23.08.2026
Wpis Krzysztofa Bielejewskiego nie jest polemiką z artykułem prof. Konsztowicza, lecz jego satyrycznym unieważnieniem. Nie rozwija poważnej debaty, ponieważ zamiast rozważać przedstawione tezy, przypisuje autorowi złe intencje, wyśmiewa jego styl i zastępuje argumenty efektownymi metaforami.
Zasadniczy błąd
Bielejewski trafnie zauważa, że tekst Konsztowicza łączy wiele zagadnień: ustrój, ordynację, administrację, naukę, edukację i innowacyjność. Z tego jednak nie wynika „kuriozalność” artykułu. Właśnie systemowy charakter tych problemów uzasadnia ich wspólne rozpatrywanie.
Można spierać się o związek między centralizacją a innowacyjnością, o zasadność JOW czy federalizacji. Nie można uczciwie zakładać, że przedstawienie całościowej hipotezy jest samo w sobie dowodem jej wadliwości. Tekst prof. Konsztowicza formułuje hipotezę: sposób organizacji państwa wpływa na jakość selekcji politycznej, sprawność administracji, edukację i zdolność gospodarki do rozwoju. Hipotezę tę należało badać i kwestionować punkt po punkcie, a nie ośmieszać.
Polemika zastąpiona kpiną
Bielejewski używa sformułowań: „intelektualny teleport”, „ustrojowy WD-40”, „ołtarz”, „wielka teoria wszystkiego”, „z sobą samym w bibliografii”. Są zręczne stylistycznie, lecz nie są argumentami.
Nie odpowiadają na podstawowe pytania:
- Czy nadmierna centralizacja rzeczywiście zmniejsza odpowiedzialność władz i sprawność decyzji?
- Czy system partyjny ogranicza osobistą rozliczalność posłów?
- Czy obecny podział zadań i dochodów między państwo a samorząd jest racjonalny?
- Czy Polska ma wystarczająco skuteczny system przekładania nauki, edukacji i kapitału ludzkiego na innowacje?
- Czy potrzebujemy zmiany modelu zarządzania państwem, nawet jeśli nie miałaby ona przyjąć formy JOW ani pełnej federalizacji?
Bielejewski nie podejmuje żadnego z tych zagadnień. Jego komentarz informuje przede wszystkim, że nie podoba mu się autor i sposób, w jaki autor buduje swój wywód.
Własne źródła
Zarzut odwoływania się przez Konsztowicza do własnych wcześniejszych tekstów został wyolbrzymiony. Autor rozwija od lat określoną koncepcję państwa, nauki i gospodarki, więc wskazanie wcześniejszych publikacji może służyć pokazaniu ciągłości argumentacji.
Poważny zarzut brzmiałby inaczej: które konkretnie dane, cytaty albo wnioski w tych publikacjach są błędne, nieaktualne lub nieweryfikowalne? Bielejewski tego nie wskazuje. Posługuje się żartem o książce kucharskiej, który pozwala ominąć analizę źródeł.
Istotny jest też kontekst. Artykuł Konsztowicza ma charakter eseju programowego i publicystycznego, nie recenzowanej rozprawy naukowej. W takim gatunku odsyłanie do własnej, rozwijanej od lat argumentacji nie stanowi samo w sobie wady.
Matczak i bibliometria
Autor artykułu nie twierdzi wprost, że wskaźnik Hirscha jest certyfikatem politycznej nieomylności. Używa go jako argumentu za tym, że prof. Matczak ma wysokie kompetencje, pracowitość i kontakt z międzynarodowym obiegiem naukowym. Ten fragment można uznać za zbyt daleko idący, lecz nie usprawiedliwia on sprowadzenia całego artykułu do absurdu.
Komentarz, który blokuje rozmowę
Największym problemem wpisu Bielejewskiego jest jego funkcja społeczna. Nie zaprasza do korekty tez prof. Konsztowicza. Wyznacza hierarchię: autor ma być figurą ekscentryka, jego projekt — kolejną obsesją, a każdy, kto potraktuje go serio, naraża się na śmieszność.
To wygodna technika erystyczna. Nie trzeba wtedy wykazywać, czy JOW pogorszą reprezentację, czy decentralizacja przyniosłaby koszty, jak powinien wyglądać podział kompetencji ani jakie reformy lepiej odpowiadają na kryzys innowacyjności. Wystarczy nadać tekstowi etykietę „kuriozalnego”.
Profesor Konsztowicz napisał artykuł nierówny, miejscami być może zbyt kategoryczny czy nadmiernie rozległy. Jego główne pytania pozostają jednak zasadne. Wpis Bielejewskiego mógł rozpocząć potrzebną debatę o granicach centralizacji, reformie ordynacji, samorządzie, nauce i edukacji. Zamiast tego zamienia debatę w konkurs na najbardziej zjadliwą złośliwość.
Sławek

O KADZIDLE, ARGUMENTACH I LUSTERKU
Drogi Panie Sławku,
przeczytałem Pański tekst o moim komentarzu i przyznaję, że dawno nie widziałem tak efektownej obrony prawa do poważnej debaty poprzez napisanie całego artykułu o tym, że ktoś śmiał się w niej uśmiechnąć.
