09.07.2026
Nie ma sensu rozwodzić się nad kondycją prezydenta Trumpa, wystarczy obejrzeć jego konferencję po szczycie NATO i każdy, nawet nie specjalista, zobaczy splątanego człowieka, który nie mówi, a bełkoce, myli kraje, z którymi jest w konflikcie i używa języka bardziej pasującego do rynsztoka niż do konferencji prezydenta wielkiego kraju, jakim są Stany Zjednoczone…
Skoro już wiemy, kim jest Donald Trump (ale nadal nie wiemy, czym to nam grozi) to może warto pochylić się nad tym, co w Polsce i co z zapowiadaną reformą w systemie opieki zdrowia i co miała do powiedzenia pełniąca obowiązki ministra pani ministra…
To, co powiem jest przede wszystkim refleksją pacjenta, człowieka który miał ostatnio możliwość zobaczyć ten system w działaniu – pisałem o tym na stronie SO. To była obserwacja człowieka chorego, poddanego rygorom dużych placówek, jakimi były dwa duże szpitale i kliniki w dużym mieście, jakim jest Gdańsk. Pani ministra otrzymała jednak zadanie przedstawienia zmian w całym systemie. Porównując wielkość zadania do czasu jaki wyznaczył jej premier, każdy, kto kiedykolwiek zajmował się teorią organizacji i zarządzania, musiał wiedzieć, że to zadnie niewykonalne. To co powiedziała ministra jest tego dobrą ilustracją.
No to teraz ja…
W ostatniej Polityce redaktor Ewa Wilk zamieszcza obszerny tekst pod znaczącym tytułem – „Czy warto dziś studiować”. Polecam wszystkim zainteresowanym lekturę tego obszernego, pełnego treści i konkretów artykułu, z którego dowiemy się jak wielka zmiana nastąpiła w Polsce, jak bardzo zmieniły się proporcje tych, którzy po maturze decydowali się na podjęcie studiów kiedyś, a jak jest teraz – w 1989 tylko 6% obywateli miało dyplom magistra, w 1998 11% Polaków miało ten dyplom, a teraz blisko połowa młodzieży wybiera się na studia.
Potem nastąpiły wielkie zmiany w prawie, zmieniono konstytucyjny zapis o bezpłatnym dostępie do edukacji, w 2000 roku Trybunał Konstytucyjny dopuścił pobieranie opłat za studia i wtedy stało się.
W Polsce powstawały wyższe uczelnie będące prywatnymi firmami zarabiającymi na kształceniu studentów. W roku 2009/2010 w Polsce było 131 uczelni publicznych i 330 niepublicznych, studiowało w nich blisko dwa miliony studentów, spośród których większość płaciła za studia. Czesne stało się filarem dla uczelni tak prywatnych – co zrozumiałe, jak i państwowych. Teraz takich publicznych uczelni jest 135 a niepublicznych 262.
Mówiąc krótko – w Polsce działa rynek, działają mechanizmy rynkowe w subtelnych sferach dotyczących tego jakie kierunki studiów wybierają ludzie pragnący mieć status człowieka z wyższym wykształceniem, czy to na poziomie licencjackim, czy magisterskim, czy doktorskim.
Oczywiście najłatwiej o dyplom na kierunkach społecznych, gdzie nie ma kosztownych laboratoriów z drogim sprzętem, gdzie zajęcia mogą być i są najczęściej w trybie off-line , gdzie do pisania prac zatrudnia się AI i wszyscy o tym wiedzą, ale nikomu to nie przeszkadza…
Dla tematu opieka zdrowotna ważne jest, że wybór studiów medycznych jest na bardzo wysokim miejscu – na ten kierunek zgłasza się średnio 24 kandydatów na jedno miejsce, więcej jest tylko na studiach aktorskich.
