Jerzy Łukaszewski: Trzeci dzień świąt

kartkasw2212015-04-04.

Jako miłośnik rodzimych tradycji pokładam nadzieję w Jerzym Kropiwnickim, że w swym chrześcijańskim zapale wywalczy nam w końcu trzeci dzień świąt Wielkiejnocy, wolny od pracy, za to pełen obchodów, które zanikły, a dziś byłyby jak znalazł. To nie do końca żart, bo rzeczywiście trzeci dzień Świąt był kiedyś obchodzony, miał przypisane sobie zwyczaje i zachowania, które dziś tak chętnie nazywamy „wiochą” jednocześnie z cielęcym zachwytem adaptując na nasz grunt „światowe” zwyczaje w postaci np. Halloween.

Pełen nieprawdopodobnych kompleksów polski „patriotyzm” każe przyjmować bezkrytycznie wszystko co obce, a odrzucać to co mamy własnego, choćby różnica jakości była jak 100 do 1 na korzyść naszych tradycji.

Tak się dzieje np. z muzyka ludową, gdy organizujemy w Polsce festiwal muzyki country, w rzeczywistości dość jednostajnej, by nie rzec – nudnej w dłuższym słuchaniu, a jednocześnie histerycznie odrzucamy wszystko co kojarzy się z polska muzyką ludową, po wielokroć bogatszą pod każdym względem.

Ale wracajmy do Świąt.

Wielkanoc to najważniejsze święto chrześcijańskie, co uargumentował celnie św. Paweł, a jednoczenie święto, które na polskim pogańskim gruncie  przyjęło się stosunkowo łatwo i bezproblemowo.

Widać to po ilości zwyczajów, które obrosły to święto, zwyczajów ewidentnie przedchrześcijańskich, splecionych z Wielkąnocą tak ściśle, że podejmowane w przeszłości próby ich likwidacji nie przyniosły najmniejszego efektu. Podobnie jak próby zbyt daleko idącej ich adaptacji na religijny grunt.

Słowianie byli ludem rolniczym, a więc wszelkie święta agrarne zawsze były dla nich ważne. M.in. te związane z porami roku i ich następstwami.

Cóż więc łatwiejszego, niż mentalne powiązanie zmartwychwstałego Chrystusa, będącego ponoć życiem, jak twierdzili książę i kapłani nowej wiary z radością z odradzającego się życia każdej wiosny, którą to radość wyrażali „od zawsze” i w szczególny sposób?

To jest wg mnie powodem, że Wielkanoc przyjęła się wśród części Słowian stosunkowo szybko i bez bólu, w odróżnieniu od innych, narzuconych im przez władcę nowości.

Dziś bawić mogą podejmowane próby przeniesienia starych zwyczajów na grunt chrześcijańskiej teologii, jak próbowano to zrobić np. z jajkiem. Sam Długosz usiłował tłumaczyć, że „jak kura daje życie dwa razy, raz – znosząc jajko, dwa – wysiadując je, tak Bóg stwarza nas dwa razy, raz dając życie, dwa – prowadząc je drogą Prawdy”.

No cóż – starał się jak mógł.

Podobnie z innymi zwyczajami, np. śmigusem – dyngusem.

Poprawnie powinniśmy mówić „śmigusem” i „dyngusem” ponieważ są to dwa odrębne zwyczaje połączone stosunkowo niedawno. W dzieciństwie odczuwałem to na własnej skórze, bo mój ojciec znał ten podział i kultywował go do samego końca.

Przyglądając się śmigusowi nietrudno odgadnąć jego proweniencję. W poniedziałek wielkanocny siekano się wierzbowymi witkami po nogach i polewano wodą. To nic innego jak symboliczne przypomnienie o łaźni – o kąpieli zmywającej brudy zimy na powitanie nowego życia w przyrodzie. Ten zwyczaj znali Słowianie daleko przed chrześcijaństwem.

Zwyczaj siekania się (śmigania) po ciele witkami usiłowano w niektórych regionach przenieść (udało się to na Kaszubach i Pałukach) na Wielki Piątek jako „boże rany”.

Samo polewanie wodą tak w miastach, jak i na wsiach miało swój ustalony rytuał, bardzo przestrzegany, dziś zapomniany na rzecz prostackich wybryków, niczego do kultury codziennej nie wnoszących.

Otóż polewano przede wszystkim panny na wydaniu, ponieważ woda jako jeden z symboli życia miała ułatwić im zamążpójście.

Dochodziło do tego, że panny nie polane miały pretensje do polewających i mściły się dnia następnego.

Ten właśnie wtorek wielkanocny był bowiem dniem, w którym to panny polewały kawalerów, w tym samym celu co oni dnia poprzedniego. Niepolane panny ostentacyjnie omijały kawalerów, którzy w poniedziałek odmówili im dobrej wróżby, pozostawiając ich suchymi z mściwymi życzeniami starokawalerstwa.

Wtorek wielkanocny był także dniem „dyngusa”. Cóż on znaczył?

Wtorek był tradycyjnym dniem odwiedzin. Krążenia po domach krewnych i znajomych, odwiedzin na godzinkę – dwie i kolejnych wędrówkach do oczekujących. Było przyjęte, że opuszczających dom gości obdarowywało się jedzeniem, jajkami i co tam z domowego obżarstwa zostało. Nie bez celu.

Po drodze na „wędrowców” czyhały hordy młodzieży grożącej obfitym polaniem wodą. Aby tego polania uniknąć, należało się wykupić, najlepiej jajkami lub ciastem, stąd przydatność otrzymanych przed chwilą podarunków.