Najpierw jednak drobne uporządkowanie faktów.
Mój komentarz do tekstu prof. Konsztowicza nie sprowadzał się do stwierdzenia, że autor pisze za długo, używa za dużo rzeczowników i ogólnie mi się nie podoba. Wskazałem konkretnie trzy problemy.
Po pierwsze: osobliwe przejście od wskaźnika Hirscha prof. Matczaka do przekonania, że skoro profesor dużo publikuje, to dużo czyta, dużo wie, a skoro dużo wie, to powinien dojść mniej więcej do określonych poglądów ustrojowych. Nazwałem to „intelektualnym teleportem”. Podtrzymuję. To nie jest kpina zamiast argumentu. To jest argument podany w formie kpiny.
Po drugie: zwróciłem uwagę, że w tekście centralizacja występuje w roli podejrzanego o prawie wszystkie zbrodnie III RP — od słabości administracji po naukę, edukację, innowacyjność i selekcję elit. To jest zarzut merytoryczny dotyczący związku przyczynowego, a nie kroju marynarki autora.
Po trzecie: napisałem, że JOW i federalizacja pojawiają się jako coś w rodzaju ustrojowego WD-40. Można oczywiście zamiast WD-40 napisać: „autor niedostatecznie rozważa koszty, skutki uboczne i alternatywne wyjaśnienia proponowanych zmian instytucjonalnych”. Znaczy to dokładnie to samo, tylko jest znacznie nudniejsze.
Co zabawne, Sławek sam później przyznaje, że ma wątpliwości zarówno wobec JOW, jak i federalizacji oraz diagnozy Magdalenki.
Czyli różnimy się głównie tym, że ja przed zgłoszeniem wątpliwości nie napisałem profesorowi, iż zafundował mi „intelektualną ucztę”.
I tu dochodzimy do kwestii stylu. Owszem, piszę felietony. Używam ironii, metafory, groteski i hiperboli. Felieton bez tych rzeczy jest jak bigos bez kapusty: da się podać, ale po co?
Satyra nie unieważnia argumentu. Czasem przeciwnie — pokazuje jego konstrukcję szybciej niż trzy strony akademickiego protokołu. Jeżeli ktoś twierdzi, że A prowadzi do B, B do C, C do D, a na końcu rozwiązaniem wszystkiego okazuje się koncepcja, którą autor propaguje od piętnastu lat, wolno zauważyć, że marsz intelektualny od pytania do odpowiedzi był wyjątkowo dobrze oznakowany jeszcze przed startem.
Nie widzę też nic zdrożnego w cytowaniu własnych prac. Samocytowanie nie jest grzechem. Ale jeśli większość fundamentów wielkiej diagnozy prowadzi do własnych wcześniejszych diagnoz, wolno zapytać, czy mamy do czynienia z niezależnym potwierdzeniem tezy, czy raczej z wielopiętrowym przypisem do samego siebie. W bibliografii tekstu Konsztowicza rzeczywiście dominują jego wcześniejsze publikacje.
I teraz rzecz ważniejsza.
Sławek pisze, że mój komentarz „informuje przede wszystkim, że nie podoba mi się autor”.
Otóż nie. Nie wiem, skąd Sławek zna moje uczucia wobec prof. Konsztowicza. Ja sam mam do nich znacznie gorszy dostęp.
Można powiedzieć, że mój argument jest błędny. Można wykazać, że źle rozumiem JOW, centralizm, federalizm, bibliometrię albo Magdalenkę. Można mnie rozjechać danymi, badaniami i porównaniami międzynarodowymi.
Serdecznie zapraszam.
Ale przypisywanie mi niechęci do autora, złych intencji albo rzekomej potrzeby „unieważnienia” człowieka jest już przejściem od tekstu do psychologizowania autora tekstu.
A to właśnie, paradoksalnie, Sławek zarzuca mnie.
Jeszcze bardziej elegancki poziom dyskusji osiągnięto w komentarzu, w którym zostałem poproszony, żebym „spojrzał w lustro”, bo zobaczę własną nieomylność.
Lustro, jak wiadomo, jest najwyższą instancją metodologii naukowej.
Przyznaję uczciwie: sam wcześniej napisałem profesorowi, żeby trwał w swojej nieomylności. Niepotrzebnie. Szpila była osobista i mogłem ją sobie darować.
Właśnie dlatego teraz rzecz stawiam jasno. Nie życzę sobie ataków ad personam. Z moimi tekstami można robić wszystko. Wyśmiewać je, podważać, cytować przeciwko mnie, wykazywać sprzeczności, błędy logiczne, niewiedzę, przesadę i zły smak. Felietonista, który nie wytrzymuje polemiki, powinien hodować pelargonie, a nie publikować.
Ale proszę nie diagnozować mojego charakteru, intencji, sympatii i rzekomego poczucia wyższości. Dyskutujmy o tym, co napisałem, nie o tym, jakim człowiekiem jestem według autora odpowiedzi.