Wysokie miejsce w tym rankingu studiów medycznych jest, moim zdaniem, wskaźnikiem rynkowego podejścia do wyboru kierunku studiów. Zawód lekarza uzyskuje się po długich studiach, dłuższych niż na wszystkich innych kierunkach gdzie już po trzech latach można uzyskać dyplom licencjata. Na medycynie studia trwają nie pięć, a sześć lat, potem jest obowiązkowy staż konieczny, by zostać lekarzem. Tak więc lekarz to wolny zawód, studia to raczej wyższa szkoła zawodowa niż studia tak jak to dawniej było – dyskusje i spory, grzebanie w bibliotekach i starych księgach w nadziei, że znajdzie się tam coś, co zadziwi naszego mistrza-profesora i określi naszą pozycję w środowisku takich samych jak my ludzi. Teraz studia mają dać zawód, wolny zawód, który daje możliwość zarabiania pieniędzy. To ilość zarobionych pieniędzy wyznacza miejsce w środowisku, robienie specjalizacji to tylko sposób na legitymizowanie wysokości zarobków zwłaszcza tych specjalistów, których na rynku brak. Gdy ich brak to każdy kto ma takie umiejętności wie, że to on dyktuje warunki.
Jak rynek, to rynek…
Słuchając doniesień prasowych o tych spółdzielniach neurochirurgów co to osiągali 26 tysięcy za godzinę i 300 tysięcy za dzień swojej pracy wiem jedno – to nie są lekarze, to biznesmeni, tacy szemrani biznesmeni, którzy nie leczą ludzi, a zarabiają pieniądze. Takie rzeczy nie mogły się dziać bez wiedzy innych z tego środowiska, inni lekarze, Izby Lekarskie musiały o tym wiedzieć.
I co? Nie przeszkadzało to nikomu? Wszyscy raczej z podziwem mówili o tych, którzy tak zgrabnie wykorzystywali swoją pozycję jedynego specjalisty na lokalnym rynku, w tym powiatowym szpitalu, w którym nie ma takich specjalistów.
Czy można jeszcze niżej upaść będąc lekarzem, a więc człowiekiem, którego praca ratuje życie i zdrowie drugiego człowieka?
Czy w Polsce, w której coraz więcej ludzi wędruje do prywatnej opieki i prywatnych klinik będzie miejsce dla publicznej opieki zdrowia ? ( tu tak na marginesie – czy ktoś jeszcze pamięta, że jeszcze niedawno mówiliśmy „służba zdrowia”, ale po protestach środowiska medycznego słowo służba znikło – bardzo znaczące…)
Słuchając tego ble-ble ministry o tym, co zamierza zrobić wiem jedno – żadnej reformy nie będzie teraz tak jak nie było jej przez te wszystkie lata naszej transformacji. Reformy nie będzie, bo nie ma ludzi, którzy są lekarzami, a więc tymi, którzy ludzi przede wszystkim leczą, a nie zarabiają na nich pieniądze…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

To bardzo ciekawy felieton, bo zaczyna się od Trumpa, obiecuje opowieść o reformie ochrony zdrowia, a kończy jako elegia nad moralnym upadkiem części środowiska lekarskiego i triumfem rynku nad etosem. Zbigniew Szczypiński pisze z pozycji pacjenta, a to daje mu przewagę nad wieloma ekspertami. Pacjent nie zna wszystkich paragrafów, ale doskonale rozpoznaje, kiedy system działa jak dobrze naoliwiona maszyna, a kiedy jak stary polonez odpalany zimą na pych.
Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że autor wpada w pułapkę, w którą wpada dziś pół Polski. Każdy widzi swoją część słonia i jest przekonany, że właśnie odkrył całe zoo.
Najbardziej spodobało mi się zdanie, że reformy nie będzie. Tu zgoda. Tyle że chyba z innych powodów niż te, które wskazuje autor.
