Piszę te kilka zdań wspomnień, kiedy dociera do mnie wiadomość, że władze Ochoty, mojej rodzinnej dzielnicy, chcą „ustroić” powstające na miejscu Hal Banacha centrum handlowe nazwą miejsca, które w mojej pamięci zasługuje raczej na ciszę, pochylenie głowy i zadumę nad dramatem wydarzeń , których było świadkiem.
Mieszkałam z Rodzicami w czasie wojny w nowo wybudowanym domu na rogu Grójeckiej i Słupeckiej. Okna narożnego pokoju stołowego wychodziły na obecny dom akademicki na Placu Narutowicza, w czasie wojny zajęty na koszary, głównie jednostek gestapo. Tak liczne zgrupowanie wojska na Ochocie zadecydowało w znacznej mierze, że walki powstańcze zostały przez Niemców bardzo szybko opanowane. Po dziesięciu dniach powstania spędzonych w piwnicy, wrzaskiem i popychaniem wygnano nas na podwórko i uformowano kolumnę obstawioną wojskiem. Miałam wówczas zaledwie cztery i pół roku, toteż moja dziecięca pamięć nie utrwaliła egzekucji mieszkańców sąsiedniej kamienicy, a jedynie uciekającą ofiarom gęś, tak jak nie pamiętam egzekucji niesprawnych współmieszkańców naszego domu, a jedynie rozstrzeliwanie psów, naszych towarzyszy zabaw na podwórku, zakłócających ordnung formowanej kolumny.
Był 10 dzień upalnego sierpnia. Byliśmy jedną z pierwszych grup wygnańców warszawskich. Całą drogę od domu na Zieleniak niosła mnie na rękach moja mama, która była w zaawansowanej, bliźniaczej ciąży. Ludzie porzucali bagaże, bo musieli trzymać ręce podniesione do góry. Mama, trzymając mnie na rękach nie mogła rąk podnieść i prosiła, żebym ja je podniosła – odmówiłam i to mi zostało do dzisiaj. W rozmowach rodzinnych prowadzonych po latach rodzice wspominali, że w tej tragicznej kolumnie ludzie zachowywali jeszcze swoje identyfikacje: ostrzegali się, wymieniali pełne przerażenia obawy (przecież przed chwilą stracili sąsiadów) pomagali sobie (szczególnie mojej mamie), mimo dramatycznej sytuacji wiązały ich różne zażyłości sąsiedztwa: pani Zofii z trójki, inżyniera spod siódemki, czy małej dziewczynki Jadzi z parteru. Zachowywali jeszcze swoje miejsca w sąsiedzkiej wspólnocie. Przepędzenie ich na niedawny rynek, zawalony resztkami straganów i gnijących resztek towarów był pierwszym etapem zejścia do piekła. To kim byli, pozostawili za ogrodzeniem strzeżonym przez niemieckich strażników, o tym kim stąd mieli wyjść decydowała ślepa wola tych, którym powierzono funkcje dozoru nad spędzonym tłumem – opitych alkoholem i żądzą zdobyczy własowskich żołdaków. Mój brat, wówczas jedenastolatek, przypominał, że przy przekraczaniu granicy obozu trzeba było pokonać rosnący próg usypany z kluczy. To dowód porzucanej racjonalności: nadzieja, że gdy „oni” nie będą mieli kluczy, to nie ograbią mi mieszkania. Na okrucieństwo strażników mniej byli narażeni ci, którzy niczego nie mieli: pierścionków na opuchniętych palcach – bo takim obcinano ręce, wisiorków i medalików na szyi – bo takie zrywano bez ich rozpinania, dziewczęcej kobiecości, bo takie gwałcono. Zieleniak, bo to miejsce wspominam, był dla relatywnie nielicznych zakończeniem życia, ale dla wszystkich miejscem odzierania ich z ludzkiej godności. Zstąpieniem do piekła.
Ktoś, kto chciałby wspomnienie tego miejsca zawarte w jego nazwie wykorzystać dla celów komercyjnych wykazuje bądź brak znajomości najnowszej historii naszego miasta, bądź elementarny brak wrażliwości. Zieleniak to istotnie miejsce przedwojennego i wojennego targu, na które okoliczni rolnicy, do chwili wybuchu Powstania, zwozili swoje produkty. Tragiczna zmiana jego funkcji w czasie powstańczej tragedii budzi w pamięci Warszawiaków grozę i bolesne wspomnienia. Słowo Zieleniak i miejsce, które oznacza, zasługuje raczej ( jak wspomniałam wcześniej) na ciszę, pochylenie głowy i zadumę nad dramatem wydarzeń, których było świadkiem.
Elżbieta Skotnicka- Illasiewicz



A może da się na to spojrzeć bardziej optymistycznie? Dzięki nadaniu nazwy centrum handlowemu nie mającemu nic wspólnego ze znaczeniem tego słowa w jęz. polskim, młodzi ludzie nie znający miejsca i jego historii zapytają dlaczego taka nazwa i dowiedzą się co nieco.