Profesor Konsztowicz może mieć rację w sprawie centralizacji. Może mieć rację w sprawie edukacji. Może nawet mieć rację w sprawie JOW. Ale nie dlatego, że jest profesorem. Nie dlatego, że publikuje w Web of Science.
Nie dlatego, że Sławek doznał przy jego tekście intelektualnej uczty. I nawet nie dlatego, że ja się z niego śmieję.
Ma rację wtedy, kiedy jego argumenty wytrzymują krytykę.
Na tym, zdaje się, polega debata. Cała reszta jest kadzidłem, a od nadmiaru kadzidła, jak wiadomo, nie tylko szczypią oczy. Czasem przestaje być widać ołtarz.
Szanowny Panie,
pod tekstem „Sławek: List, który przywraca proporcje”, dotyczącym listu zwykłych księży i sióstr w sprawie narastającej niechęci wobec obywateli Ukrainy, dwukrotnie przypisał mi Pan niskie pobudki. Zasugerował Pan, że wykorzystuję nagłośnienie tego listu do osobistego „lansowania się” oraz do „ustawiania sobie światła”.
Napisał Pan między innymi, że mój tekst służy temu, „żeby autor mógł stanąć po właściwej stronie własnego lustra”, że „rozdaję świadectwa moralności”, „wie, czym przyzwoitość jest, gdzie mieszka i komu jej brakuje”, a także że „komentator ustawia sobie światło”.
Nie są to argumenty polemiczne wobec treści listu ani wobec przedstawionych przeze mnie faktów. Są to publiczne, osobiste insynuacje dotyczące moich motywów oraz naruszenie mojego dobrego imienia.
Na te insynuacje nie mogłem odpowiedzieć pod listem — ze względów oczywistych. Taka odpowiedź zamieniłaby ważny tekst o solidarności z Ukrainą w osobistą awanturę i dodatkowo osłabiła jego przesłanie. Nie miałem też możliwości publicznego przedstawienia obrony swojego dobrego imienia w miejscu, które nie niszczyłoby sensu samego listu.
Dopóki nie przeprosi mnie Pan publicznie za te słowa, nie widzę możliwości prowadzenia z Panem jakiejkolwiek rozmowy merytorycznej.
Dziękuję za uwagę.
Od dłuższego czasu czytając artykuły na Studio Opinii znajduję w komentarzach wpisy K. Bielejewskiego. Te wpisy są bardzo schematyczne i powtarzalne. Jeden ze schematów, kiedy autor którego komentator z jakichś względów nie akceptuje, czy chce zaatakować jest wyjątkowo czytelny. Dobrym przykładem, niemal wzorcowym dla schematu, jest wczorajszy wpis Bielejewskiego pod artykułem prof. K.J. Konsztowicza. Nazywam go schematem deprecjonującym.
Schemat komentarza deprecjonującego autora i tekst
Taki komentarz nie sprawdza przede wszystkim, czy autor ma rację. Ma wytworzyć wrażenie, że tekst i jego autor nie zasługują na poważne traktowanie.
Najpierw pojawia się negatywna etykieta: „kuriozalny”, „absurdalny”, „teoria wszystkiego”. Następnie złożony wywód redukuje się do jednej domniemanej obsesji autora. Potem wybiera się najsłabszy fragment i przedstawia go jako dowód wadliwości całego tekstu.
Kolejny krok to przypisanie intencji: autor rzekomo nie analizuje problemu, lecz szuka potwierdzenia dla własnych poglądów. W tym miejscu krytyka przesuwa się od tezy ku osobie. Ironiczna metafora lub dowcip zastępuje wtedy kontrargument, a końcowa puenta ma zamknąć rozmowę.
Wnioski
Taka forma może czasem celnie wskazać przesadę, lukę w rozumowaniu lub nieuprawnione uogólnienie. Nie jest jednak rzetelną polemiką, jeśli nie wskazuje konkretnej tezy, nie przedstawia danych przeciwnych i nie proponuje lepszego rozwiązania.
Jej skutek jest prosty: czytelnik ma odrzucić tekst bez jego samodzielnego rozważenia. Debata przesuwa się z problemu na reputację autora, a ironia zaczyna pełnić funkcję argumentu.
Polemika powinna działać odwrotnie: wskazać tezę, podać kontrargument, oprzeć go na faktach i przedstawić alternatywę. Tylko wtedy krytyka rozwija rozmowę, zamiast ją kończyć.
Zwrócił na to uwagę Zbigniew w swego rodzaju proteście przeciw takiemu komentowaniu artykułów. Pan Zbigniew znany od lat z wyjątkowej powściągliwości i łagodności sformułowań publicystycznych, po raz pierwszy zabrał głos tak jednoznacznie. Podzielam jego ocenę sytuacji i wniosek z końca komentarza.