Od kilku dni piszę przecież o tym samym, tylko z zupełnie innej perspektywy. W moich felietonach powraca jedna myśl: nie naprawia się państwa przez zmianę cennika, tabeli płac albo kolejnej ustawy. Najpierw trzeba wiedzieć, jak ono działa. A polska ochrona zdrowia przypomina fabrykę, która od trzydziestu lat produkuje samochody, choć nikt nigdy nie narysował schematu taśmy produkcyjnej. Wszyscy tylko przesuwają śrubki i mają nadzieję, że nagle zacznie z niej wyjeżdżać Ferrari.
Pan Szczypiński widzi pazerność części lekarzy. Ja pokazuję, że pazerność jest skutkiem, a nie przyczyną.
Jeśli państwo przez dwadzieścia lat nie potrafi opisać własnych procesów, nie stworzy wzorcowej księgi organizacyjnej, nie wykorzysta analityki danych i AI do projektowania przepływu pacjenta, to nie powinno być zdziwione, że na końcu pojawia się neurochirurg za 26 tysięcy złotych za godzinę. Natura nie znosi próżni. W administracji tę próżnię zawsze wypełniają pieniądze.
Trochę uśmiechnąłem się również przy fragmencie o studiach. Autor z pewną nostalgią wspomina czasy bibliotek i zakurzonych ksiąg. Piękny obrazek. Problem w tym, że dzisiaj student częściej szuka cytatu w ChatGPT niż w czytelni, a profesor częściej walczy z tekstami napisanymi przez AI niż z brakiem bibliografii. Świat się zmienił. Można nad tym ubolewać, ale równie dobrze można wykorzystać tę samą sztuczną inteligencję do uporządkowania ochrony zdrowia. Paradoks polega na tym, że AI szybciej napisze pracę magisterską niż Ministerstwo Zdrowia potrafi opisać drogę pacjenta od lekarza rodzinnego do sali operacyjnej.
Jest jeszcze jedna rzecz.
Autor pyta: czy można jeszcze niżej upaść będąc lekarzem?
Można. Można zostać politykiem, który przez kolejne dwadzieścia lat będzie opowiadał o reformie ochrony zdrowia, nie mając nawet mapy systemu, który chce reformować, bo to jest trochę tak, jakby minister transportu ogłaszał wielką modernizację kolei, nie wiedząc, gdzie biegną tory.
I tutaj dochodzimy do sedna. Pan Szczypiński krytykuje lekarzy, ja od kilku dni krytykujesz architektów systemu.
To nie jest to samo.
Lekarz może być pazerny, uczciwy, genialny albo przeciętny. System powinien działać niezależnie od charakteru lekarza. Dobre systemy projektuje się właśnie po to, żeby ograniczyć wpływ ludzkich słabości. W lotnictwie nie liczy się przecież, czy pilot miał dobry humor. Liczy się procedura. W energetyce nie modlimy się o uczciwość operatora elektrowni. Projektujemy zabezpieczenia. Tymczasem polska ochrona zdrowia od trzydziestu lat działa według filozofii: „oby trafić na dobrego człowieka”.
To nie jest system. To loteria. Dlatego felieton Pana Szczypińskiego czyta się z zainteresowaniem, ale pozostawia niedosyt. Diagnozuje gorączkę, lecz nie szuka źródła infekcji. Wskazuje objawy, lecz nie pyta, dlaczego organizm od lat choruje. A bez tej odpowiedzi będziemy co kilka miesięcy oglądać kolejną konferencję prasową ministra zdrowia, który z poważną miną ogłosi, że od jutra bandaże będą zwijane bardziej symetrycznie, a kolejki staną się cyfrowe.
Polska ochrona zdrowia przypomina bowiem dom, w którym od trzydziestu lat wymienia się firanki, podczas gdy fundamenty coraz bardziej pękają. A potem wszyscy są zdziwieni, że z sufitu znów kapie.
