Kiedy osiągnie się już pewien wiek i zapytają człowieka o to, co lub kto miał wpływ na jego rozwój, wybory życiowe itd., odpowiedź nie zawsze jest łatwa.
Ostatecznie bez tej odpowiedzi da się żyć i wielu w ogóle nie zadaje sobie trudu by ją sformułować.
Czasem zaś okazuje się, że odpowiedź prawdziwa mogłaby wywołać konsternację u przyjaciół i znajomych, wymyśla się więc jakąś możliwą do przyjęcia i w miarę inteligentną, która z czasem staje się częścią naszej oficjalnej biografii.
Kiedy zastanowiłem się co ja bym odpowiedział (zakładając, że ktoś by pytał) na pytanie o wpływ na mój rozwój odpowiedziałbym zgodnie z prawdą, że nauczycielka jęz. polskiego z ogólniaka i… Bolesław Piasecki.
No i co? Nie mówiłem? Konsternacja.
Gdyby ktoś był ciekawy dlaczego to piszę wyjaśniam, że jednostkowe losy umysłu ludzkiego czasem lepiej tłumaczą dzieje narodów, państw i świata, ponieważ wszystkim i wszędzie kieruje jakiś człowiek, który gdzieś się wychował, czegoś się uczył i ktoś wywarł na nim wrażenie, a może i ukierunkował na lata.
Niekiedy człowiek daleko odbiegnie od źródła swej pierwszej fascynacji, niewykluczone, że przejdzie na pozycje całkowicie jej przeciwne, ale fakt trzeba uczciwie odnotować.
Warto o tyle, że dziś mając do czynienia z ludźmi z pierwszych stron gazet doszukujemy się czasem w ich postawach, wyborach i decyzjach śladów z przeszłości. Macierewiczowi przypomina się jego zauroczenie Che Guevarą, Kaczyńskiemu Piłsudskim itd.
To przypominanie może mieć dwa cele. Jeden to usiłowanie zrozumienia człowieka poprzez dotarcie do źródeł jego sposobu rozumowania w nadziei, że przeszłość okaże się w tym względzie pomocna.
Drugi – to dyskredytacja człowieka na podstawie jego niegdysiejszych zainteresowań.
Jedno i drugie obarczone ryzykiem błędu, ponieważ nigdy nie będziemy wiedzieli czy młodzieńczy idole byli nimi naprawdę, czy to była tylko poza.
Mój współlokator w czasie studiów namiętnie czytywał na głos wiersze Mao Tse Tunga, co – o ile wiem – było jego metodą na pobudzenie zainteresowania swoją osobą, na którym to punkcie był dość wrażliwy. Jak my wszyscy w tym wieku. Chyba.
Tak poza tym był całkiem normalny, nie znał się na poezji, o Mao Tse Tungu też nie wiedział więcej, niż inni i wcale się z tym nie krył.
Miał bardzo sprecyzowane poglądy na własną przyszłość. Po trzydziestce chciał wykonywać wyłącznie męskie czynności – w jego pojęciu było to golenie się i picie wódki. Dziś jest zawodowym wojskowym.
Inny kolega z roku, obecnie bydgoski literat, śladem Che Guevary chciał wywołać rewolucję, ale… na Ukrainie. Oprócz tego cenił sobie placki ziemniaczane produkcji mojej dziewczyny (do dziś pozostaje zagadką czy dlatego, że były tak dobre, czy dlatego, że wciąż chodził głodny). Potem zajął się pisaniem wierszy, a na Ukrainie rewolucję zrobili za niego inni.
Nie umiem ocenić jego wierszy, ale doceniam fakt zdobycia mistrzostwa Polski w paleniu fajki na czas.
I tak można by długo.
Zastanawiałem się jak bym wyjaśnił w moim życiorysie te dwie tak różne postacie.
Z nauczycielką z ogólniaka byłoby łatwiej. Nie dość, że jej mąż, marynarz, przywoził niedostępne wówczas na naszym rynku płyty Rolling Stonesów, Beatlesów etc., to jeszcze pozwalał, by brzmiały na wszystkich szkolnych potańcówkach, co z kolei powodowało, że były one legendą wśród uczniów wszystkich szkół w mieście.
Jego żona nauczająca nas literatury ojczystej odznaczała się cechą, którą nie wszyscy pedagodzy posiadali w stopniu uczniom wystarczającym.