PANOWIE, MNIEJ PSYCHOLOGII, WIĘCEJ ARGUMENTÓW
Panowie Sławku i Piotrze,
widzę, że dyskusja o centralizacji, JOW, federalizacji, edukacji i innowacyjności osiągnęła wreszcie najwyższy poziom polskiej debaty publicznej: zaczęliśmy analizować Bielejewskiego. Państwo może jeszcze chwilę poczekać.
Pan Piotr odkrył nawet „schemat deprecjonujący”, który podobno stosuję od dawna. Jest w nim wszystko: zła etykieta, redukcja, przypisywanie intencji, ironia, puenta. Brzmi groźnie. Jeszcze kilka akapitów i doczekam się zapewne jednostki chorobowej z numerem w ICD.
Problem polega tylko na tym, że pod tekstem profesora Konsztowicza wskazałem konkretne zarzuty, a nie kolor jego krawata.
Pytałem, dlaczego wskaźnik Hirscha i akademicki dorobek prof. Matczaka mają być argumentem prowadzącym do oczekiwania określonych poglądów ustrojowych. Pytałem, czy centralizacja rzeczywiście może być wspólną przyczyną tak rozmaitych zjawisk jak słabość administracji, edukacji, nauki, innowacyjności i selekcji politycznej. Pytałem wreszcie, czy JOW i federalizacja nie zostały przedstawione jako recepty znacznie bardziej uniwersalne, niż pozwalają na to dowody.
Można uznać wszystkie trzy zarzuty za błędne. Tylko trzeba je obalić.
Opisanie ich jako „schematu deprecjonującego” nie jest jeszcze obaleniem. Jest raczej czymś, co Pan Piotr sam zarzuca mnie: przesunięciem dyskusji z argumentu na autora.
Powstała więc sytuacja niemal laboratoryjna. Ja podobno psychologizuję Konsztowicza. Pan Piotr, żeby to wykazać, psychologizuje mnie. Nauka posuwa się naprzód.
Pan Piotr pisze również, że rzetelna polemika powinna nie tylko wskazać błędną tezę, ale także podać dane przeciwne i zaproponować lepsze rozwiązanie.
Nie zgadzam się.
Jeśli ktoś twierdzi, że jego most wytrzyma czterdzieści ton, a ja pokazuję pęknięcie w filarze, nie mam obowiązku natychmiast zaprojektować konkurencyjnego mostu, sporządzić kosztorysu i znaleźć wykonawcy.
Ciężar dowodu spoczywa przede wszystkim na tym, kto stawia tezę.
Żeby zakwestionować twierdzenie, że federalizacja poprawi jakość państwa, nie muszę przynieść w kieszeni własnej konstytucji. Wystarczy wykazać, że droga od diagnozy do recepty nie została dostatecznie udowodniona.
To samo dotyczy JOW.
Można krytykować lekarstwo, nie będąc producentem innego lekarstwa. Pacjentowi też wolno zapytać lekarza, dlaczego na ból kolana przepisał mu operację śledziony, nawet jeśli pacjent nie ukończył medycyny.
Teraz Pan Sławek.
Tu sprawa robi się jeszcze ciekawsza. Napisał Pan cały tekst o tym, że zamiast argumentów przypisuję ludziom intencje, po czym sam stwierdził Pan, że mój komentarz informuje przede wszystkim, iż „nie podoba mi się autor”, a teraz dodatkowo warunkuje Pan wszelką przyszłą rozmowę merytoryczną publicznymi przeprosinami za zupełnie inny spór.
To już nie jest dialog sokratejski. To bardziej punkt odpraw paszportowych:
— Cel wizyty?
— Dyskusja o JOW.
— Przeprosiny są?
— Nie.
— W takim razie federalizm pozostaje zamknięty.
Co do tamtego komentarza o Pańskim tekście dotyczącym listu księży i sióstr: nie mam problemu z powiedzeniem rzeczy precyzyjnie.
Krytykowałem sposób, w jaki Pański tekst ustawiał autora w roli arbitra przyzwoitości i moralnych proporcji. Jeżeli moje sformułowania o „ustawianiu sobie światła” zostały odczytane jako twierdzenie, że znam Pańskie prywatne motywacje i wiem, iż napisał Pan tekst wyłącznie dla autopromocji — takiego twierdzenia nie podtrzymuję.
Nie siedzę w Pańskiej głowie. I, prawdę mówiąc, mam wystarczająco dużo kłopotów we własnej.
Natomiast krytyki tonu tamtego tekstu nie odwołuję. Autor publicznego komentarza ma prawo oceniać nie tylko fakty, lecz także sposób budowania moralnej pozycji mówiącego.
To nie jest „naruszenie dobrego imienia”. To jest publicystyka.
Tak samo jak Pański obecny artykuł o mnie jest publicystyką, chociaż znalazły się w nim bardzo daleko idące oceny moich metod, intencji oraz „funkcji społecznej” mojego komentarza. Pisze Pan wręcz, że tworzę sytuację, w której autor ma uchodzić za ekscentryka, a jego zwolennicy bać się śmieszności.
Mógłbym zatem, stosując Pańską metodologię, zażądać przeprosin za insynuowanie moich pobudek.