Na temat niewydolności służby zdrowia, oburzenia dotyczącego wynagrodzenia biznesmenów – lekarzy, reformy, której nie będzie napisano już dużo. Napisali to ludzie mądrzejsi ode mnie, więc nie będę dodawał komentarza. Temat kształcenia uniwersyteckiego, który ładnie został wpleciony w tej felieton również pozostawię – świat się zmienił, nauka się zmieniła i metody nauczania również – znacząco wzrosła nam ilość studentów i absolwentów wyższych uczelni i zgodnie z oczekiwaniem znacząco spadła nam jakość kształcenia i bardzo zdewaluowała się wartość dyplomu ukończenia studiów. Jeżeli poczekamy jeszcze kilka lat, kiedy studia medyczne skończą absolwenci wydziałów lekarskich na politechnikach albo uniwersytetach to wtedy jako świadomi pacjenci będziemy mieli zapewne 2 kolejki NFZ- jedna szybsza do lekarza z politechniki a druga wolniejsza do lekarza po akademii medycznej.. Zabiegi operacyjne będą wyceniane w dwóch taryfach i ubezpieczenie na życie również będzie miało dodatkowy wariant medyczny w zależności od kwalifikacji chirurga albo anestezjologa). Może zakłady pogrzebowe zrobią promocję dla tej pierwszej kolejki.
Ale tak naprawdę chciałem tylko odnieść się do pierwszych zdań, dotyczących Donalda Trumpa i jego kondycji. Wydaje się, że wszyscy o tym wiemy, bardziej rozsądni czują się zażenowani. Ale to linki z wczorajszych doniesień prasowych: https://www.rp.pl/polityka/art44802461-floryda-uhonorowala-donalda-trumpa-lotnisko-w-palm-beach-otrzymalo-jego-imie. Co można mysleć o tych ludziach? To, że Amerykanie wybrali sobie takiego prezydenta i czują wstyd to jedno, ale co pomyśleć o ludziach, którzy tak bardzo starają się przypodobać temu obłąkanemu starcowi?
Tak, kiedyś studiowało się inaczej. Inaczej się „podchodziło” do studiów. Pamiętam nawet nieszczęsne pięć punktów za pochodzenie a których mi odmówiono ku mojemu zmartwieniu.
Ja też nostalgicznie wspominam czas zakurzonych ksiąg i bibliotek, w których pisało się pracę magisterską. W latach osiemdziesiątych/ pisałam wtedy pracę podyplomową w Instytucie Zarządzania Gospodarką Narodową na UG/ też wszystko trwało jeszcze w starym stylu.
Na temat służby zdrowia nie mogę napisać zbyt pochlebnie, jak zresztą wszyscy..
Może wystarczy jedno zdanie, które często słyszę i które czytam w opiniach o lekarzach po wizycie. „To ja teraz wiem, dlaczego należy zlikwidować NFZ”
To nie jest tak, że w Polsce nie było reformy zdrowia. Była i to dobrze pomyslana za czasów premiera Buzka i AWS wprowadzono I etap reformy w postaci Kas Chorych. Reforma ta została natychmiast odkręcona za czasów rządów Millera przez ówczesnego ministra Łapińskiego, skądinąd profesora medycyny. Środowisko lekarskie stanowi potężne lobby i na reformy rynkowe reaguje jak diabeł na święconą wodę. Od tej pory PiS i PO wzajemnie oskarżają się o prywatyzację słuzby zdrowia i …robią wszystko aby reformy nie było. Rezultat jest taki, że im więcej dosypuje się pieniędzy do ochrony zdrowia tym ona działa gorzej. Wysiłki wybitnych lekarzy jak profesor Religa, żeby usprawnić słuzbę zdrowia nie przyniosły żadnych rezultattów, bo przynieść nie mogły. Głównie dlatego, że organizacja służby zdrowia nalezy do kompetencji menedżerów i organizatorów a nie lekarzy. Lekarze specjalizują się w wiedzy medycznej a organizacja i zarządzanie leży poza ich kwalifikacjami. Dokąd zaprowadzi nas ten chocholi taniec ? Na pewno do coraz większych absurdów i patologii.