Pozwalała mianowicie uczniowi mieć własne zdanie, o ile potrafił je w miarę sensownie uzasadnić.
Na jej lekcjach można było twierdzić, że „Słowacki wielkim poetą nie był…” – warunkiem były argumenty.
Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale to ona nauczyła nas samodzielnego myślenia, szukania odpowiedzi na najdziwniejsze pytania i znajdowania ich, nauczyła nas „puszczania myśli luzem” i przyglądania się z zaciekawieniem co z tego wyniknie.
Na zorganizowane przez nią Kółko Teatralne przychodzili niemal wszyscy, bo też działy się tam rzeczy niezwykłe, których często darmo było szukać w uczniowskich domach porządnych pomorskich mieszczan.
Przychodzili goście, pan Okopiński, Hebanowski i inne tuzy teatru, a my rozmawialiśmy z nimi jak z „naszą panią”, trochę prowokacyjnie, na swoją miarę dociekliwie i nie przychodziło nam do głowy peszyć się obecnością sławnych postaci siedzących ławka w ławkę z nami. To ona nas tego nauczyła i to zabraliśmy ze szkoły odchodząc w dorosły świat.
Kiedy jechałem do Warszawy na spotkanie z Bolesławem Piaseckim, nie wiedziałem o nim właściwie nic.
W czasie studiów miałem wielu kolegów, niektórzy z nich byli stałymi bywalcami klubu PAX i kiedyś zostałem zaproszony na jakieś spotkanie, nawet już nie pamiętam jakie, choć podobno dyskutowałem zawzięcie z prelegentem.
Polityka wówczas była mi dość odległa, miałem ciekawsze zainteresowania, ale podobała mi się atmosfera panująca w tym klubie. Schodziły się tam gromadki studentów (darmowa herbata i ciastka) z różnych wydziałów i roczników, wszyscy traktowali się przyjaźnie, można było nagadać się do woli – czegóż więcej trzeba młodemu człowiekowi, który wyrwał się z dość surowego domu z niedosytem gadaniny o wszystkim i niczym?
Oczywiście, jako człowiek dorosły mogę podejrzewać, że była to atmosfera „robiona” w celu przyciągnięcia kolejnych członków i zwolenników PAX, ale nie przypominam sobie jakiegoś nachalnego namawiania do wstępowania w jego szeregi. Wręcz przeciwnie – przyjęto inna metodę „zachęt” – fundowane studentom stypendia, długi okres kandydacki przed wstąpieniem do organizacji, pozory elitarności itd. Stwarzano też iluzję „kontry” wobec panującego systemu. W dobrym tonie było mawianie „marksiści to i to … a my to tak…”.
Dziecinada? Zapewne, ale kim my byliśmy?
I to co dotyczyło grupki takich jak ja bywalców – nie dawano odczuwać różnicy między członkami PAX, a zwykłymi gośćmi wpadającymi, by spotkać kolegów i podyskutować o interesujących nas sprawach. Wszyscy czuli się tam równi i równie mile widziani. To decydowało o częstym i chętnym uczestnictwie w różnego rodzaju wykładach, prelekcjach czy jak to się tam jeszcze nazywało.
Któregoś razu zaproponowano wszystkim spotkanie z Bolesławem Piaseckim. Wyjazd i nocleg na koszt organizatora, wyżywienie zapewnione. „Załapałem się” na tę okazję i dopiero wówczas zainteresowałem się osobą naszego warszawskiego gospodarza, o którym wiedziałem tylko, że jest szefem PAX i członkiem Rady Państwa – jak by nie patrzeć – szycha.
Polityka była kompletnie nieobecna w moim życiu, aż trudno uwierzyć. Pomijając incydentalne uczestnictwo w wiecu pod „Żakiem” w Gdańsku w 1968 r. (miałem 15 lat), sprowokowane przez jednego z młodych nauczycieli w ogólniaku, nie miałem z nią nic wspólnego i wydawało mi się, że ona ze mną też. Naiwniak.
Ponieważ jednak nie było czasu lwią część informacji o Piaseckim zafundowałem sobie już po powrocie. Może i lepiej, bo wówczas nie patrzałbym na niego tak „czysto”, na bieżąco porównywałbym to co widzę i słyszę z tym co wiem.
A było na co popatrzeć. Starszy pan gadał do nas przez 8 godzin (!) wypalając w tym czasie chyba ze trzy paczki „Philip Morrisów”, dosłownie jeden od drugiego.