Nie zażądam. Mam alergię na sąd kapturowy, także gdy kaptur jest z mojej strony barykady. Wolałbym zwyczajnie dyskutować.
Natomiast nie przyjmuję zasady, że rozmowę merytoryczną wolno rozpocząć dopiero po złożeniu publicznego aktu skruchy. Bo wtedy przestaje to być rozmowa, a zaczyna się procedura beatyfikacyjna z formularzem reklamacyjnym.
I jeszcze słowo o ironii, bo widzę, że stała się ona głównym oskarżonym. Panowie zdają się zakładać, że skoro argument jest dowcipny, to przestaje być argumentem. Nie wiem, skąd taki pomysł.
Zdanie „JOW i federalizacja działają w tym tekście jak ustrojowy WD-40” jest metaforą. Ale zawiera bardzo konkretną tezę: że autor przedstawia jeden zestaw rozwiązań jako nadmiernie uniwersalną odpowiedź na wiele różnych problemów.
Można napisać to inaczej:
„Występuje tu niedostatecznie uzasadniona ekstrapolacja skuteczności proponowanych mechanizmów instytucjonalnych na heterogeniczny zbiór problemów publicznych”.
Bardzo naukowo. Tylko człowiek zdąży umrzeć, zanim dojdzie do kropki.
Felieton nie jest ekspertyzą Banku Światowego. Ironia, skrót, hiperbola i metafora są jego narzędziami. One mogą oczywiście maskować brak argumentu, ale równie dobrze mogą argument wyostrzać.
Kisiel nie przestawał mieć racji tylko dlatego, że był zabawny. Urban nie przestawał trafiać w słaby punkt dlatego, że używał szpili. A Pilch nie musiał do każdej metafory dołączać tabeli w Excelu.
Możemy więc spokojnie ustalić zasady. Ja zobowiązuję się krytykować tezy, wywody, teksty i publiczne postawy, a nie diagnozować charakteru autorów.
Panów proszę o to samo.
Nie jestem zainteresowany debatą o tym, czy „akceptuję” Konsztowicza, jakie mam pobudki, jaki stosuję „schemat” i co zobaczę w lustrze. Interesuje mnie prostsza rzecz: czy jego argumenty są dobre.
Jeśli są — pokażcie dlaczego. Jeśli moja krytyka jest błędna — pokażcie gdzie. Jeśli dane mówią coś innego — przynieście dane. Naprawdę chętnie przeczytam.
Natomiast kolejna rozprawa pod tytułem „Bielejewski i jego psychika w świetle komentarzy internetowych” może być fascynująca dla przyszłego biografa, ale polskiej edukacji, federalizacji i innowacyjności raczej nie poprawi.
I byłaby to dopiero ironia.
Zaczęliśmy od pytania, jak naprawić państwo.
Po dwóch dniach naprawiamy mnie.
Państwo, jak zwykle, musi sobie radzić samo.
Jak Państwo widzą, pan B. nie przeprosił mnie za publiczne, personalne sformułowania użyte pod listem zwykłych księży i sióstr. Z jego odpowiedzi wynika ponadto, że nie zamierza tego uczynić.
Wobec tego moje oświadczenie, że do czasu publicznych przeprosin nie będę prowadził z nim rozmowy merytorycznej, pozostaje w mocy.
Ponieważ pod listem — z powodów oczywistych — nie chciałem prowadzić osobistej polemiki ani odpowiadać na insynuacje dotyczące moich motywów, zamieszczam tutaj tekst, w którym przedstawiam okoliczności powstania artykułu i bronię swojego dobrego imienia.
KIEDY KOMENTARZ PRZESŁANIA SPRAWĘ
O WAŻNYM ZWYCZAJU
Ten tekst dotyczy zwyczaju, który przez lata obowiązywał w środowiskach ludzi zaangażowanych społecznie, liberalnych, inteligentnych, otwartych i działających na rzecz praw człowieka — środowiskach bliskich także „Studiu Opinii”.
Gdy nagłaśniano apele o uwolnienie więźniów politycznych, zbiórki dla ofiar powodzi, pożarów i trzęsień ziemi, wezwania do zaprzestania wojny czy pomoc uchodźcom, nie stawiano w pierwszym rzędzie pytania o rzekome niskie pobudki osób, które takie apele przekazywały dalej. Nie oskarżano ich o „lansowanie się”, robienie kariery czy szukanie moralnej przewagi.
Można było mieć odmienne zdanie o polityce, metodach działania albo języku apelu. Ale nie osłabiano samego przekazu przez osobiste podejrzenia wobec tych, którzy uznali, że warto nagłośnić sprawę ważną dla potrzebujących pomocy, ochrony i solidarności.
Ten zwyczaj pamięta czasy PRL, kiedy występujący w obronie więzionych, prześladowanych i pozbawionych praw dobrze wiedzieli, że najcenniejsza jest solidarność! Oraz że każdy publiczny głos można ośmieszyć, sprowadzić do prywatnych ambicji i pozbawić znaczenia. Dlatego przeciwdziałano takim próbom.