To waśnie był „dyngus” od niemieckiego „dingen” oznaczającego w średniowiecznej niemczyźnie okup.

Jak widać, nikt nie potrzebował hallooweenowego „cukierek albo psikus”, by najeść się łakoci. Mieliśmy swoje własne sposoby i to parę razy do roku.

Ciekawostka: wielkanocny wtorek jako dzień wolny od pracy występuje dziś w jednym miejscu na świecie – na Tasmanii.

Chrześcijańskie święcenie potraw też miewało swoje problemy. Początkowo święcono wszystko czym gospodarstwo dysponowało, co ze zrozumiałych względów odbywało się nieco inaczej, niż dziś.

Ksiądz objeżdżał domy jak po kolędzie i święcił całe stoły. Niekiedy były to stoły „zbiorcze”, jak w przypadku wiejskiej biedoty, ale bywały i indywidualne, w przypadku szlacheckich – obowiązkowo.

W roku 1772 biskup płocki Załuski pisał:

„…upowszechnił się zwyczaj święcenia pokarmów w Wielką Sobotę po domach osób świeckich, sam w sobie pobożny, jednak tolerowany być nie może dla nadużyć…”

O jakie nadużycia mogło mu chodzić? Gość w dom – Bóg w dom itd. Z pewnością przyjmowano dobrodzieja chętnie z właściwą polskiej naturze wylewnością…. no i chyba o to chodziło, o czym przekonuje nas dalszy fragment pisma księdza biskupa.

„…proboszczowie zamiast w tym dniu święcić wodę i ogień […] biegają po domach, często ledwo zdążą na jutrznię, a niekiedy niezdolni są do odprawiania mszy ku zgorszeniu ludu i zniewagę stanu duchownego.

Dlatego też niech wyłożą wiernym, że nie jest koniecznym wszystkie pokarmy święcić, a tylko niektóre z nich, choćby tylko sam chleb”.

No tak, można sobie wyobrazić jak czasem mógł być „zmęczony” dobrodziej po odwiedzinach u swych gościnnych parafian.

Wielkanoc to święto obżarstwa i już samo to wskazuje na przedchrześcijańskie pochodzenie tych obchodów, przynajmniej co do sposobu. Nie ma w tych obchodach ani śladu skromności, ascezy i powściągliwości tak zalecanej wiernym przez pasterzy. Słowiańskie święto wiosny wygrało na całej linii, było bowiem lepiej przystosowane do ludzkiej psychiki i jej niezbywalnych potrzeb.

Mamy i na tym polu swoje osobliwości. Jako zwolennik tradycji kulinarnych  opanowałem sztukę niektórych wyrobów (oczywiście – w celach badawczo naukowych, nie inaczej) i muszę powiedzieć, że np. staropolskie mazurki na bazie masy migdałowo orzechowej to mistrzostwo świata usuwające w niebyt współczesne „mazurki” będące ochlapanymi kolorowym lukrem kawałkami zwykłego kruchego ciasta.

Podobnie baby, szczególnie muślinowa, która na trzy próby udała mi się raz, ale za to była podziwiana przez współbiesiadników, którzy twierdzili, że „aż szkoda jeść”. To superdelikatne ciasto, w  którym mamy 24 żółtka i zaledwie 25 dkg mąki, samym przepisem wyjaśnia, skąd w opisach dawnych świąt wielkanocnych zwyczaj zamykania kuchni na klucz w czasie pieczenia bab, a nawet uszczelniania drzwi i okien. To ciasto musiano chronić przed najlżejszym nawet ruchem powietrza, by nie „siadło”. Za to efekt …..mmmm….

Jak potrafiono niegdyś świętować, to osobny rozdział. Oczywiście, można wydziwiać na rozpasanie naszych przodków, ale jednego nie sposób im odmówić: chcieli i umieli się bawić. Dziś biedne,  koropracyjne szczury nie znają nawet ułamka tej radości, jaką daje spożywanie pyszności w miłym sercu towarzystwie. Pytanie o sens życia jest w tym kontekście jak najbardziej zasadne.

Zwolennikom cieszenia się życiem dedykuję opis „święconego” u Sapiehy w Dereczynie za czasów Władysława IV.

„Stało dzików przeogromnych cztery, to jest ile części roku, każdy dzik miał w sobie wieprzowinę, czyli szynki, kiełbasy, prosiątka. Kuchmistrz wielką pokazał sztukę w upieczeniu całkowitym tych odyńców. Szło tandem dwanaście jeleni, także całkowicie upieczonych ze złoconymi rogami, nadziane były rozmaitą zwierzyną czyli zającami, cietrzewiami, dropiami, pardwami. Te wyrażały dwanaście miesięcy. Naokoło były ciasta sążniste tyle ile jest tygodni w roku, to znaczy 52. Całe cudne placki, mazury, żmudzkie pierogi, a wszystko wysadzone bakalią.

Za tym było babek 365 to jest ile dni w roku. Każda admirowana napisem, że niejeden tylko czytał nie jedząc.

Co zaś do bibendy: były cztery puchary z winem jeszcze z czasów króla Stefana jako cztery pór roku. Exemplum 12 konewek  12 miesięcy z winem po królu Zygmuncie, 52 baryłek także srebrnych in gratiam tygodni w roku. Było w nich wino cypryjskie, hiszpańskie i włoskie. Dalej 365 gąsiorów z winem węgierskim, to jest ile dni w roku.

A dla czeladzi 8700 kwart miodu, to jest ile godzin w roku”.

Życzę wszystkim czytelnikom SO wesołych, polskich Świąt!

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. Magog 2015-04-04
  2. wejszyc 2015-04-04
  3. hazelhard 2015-04-06
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com