Jak bardzo potrafił zauroczyć słuchaczy zdałem sobie sprawę kiedy ogłosił przerwę „bo to już 4 godziny rozmawiamy…” Nie wierzyłem własnym oczom patrząc na zegarek.
Mówił bardzo swobodnie, wydawał się logiczny, wszystko tłumaczył z taką łatwością i pewnością siebie, że trudno było nie wyjść ze spotkania zadowolonym.
Oczywiście, dziś sam wiem, że nie jest to taka wielka sztuka zagadać młodych ludzi, którzy niewiele wiedzą, ale sposób w jaki nas potraktował sprawił, że mój podziw towarzyszył mu długo.
Niczym nie dał poznać, że rozmawia z gówniarzami. Z każdym pogadał chwilkę jak ze starym znajomym, którego lubi, ceni i szanuje, chętnie odpowiadał na pytania jakie mu zadawaliśmy (mnie tłumaczył np., że państwo wcale PAX-u nie popiera, ale musi tolerować i takie tam), sprawiał wrażenie, że cieszy się z naszej obecności.
To musiało robić wrażenie.
I to jest właśnie to co mi we wspomnieniu o nim pozostało.
Kiedy później czytałem o Bolesławie Piaseckim, – przywódcy faszystowskiego odłamu ONR w II Rzeczpospolitej, szefie Falangi, więźniu Berezy i potem gen. Sierowa, trudno było wprost uwierzyć, że to ten sam człowiek.
Otrzymanych od niego „Sił Rozwoju” nigdy nie przeczytałem do końca. Lektura znacznie gorsza, niż wykład na żywo, tematyka jakoś też nie bardzo mi leżała, żenienie socjalizmu z katolicyzmem wydawało mi się co najmniej dziwactwem (dziś wiem, że miał więcej racji, niż sądziłem), a sama książka przeszła później na własność… oficera politycznego w wojsku, gdzie zabrałem ją w nadziei przeczytania mając w perspektywie odsłużenie swoich przydziałowych tygodni w Marynarce Wojennej.
A jednak dziś kiedy sobie to przypominam wiem na pewno, że to on pokazał młodemu chłopakowi jak należy rozmawiać z ludźmi. Do dziś nie spotkałem nikogo, kto mógłby mu dorównać pod tym względem.
Gdyby trafił na kogoś bardziej podatnego, jestem pewien, że potrafiłby go na tyle zauroczyć, że miałby kolejny „połów” w swej politycznej sieci.
Pewnie miał takich wielu, zarówno przed wojną i po.
Dziś patrząc na jego pogrobowców spod znaku mieczyka Chrobrego wiem, że mogą być podobni do nas w tamtych latach.
Czegoś szukają, w coś chcą wierzyć, chcą by ktoś ich traktował serio, chcą być z czegoś dumni.
Wiedzą niewiele (tak jak kiedyś my), uwierzą każdemu kto wydaje się wiedzieć więcej, a to, że nie potrafią samodzielnie przemyśleć tego, co im się do głów wkłada – cóż – ktoś ich tego nie nauczył. Kto?
Ich pani od polskiego?
Kiedy dziś żywo dyskutujemy o odradzającym się jak hydra ruchu narodowym pamiętajmy, że poszukiwanie recepty zacząć należy od wyłowienia z anonimowej dla nas póki co masy tych, którzy tam nadają ton, którzy ciągną za sobą innych, zaczarowują ich słowem wzniosłym, ładnie podanym, choć w rzeczywistości trującym.
Gdzieś w tym tłumie kryją się nieznani Piaseccy, na których nikt w porę nie zwrócił uwagi.
A bez znajomości przeciwnika trudno wróżyć sukces w wojnie.
Bo to jest wojna.
Jerzy Łukaszewski


zacząć należy od wyłowienia z anonimowej dla nas póki co masy tych, którzy tam nadają ton, którzy ciągną za sobą innych, zaczarowują ich słowem wzniosłym, ładnie podanym, choć w rzeczywistości trującym.
.
Kościół?
narciarz2
Zlekceważyliśmy problem? Przegapiliśmy moment -„nie mamy armat”. Jeżeli administracja nie ma obligo reakcji (z litery prawa)na przejawy nacjonalizmu, to w obecnej sytuacji politycznej nie widzę sposobu na skuteczne przeciwdziałanie. Jednak, w mojej opinii, warto pamiętać i załatwić sprawę gdy wrócimy do normalności.
Ładne. I mądre.