DLACZEGO LIST JEST WAŻNY
W przypadku listu „zwykłych księży i sióstr” nie chodzi o bezsporną deklarację całego Kościoła. Przeciwnie, o odważny głos niewielkiej grupy osób duchownych wypowiedziany na tle milczenia dużej części kościelnej hierarchii i środowiska. List przypomina o solidarności z Ukrainą i jej obywatelami w czasie wojny oraz o konieczności odrzucenia zbiorowej odpowiedzialności. To szczególnie ważne w Polsce, gdzie obok pomagających uchodźcom i wspierających Ukrainę słychać również głosy niechęci, rewanżu, pogardy i nienawiści.
Słychać je w przestrzeni publicznej, w Internecie i w codziennych rozmowach, także wśród ludzi Kościoła. Zamiast ewangelicznego „miłuj bliźniego swego…” pojawia się postawa, którą potoczne powiedzenie oddaje gorzko: „miłuj bliźniego, aż koszula spadnie z niego”.
Zrozumiałe zmęczenie wojną i pomocą dla obywateli Ukrainy bywa dziś wykorzystywane w politycznej retoryce, która podsyca nieufność i zbiorową niechęć. Widać też realne społeczne napięcie; według badania CBOS z przełomu 2025 i 2026 roku 48% badanych popierało przyjmowanie uchodźców z Ukrainy, a 46% było temu przeciwnych. W pierwszej połowie 2026 roku zgłoszono 180 przestępstw z nienawiści wobec obywateli Ukrainy — ponad 30% więcej niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.
Z tych względów list wymagał nagłośnienia. Nie dlatego, że sygnatariusze reprezentują całość polskiego katolicyzmu, ale dlatego, że w jego obrębie zdecydowali się publicznie przypomnieć o człowieczeństwie i odpowiedzialności.
JAK POWSTAŁ ARTYKUŁ
Kontekst jest prosty. Prof. Stanisław Obirek opublikował na SO link do listu. W komentarzu zaproponowałem, aby ważny dokument stał się bardziej widoczny dla czytelników. Profesor rozmawiał następnie z redakcją o możliwości jego publikacji.
List nie został przedstawiony jako samodzielny materiał, ponieważ nie był stanowiskiem instytucjonalnego Kościoła. Profesor, który wyjeżdżał i nie miał czasu przygotować własnego tekstu, zasugerował więc, abym napisał komentarz. Tekst ocenił pozytywnie, dodając, że spełnia potrzebę rzeczowego pisania.
Nie miał zatem promować autora. Był to materiał napisany w uzgodnieniu z profesorem, aby list nie pozostał jedynie linkiem w komentarzu i aby jego przesłanie dotarło szerzej.
KIEDY KOMENTARZ OSŁABIA PRZEKAZ
Mój tekst miał charakter informacyjny, nie polemiczny. Przedstawiał list, wyjaśniał jego sens i wskazywał źródło, gdzie można zapoznać się z treścią przesłania oraz listą sygnatariuszy.
Jednak pojawiła się krytyka, która nie ogranicza się do sporu o konkretne zdanie czy użyte przeze mnie określenie. Została skierowana wobec autora: jego domniemanych motywów, potrzeby wywyższania się i „lansowania”.
Łamie to ważny zwyczaj społeczny — podważa i osłabia siłę przekazu przez przypisywanie niskich pobudek osobie, która go nagłaśnia. Można krytykować mnie, moje poglądy, styl lub język. Można to robić wszędzie, ale nie pod listem, którego podstawowy sens wymagał skupienia, solidarności i możliwie szerokiego wybrzmienia.
Polemika tego rodzaju powoduje, że czytelnik nie zapamięta istoty listu, lecz sam spór. To już się dzieje: część osób, z którymi rozmawiałem, reagowała przede wszystkim na insynuacje, a nie na przesłanie dokumentu. To najlepszy dowód, że komentarz przesłonił sprawę.
DZIĘKUJĘ ZA WSPARCIE
Od pojawienia się polemiki pod listem zwracali się do mnie czytelnicy, komentatorzy oraz autorzy SO. Byli zdziwieni, zaskoczeni, zniesmaczeni, niekiedy wręcz zgorszeni jej charakterem. Pytali, czy odpowiem, a niektórzy zapowiadali własne ostre wpisy. Jeden z młodszych czytelników nazwał to „gorszącą nawalanką”.
Zaskoczony krytyką, musiałem ochłonąć i zastanowić się, jak postąpić. Prosiłem wszystkich o spokój, cierpliwość i niewpisywanie ostrych komentarzy, sugerując powstrzymanie się w ogóle od komentowania.
Dziękuję prof. Stanisławowi Obirkowi oraz Markowi Jastrzębiowi za ich publiczne głosy wsparcia. Obaj przypomnieli, że istotą sprawy jest list i potrzeba nagłośnienia przesłania, a nie osobista ocena autora komentarza. Dziękuję Andrzejowi, że zdecydował się wskazać krytykującemu jak ocenia jego wypowiedź.
