i mam wrażenie, że PiS od dawna nie uprawia polityki, tylko niekończący się teatr narodowego samozadowolenia. W tym teatrze zawsze ktoś ogłasza sukces. Zawsze ktoś dziękuje Ameryce. Zawsze ktoś mówi o honorze i bezpieczeństwie.
A potem przychodzi kolejny komunikat z Waszyngtonu i wszyscy znowu wpadają w panikę.
Bo największym problemem współczesnej Polski jest może właśnie to, że próbujemy budować poczucie bezpieczeństwa na emocjach, kaprysach i politycznych widowiskach.
A imperia mają to do siebie, że nie kochają nikogo.
Imperia liczą.
I dlatego człowiek patrzy dziś na Trumpa, Nawrockiego, Czarnka i ten cały patriotyczny kabaret z dziwnym uczuciem. Trochę śmiechu. Trochę wstydu. Trochę niepokoju.
Bo kiedy bezpieczeństwo państwa zaczyna przypominać sezon serialu politycznego na platformie streamingowej, człowiek nagle zaczyna tęsknić za nudą.
Nawet bardzo nudną dyplomacją.
Felieton inspirowany doniesieniami o chaosie wokół decyzji administracji Donalda Trumpa dotyczących wojsk.
Krzysztof Bielejewski