Szczególne podziękowanie kieruję do p. Anastazego, stałego czytelnika SO, za świadectwo charakteru. Jego głos ma dla mnie dużą wagę: w czasach PRL zapłacił więzieniem za odwagę i obronę wartości, z których dziś możemy swobodnie korzystać.
ODPOWIEDŹ
Wszystkich pytających uprzejmie informuję: nie odpowiem żadnym wpisem pod artykułem o liście. Nie będę prowadził „nawalanki”, ani wyjaśniał, „co autor miał na myśli”; nie będę odwracał uwagi od listu.
Gdybym odpowiedział ironią na ironię, przyczyniłbym się do osłabienia dokumentu, który chciałem nagłośnić. Byłoby to sprzeczne zarówno z jego przesłaniem, jak i z zasadą, o której piszę: spraw ważnych nie powinno się zamieniać w widowisko osobistej polemiki.
Nie zamierzam też dowodzić, że nie jestem wielbłądem. Zarzut, iż w wieku 74 lat, po zakończonej aktywności zawodowej i przy kilku satysfakcjonujących zajęciach, próbuję na SO robić karierę czy się „lansować”, jest tak oderwany od rzeczywistości, że nie wymaga odpowiedzi. Czytelnicy, którzy znają mnie od lat jako komentatora i autora, mają własne zdanie na temat tego zarzutu.
Jedyną odpowiedzią na pytania, uwagi i wątpliwości pozostaje ten tekst.
NAJWAŻNIEJSZY JEST LIST
Jeszcze raz powtarzam: najważniejszy nie jest autor komentarza ani jego krytyk. Najważniejszy jest list — i cywilna odwaga jego sygnatariuszy.
To oni, jako niewielka grupa ludzi Kościoła, przypomnieli w trudnej chwili, że można domagać się prawdy o historii, krytykować władze i dyskutować o granicach pomocy, ale nie wolno przenosić winy na przypadkowych ludzi, którzy uciekli przed wojną albo mieszkają obok nas.
Ten głos zasługuje na uwagę, wsparcie i rozpowszechnienie. Niech więc wybrzmi mocno — bez osobistych sporów, bez przypisywania niskich intencji i zasłaniania go cudzą potrzebą polemiki.
Na miejscu Sławka i innych poważnych autorów/komentatorów SO nie wchodził bym z żadne dyskusje/polemiki/interakcje z p. Bielejewskim. Spieranie się z nim to dyskomfort dla zdrowego rozsądku.
Ano, jak kończą przytakiwanie Czesi… Ostracyzm jest największym wrogiem TFÓRCÓF.
W pełni popieram Senexa, Andrzeja oraz autora artykułu: krytyka bez konkretu, za to z kpiną i insynuacją, nie jest polemiką, lecz jej pozorem. Drwina nie obala myśli — obnaża jedynie bezradność komentatora wobec niej.
Na litość,
Czy naprawdę problemem jest kwiecistość stylu K. Bielejewskiego?
Nie podoba się, mozna nie czytać.
Nikt nie jest zobligowany do czytania każdego felietonu, ani tym bardziej każdego komentarza!
Ja osobiście często się z red. Bielejewskim nie zgadzam. Czasem nawet na tyle, że skomentuję to, z czym się nie zgadzam. Natomiast barwny język red Bielejewskiego sprawia mi ogromną radość.
A tu kolejny artykuł i kolejna nawałnica komentarzy o Bielejewskim.
Toż to fiksacja jakaś!
De gustibus etc…
Nie chodzi o kwiecistość stylu ani o zakaz ironii. Problem zaczyna się wtedy, gdy ironia zastępuje rzeczową polemikę albo przesuwa uwagę z tez tekstu na domniemane motywy jego autora. Barwny język może być zaletą felietonu — pod warunkiem, że nie staje się narzędziem deprecjonowania rozmówcy.
Nie ma też żadnej „fiksacji”. Jest reakcja na konkretny ciągły powtarzalny sposób prowadzenia wszelkich debat: zamiast dyskusji o sprawie pojawiają się uwagi o charakterze, ambicjach czy potrzebie moralnej przewagi autora. To właśnie takie sformułowania, nie styl sam w sobie, wywołały sprzeciw.
Rozumiem, że Pana to nie dotyczy, ale my próbujemy sobie z tym poradzić od co najmniej pół roku.
Zdecydowanie zgadzam się z Senexem, Andrzejem, ANASTAZYM i autorem artykułu. Krytyka musi wskazywać konkretny błąd i argumentować, a nie zastępować analizę drwiną. Kiedy komentator nie ma nic do powiedzenia, szyderstwo i osobiste przytyki to dla niego „meritum”.
Czy Pan nie umie czytać i myśleć? Wypunktowałem swoje zarzuty, są merytoryczne. Proszę czytać ze zrozumieniem!
Napisałem krótko i jasno, czego oczekuję od polemiki: wskazania błędu i argumentu. Odpowiedź „czy pan nie umie czytać i myśleć?” nie odpowiada na żaden z tych punktów. Jest osobistą zniewagą, a zarazem kolejnym dowodem, na potwierdzenie tez artykułu i Pana Piotra, że rzeczowa rozmowa staje się niemożliwa, gdy zamiast odnosić się do wypowiedzi rozmówcy, podważa się jego zdolność myślenia.
Nie ma więc sensu tej rozmowy kontynuować. Kto nie potrafi bronić swoich racji bez obrażania ludzi, sam rezygnuje z prawa, by traktowano go jako partnera debaty.
Wystarczy przeczytać moje komentarze, te wcześniejsze i przestać bić pianę
Pisz pan tak dalej, to nie tylko ja czy wszyscy wyżej wymienieni, ale więcej poważnych ludzi odmówi rozmowy. Powodzenia!
„Panie Bielejewski,
obserwuję pana działalność komentatora pod wieloma artykułami. Stosuje pan tam — podobnie jak w swoich felietonach — kilka schematów. Inny wobec autorów, o których pan wie, że są publicznymi autorytetami, jak J.S., Zbigniew Szczypiński albo profesor Obirek, a inny wobec autorów, nad którymi — jak się panu wydaje — ma pan przewagę warsztatową i stylistyczną.
Wobec tych pierwszych jest pan spolegliwy, miły i przesadnie uniżony, choć i tutaj wyrwie się panu niejedno pouczenie.
Wobec tych drugich przemawia pan z wyższością, płynącą z pańskiej pychy „człowieka, który nieomal wynalazł publicystykę”, a co najmniej ją zasadniczo zreformował. Ten drugi schemat jest prosty i powtarzalny — celnie opisali go w artykule pan Sławek i komentator pan Piotr. W sobotę, 22 sierpnia ’26, zastosował go pan wobec profesora Konsztowicza i tu — nie po raz pierwszy — pan się nadział. Profesor jednym, grzecznym wpisem odesłał pana tam, gdzie pańskie miejsce — mianowicie do Pacanowa.
Pan Sławek, zbulwersowany takim potraktowaniem tekstu i autora jednego z najpoważniejszych materiałów na SO od kilku lat, przedstawił schemat pańskiego działania, z którym nie tylko się zgadzam, ale do którego mogłabym dodać jeszcze szereg pikantnych szczegółów.
Ten schemat, przekładając na polski, by pan go zrozumiał, wygląda tak: zdeprecjonować wartość tekstu — obrazić autora — wykpić poszczególne sformułowania wyrwane z kontekstu — a na koniec podsumować mizerię wszystkich tych cech łącznie i wyzwać autora na bój merytoryczny. Kiedy obrażani autorzy nie chcą z panem rozmawiać, wypisuje pan obszerne argumentacje, pokrętne jak wszystko, co pan proponuje, dowodząc, że przecież chciał pan i chce rozmawiać na argumenty.
Dziwię się, jak bardzo niedoświadczonym musi pan być człowiekiem, skoro na dzień dobry obraża i deprecjonuje ludzi, a potem narzeka, że nie chcą z panem rozmawiać. Ludzie tacy jak pan Zbigniew Szczypiński — z natury tolerancyjni — mogą się nabrać na tę pańską lawinę pustosłowia i wykręcania kota ogonem, ale mało kto spośród innych osób.
Ach, przepraszam, zapomniałam, że te „cyrki” i kpiny urządza pan dla kilku czy kilkunastu ludzi zauroczonych pańskim codziennym tworzeniem kilku lub kilkunastu tekstów, produkowanych ciurkiem przez AI, bez zmieniania sztancy i instrukcji pisania. To dla nich jest pan guru i wyrocznią. Pozostali patrzą na to z coraz większą niechęcią i dezaprobatą. Autorzy SO mają tego świadomość od końca ubiegłego roku. Chciał pan, według własnej deklaracji, „rozruszać” Studio Opinii, a naprawdę wiele osób pan wkurzył.
Jeżeli chce pan być poważnym partnerem do rozmowy, to zaczynanie od obrażania ludzi i pokazywania swojej wyższości tylko dlatego, że pańska AI wypluwa z siebie nieograniczone ilości słowotoku, jest drogą w przeciwnym kierunku. Jak mawiał prezydent Kwaśniewski: „Nie idź pan tą drogą!”.
Nie uzyska pan w ten sposób statusu poważnego i rzetelnego komentatora czy publicysty. Będzie pan coraz częściej postrzegany jako kompulsywny grafoman, arogant oraz impertynent — i jako problem dla autorów poważnych i szanowanych. Nikt nie będzie się kopał z koniem.
Pańskie wpisy i opinie o autorach, kpiny z nich i z ich tekstów, insynuowanie niskich pobudek oraz równie niskich kwalifikacji nie mówią nic o nich, za to najwięcej — o panu!”
Proszę nie dawać na mój wpis odpowiedzi w postaci dziesięciu stron tekstu, ani nawet dziewięciu, tylko poważnie zastanowić się, czy na pewno chce pan ciągu dalszego. Lepiej pięć razy pomyśleć, niż raz obrazić kogokolwiek, kto nic panu nie zawinił. Taką działalnością wyrządza pan największą szkodę samemu sobie, nie innym.